Artykuł: Opcja „na księdza"

Kim niewidomy może zostać? Jakie zawody są dla nas dostępne, a jakie nie? No i czy to w porządku, że niektóre z nich raczej nie są dla nas?

Te mniej lub bardziej naiwne pytania pojawiają się - dosłownie bądź w niedopowiedzeniach - podczas dyskusji, toczonych przy różnych okazjach. Czasami ocieramy się o absurdalną myśl, że jeśli jakiś zawód dostępny nie jest, to należy sprawić, żeby był… A przecież jest mnóstwo cech i zdolności, które predestynują (lub nie) do uprawiania określonej profesji, i wzrok (lub jego brak) jest tylko jedną z nich.

Wszystko to odnosi się także do mojego „zawodu”, a jak być może Państwo wiedzą, jestem księdzem, wyświęconym jako osoba niewidoma. W tym stanie zostałem również przyjęty do seminarium duchownego. Działo się to w epoce, kiedy nikt sobie nie wyobrażał niewidomego księdza. Bogiem a prawdą do dziś niektórzy jeszcze otwierają na wieść o tym oczy ze zdziwienia. I nic dziwnego, bo do roku 1983 także prawo kanoniczne nie przewidywało możliwości, aby osoba niewidoma została księdzem.

Ale prawo się zmieniło, „wyobraźnia społeczna” oraz aspiracje osób niepełnosprawnych również. I bardzo dobrze. Jeśli chodzi jednak o zawód „ksiądz”, to trudno przykładać do niego tę samą miarę, jaką mierzy się dostępność do innych profesji. Powodów jest kilka. Przede wszystkim bycie księdzem wynika z doświadczenia wiary zainteresowanego, o czym można poczytać w wielu miejscach, więc tu akurat nie będziemy rozwijać tego zagadnienia. O moim osobistym doświadczeniu napisałem w tekście „Miłość XXXL”, łatwym do znalezienia w Internecie (w pole wyszukiwania należy ten tytuł wpisać wraz z moim imieniem i nazwiskiem). Po drugie sposób wykonywania tego zawodu domaga się pełnej dyspozycyjności i dużego stopnia samodzielności, o czym nie wszyscy chcą pamiętać. Jednym z pierwszych pytań, jakie słyszę od osób, które właśnie dowiedziały się, że jestem księdzem i jeszcze nie pozbierały się ze wstępnego szoku, jest kwestia odprawiania mszy: „Jak ty to robisz?”. Zupełnie, jakby sprawowanie liturgii było właśnie tym największym wyzwaniem, przed którym staje niewidomy ksiądz. No, więc nie jest, oświadczam Państwu :-) Dużo poważniejszym zagadnieniem jest miejsce posługi (parafia, katecheza itd.), czyli to wszystko, co trzeba rozpoznać wspólnie z przełożonymi, aby ksiądz z niepełnosprawnością mógł nie tylko „dać sobie radę”, ale przede wszystkim być naprawdę użyteczny. A właśnie, to jeszcze jedno nieporozumienie do wyjaśnienia: w byciu księdzem nie chodzi również o samorealizację zainteresowanego, tylko o to, czy chce on (w naszym wypadku znaczy to również, czy jest w stanie) być użyteczny w pracy dla ludzi, którym ma służyć. Właściwa motywacja niczego wprawdzie nie gwarantuje, ale przynajmniej stwarza przesłanki, że kandydat na księdza dołoży wszelkich starań, żeby się na coś przydać. W przeciwnym razie przeszkodom i trudnościom osobistym nie będzie końca.

Kiedy mówię o samodzielności przyszłego księdza, to nie mam na myśli jakichś nadprzyrodzonych zdolności, których sam również nie posiadam. Chodzi mi raczej o to, co współcześnie niektórzy nazywają ogólnym życiowym ogarnięciem się. Tu chyba kilka słów wyjaśnienia nie zawadzi: chodzi mi o takie nastawienie, które każe mi się angażować we wszystko, co robię, wiedzieć dlaczego to robię i umieć znaleźć właściwe sposoby i środki dla osiągnięcia ważnych dla mnie celów. Jeśli moim celem naprawdę jest oddanie wszystkiego Bogu, a co za tym idzie także bycie dyspozycyjnym dla ludzi, to jest duża szansa, że na coś się przydam.

Zapyta ktoś, po co ja w ogóle o tym… Odpowiadam: po pierwsze zostałem poproszony przez redakcję. A po drugie - temat wyboru zawodu „ksiądz” sygnalizowało mi już kilka osób, więc wyobrażam sobie, że taka życiowa opcja będzie w przyszłości przychodziła do głowy jeszcze niejednemu młodemu człowiekowi. Jestem daleki od doradzania lub odradzania czegokolwiek, a jeszcze dalszy od stawiania własnej osoby jako punkt odniesienia: "bo jemu się udało". W tym roku minie dwadzieścia trzy lata, od kiedy jestem księdzem i to, do czego w tym czasie doszedłem, to przekonanie, że jestem ludziom potrzebny nie jako ktoś mądrzejszy od nich albo bardziej święty, ale jako ten, kto stoi przy nich i jest po ich stronie, niezależnie od tego, gdzie oni się aktualnie życiowo znajdują. Bo taki jest Pan Bóg. I wcale to nie oznacza, że już jestem najbardziej ofiarnym i zaangażowanym ze znanych mi duchownych, tylko, że w moim najgłębszym przekonaniu do tego mam zmierzać. I dlatego nie mogę przed nikim roztaczać wizji życia pobożnego i poukładanego, do którego dochodzi się dzięki niezawodnej recepcie lub pobłażaniu przełożonych. Bo to nie może być mój pomysł na życie, ale Jego, Boży plan. A mnie ma na tym zależeć, jak na niczym innym w świecie. Taki jest kierunek do zawodu „ksiądz”. Wszystkim chętnym życzę powodzenia!

Robert Hetzyg

 

Projekt współfinansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych oraz Gminy Miejskiej Kraków