Kaponiera – poprawka z dostępności

Przez ulicę można przechodzić korzystając z przejść naziemnych i podziemnych, które z nich są lepsze, tego dziś nie rozstrzygniemy. Pięć lat temu w Poznaniu zaczął się remont jednego z większych rond miasta. Remont Kaponiery zakładał zmianę niedostępnej dwupoziomowej bryły z licznymi schodami w obiekt przyjazny dla niepełnosprawnych. Miał to być obiekt spełniający najwyższe standardy.

Mijały miesiące. Zakładane prace co prawda posuwały się do przodu, ale na skutek pojawiających się w trakcie robót coraz to nowych niespodzianek, posuwały się, by tak powiedzieć,  krokiem jednostajnie opóźnionym.

W sierpniu, po pięciu latach męczarni z objazdami Kaponiery, omijania szerokim łukiem schodów, doczekaliśmy się wreszcie końca remontów na rondzie.

Koniec remontów to jednak nie koniec kłopotów dla niewidomych, bo o ile widzący wózkowicze mogą sobie radzić z niespodziankami w postaci w ogóle nie oznaczonych schodów na dół czy do góry, to osoby niewidome, zwłaszcza, gdy taka osoba poza dysfunkcją wzroku ma problem z narządem ruchu i z tego powodu jeździ na wózku, nie mają żadnych szans, by skutecznie sobie poradzić.

Nazywam się Marek i jestem niewidomym, poruszającym się na wózku studentem jednej z poznańskich uczelni. Gdy po pięciu latach remontu Kaponiera została wreszcie oddana do użytku, miałem okazję w pierwszym tygodniu funkcjonowania obiektu testować ją pod kątem dostępności.

Wraz z kolegami z mojej redakcji uznaliśmy, że dobrze byłoby ten ważny dla poznaniaków obiekt poddać gruntownym testom. Jak postanowiliśmy, tak też zrobiliśmy.

Już na pierwszy rzut oka widać, że ani dla wózkowiczów, ani dla osób niewidomych, Kaponiera niestety dostępna nie jest. Chcąc skorzystać z wszystkich „atrakcji”, do których dostępu bronią diabelsko ciężkie drzwi, trzeba dokonać czegoś wręcz niemożliwego. Oto bowiem osoba poruszająca się na wózku musi na początek sforsować dwie pary drzwi, ciężkich i zamkniętych. Po przejechaniu przez tę przeszkodę napotykamy prowadzące w dół schody, których w żaden sposób nie oznaczono (nie mówimy tu o matach wypukłych, z guzami, czy wypustkami, bo to już byłby luksus). Załóżmy jednak, że sforsowaliśmy drzwi i nie zlecieliśmy zaraz potem ze schodów. Wydaje się, że teraz wszystko będzie już dobrze, bo po lewej stronie od drzwi które mamy za plecami jest winda, która nawet czasami bywa czynna. Nic bardziej błędnego. Gdy już dostałem się pod ziemię (na poziom -1), wyjechawszy z windy znalazłem się na ciągu dla pieszych. Chodzą tam ludzie chaotycznie w dwie strony, tratując wszystko, co nie uskoczyło z pod nóg.

Ponieważ sprzed remontu pamiętałem, że Kaponiera ma kształt kopniętej elipsy, przejechałem cały poziom , łapiąc się za głowę przy każdych schodach. Logiki, którą kierowali się projektanci podczas umieszczania wind przy schodach w żaden sposób nie umiałem się dopatrzeć. Niektóre z nich są od razu przy ciągu dla pieszych. Do innych można się dostać pokonując jedne drzwi, a są też i takie, do których dostaniemy się otwierając dwie pary drzwi w tym drzwi przeciwpożarowych.

Wózkowicze mają więc nie lada problem, bo umieszczenie wind za ciężkimi drzwiami sprawia, że skorzystanie z nich jest zwyczajnie niemożliwe. Takie drzwi, to dla nas przeszkoda nie do przejścia. Gdzie w tej sytuacji miejsce na jakąkolwiek niezależność, samodzielność, wolność?

Ale skupmy się na osobach niewidomych, bo przecież prócz wózka widzę ciemność. Szukając jakichkolwiek punktów orientacyjnych, które niewidomemu byłyby pomocne w poruszaniu się po Kaponierze stwierdziłem, że na upartego można poruszać się, prowadząc białą laskę w rowku ściekowym, którego zadaniem jest odprowadzanie wody, której po deszczu jest wszędzie aż nadto. Rowki te biegną wzdłuż ścian, jednak korzystając z nich jak ze swego rodzaju linii prowadzących trzeba uważać, by nie prowadzić laski po ścianie, gdyż płyty tworzące ściany, nie dochodzą do samej podłogi i bardzo łatwo laskę zakleszczyć w szparze między ścianą a podłogą. Miałem wątpliwą przyjemność doświadczyć tego na własnej skórze. Gdy jeżdżąc na wózku używa się jednocześnie białej laski, można przez takie zakleszczenie stracić sporo czasu, zanim uda się ruszyć w dalszą drogę. Trzymanie się rowków ściekowych jak prowadnic może byłoby jakimś rozwiązaniem, skoro nie ma i prawdopodobnie jeszcze długo nie będzie oznaczeń prowadzących niewidomego prosto z punktu a do punktu b, gdyby owe rowki były tak samo położone wzdłuż każdej ściany pod rondem. Tak jednak niestety nie jest. Rowki po prostu nie biegną wzdłuż wszystkich ścian.

Na Kaponierze zdaje się obowiązuje reguła, że schody po prostu nie są w żaden dostępny dla osób z dysfunkcją wzroku sposób oznaczone. Wypada mieć nadzieję, że sytuacja ta ulegnie zmianie, gdyż po konsultacjach z osobami poruszającymi się na wózkach i niewidomymi, od Prezesa Poznańskich Inwestycji Miejskich dowiedzieliśmy się, że wkrótce będzie rozpisana nowa inwestycja, w której zakres wejdzie usunięcie tych błędów związanych z dostępnością obiektu, których nie wzięto pod uwagę podczas pierwotnego remontu. Czemu nie można było tego zrobić od razu dobrze?

Przecież byłoby szybciej, lepiej i zapewne taniej.

Podsumowując, muszę stwierdzić, że smutne jest to, iż przebudowa ronda Kaponiera trwała pięć lat, kosztowała miasto 360 mln zł. A ani na rondzie, ani pod rondem, nie ma infrastruktury pozwalającej niewidomemu samodzielnie skorzystać z obiektu, jak ma to miejsce choćby we Wrocławiu na dworcu Głównym. O dziwo tam prowadnice dało się położyć, zarówno na  poziomie 0, jak i -1, a maty wypukłe są wzdłuż peronów. Czemu tych znanych przecież i w Poznaniu rozwiązań nie zastosowano na Kaponierze, skoro są w tym mieście miejsca takie, jak choćby przystanek tramwajowo- autobusowy na ul. Żeromskiego, czy na al. Niepodległości przy Polskim Związku Niewidomych, gdzie prowadnice położono, trudno powiedzieć.

Marek Suwezda

 

Projekt współfinansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych oraz Gminy Miejskiej Kraków