Recenzja: Audiolingo.pl – nowe opakowanie, stara zawartość

 

To oczywiste, że od najmłodszych lat należy uczyć się języków obcych. Powoli normą staje się wymaganie przy rekrutacji na jakiekolwiek stanowisko pracy znajomości języka angielskiego. Czasem i to nie wystarcza. Trzeba nauczyć się kolejnego języka. Najlepiej takiego, z którego korzysta wielu ludzi i w którym prowadzi się ożywione kontakty kulturalne i ekonomiczne. Ideałem byłby tu może język chiński, który – ze względu na dynamiczny rozwój Państwa Środka – oferuje bodaj najwięcej możliwości na przyszłość. W naszym położeniu geopolitycznym nie gorszym wyborem wydają się jednak takie języki jak niemiecki, rosyjski, hiszpański, francuski czy – w bardziej ograniczonym stopniu – włoski. Nie ulega wątpliwości, co pokazują również prowadzone przeze mnie badania naukowe, że zawody związane z językami to przyszłość dla wielu osób niewidomych i słabowidzących. W szczególności, że Unia Europejska, a za nią również i władze w Polsce, kładą nacisk na tworzenie innowacyjnej gospodarki opartej na wiedzy. W tej perspektywie chyba nikogo nie trzeba zachęcać do uczenia się języków obcych.

Dlatego też cieszy inicjatywa udostępnienia osobom z dysfunkcją wzroku kursów pięciu języków, tj. angielskiego, niemieckiego, francuskiego, hiszpańskiego i włoskiego, której podjęli się autorzy portalu audiolingo.pl. Niestety wiele aspektów teoretyczno-metodologicznych, jak również praktyczna strona przedsięwzięcia zmusza nas do stwierdzenia, iż jest to inicjatywa nieudana.

Dostępność interfejsu

Na pierwszy rzut oka zaskakuje bardzo ubogi wygląd serwisu. Przypomina mi on produkowane przeze mnie na wiele konferencji naukowych prezentacje w formacie PowerPoint: czarne litery na białym tle, w zasadzie brak bardziej zaawansowanej struktury tekstu, brak też innowacyjnego wykorzystania technologii internetowych. O ile w przypadku osoby z dużą wadą wzroku, tworzącej prezentacje, tego typu ascetyzm jest wytłumaczalny, o tyle w przypadku zespołu realizującego projekt z programu, który w nazwie ma określenie „innowacyjna gospodarka” takie potraktowanie tematu wydaje się być co najmniej zastanawiające. Podobny stopień zaawansowania programistycznego mogły z powodzeniem mieć strony internetowe tworzone dziesięć lat temu.

Autorzy serwisu twierdzą, że jest on dostępny i przygotowany na wiele wariantów korzystania z niego. Tymczasem w praktyce kontrowersyjne okazuje się być wykorzystanie klawiatury numerycznej do obsługi serwisu. Powstaje pytanie: a co mają robić ci, którzy posiadają komputery przenośne? Większość z nas kupuje właśnie tego rodzaju sprzęt i zapewne nie posiada klawiatury numerycznej. To prawda, że sama obsługa jest możliwa, ale bez klawiatury numerycznej staje się ona cokolwiek trudniejsza, nie wspominając już o uruchomieniu serwisu na tablecie czy telefonie z systemem operacyjnym iOS. Próbując to uczynić, dowiemy się z portalu wyłącznie tego, że nie ma wersji mobilnej na coraz popularniejszy przecież wśród osób niewidomych system iOS.

Również obsługa lektorem jest nie do końca dopracowana. Czasem występują długie i niczym nie uzasadnione przerwy między wypowiadanymi pozycjami menu, np. w menu „Nauka”, podmenu „Spis języków” albo między pozycjami „Człowiek i jego emocje” oraz „Dom…” w tematycznym menu. Zaś w pierwszej lekcji gramatyki na poziomie zaawansowanym języka angielskiego nie usłyszymy tytułu lekcji. Być może wprowadzenie dodatkowej wersji głosowej jest uzasadnione. Autorzy strony jednak nie dostarczają przekonujących argumentów, potwierdzających tę tezę. Tym bardziej, iż nie wszystkie menu są dostępne bez czytnika ekranu. Dla przykładu w menu głównym odczytywane są wszystkie pozycje menu, ale często zdarza się, że system nie reaguje na ich wybór klawiszami numerycznymi. Zaś przy korzystaniu z programu do odczytu ekranu, serwis testowałem wykorzystując najnowszą wersję NVDA, po odczytaniu pozycji menu jesteśmy informowani również o adresie URL danej podstrony.

Opisane powyżej usterki wydają się dość dziwne, biorąc pod uwagę, że projekt ten szczyci się całkowitą dostępnością. Natomiast tzw. „Deklaracja o dostępności”, użyteczna do pewnego stopnia dla osób rozpoczynających naukę obsługi serwisu, sprawia wrażenie napisanej głównie z myślą o spełnieniu pewnych wymogów formalnych, związanych z dofinansowaniem projektu ze środków unijnych.

Przeczytaj zanim się zapiszesz

Pewne wątpliwości budzą zapisy regulaminu świadczenia opisywanej usługi. Przede wszystkim regulamin ten stanowi, że sama rejestracja jest równoznaczna z akceptacją jego warunków. Tymczasem w trakcie rejestracji nie ma o tym ani słowa. Proszeni jesteśmy tylko o podanie adresu e-mail i kodu PIN. Nawet z wiadomości e-mail, potwierdzającej poprawną rejestrację, nie dowiemy się, że właśnie zaakceptowaliśmy regulamin korzystania z usługi. Dowiemy się o tym dopiero, gdy zechcemy zapoznać się z regulaminem. Wątpliwości wzbudzają również zapisy z paragrafu 7. tego dokumentu. Ustęp 2. tego paragrafu stanowi, iż użytkownik zobowiązany jest do zgłaszania wszelkich usterek, które zauważy w systemie. Dziwi fakt, że to użytkownika obarcza się odpowiedzialnością za raportowanie błędów, które popełnia zarządzający serwisem. Jakby tego było mało w ustępie 4. tego samego paragrafu najwyraźniej zabrakło adresu e-mail, na który należałoby kierować korespondencję dotyczącą takich usterek czy reklamacji.

Układ treści serwisu

W treści samego portalu zaskakuje już na pierwszej stronie zdanie bez orzeczenia: „Angielski, niemiecki, hiszpański, francuski i włoski od teraz na wyciągnięcie ręki bez względu na czas i miejsce!” Zdanie to, chociaż właściwe dla dyskursu promocyjnego, nie powinno znaleźć się na stronie domowej programu do nauczania języków obcych. Nie możemy bowiem zapominać, że nabywanie kompetencji w języku obcym powinno iść w parze z pracą nad językiem ojczystym. Na braki w tym zakresie u studentów narzekają nawet wykładowcy uniwersyteccy na kierunkach filologicznych. Nie jest to, niestety, jedyny przykład błędów w polszczyźnie w treści opisywanego serwisu. Na przykład słowo „Nauka” jest wymawiane przez lektora na dwa różne sposoby. W menu głównym akcent pada na pierwszą sylabę, co jest wymową niepoprawną, ale już w menu nauki konkretnego języka słowo to wymawiane jest przez lektora poprawnie.

Kolejną rzeczą, która zwraca uwagę jest podział materiału na cztery kategorie: „słownictwo”, „gramatyka”, „teksty i dialogi” oraz „biblioteka dźwięków”. Taki układ treści nie znajduje żadnego uzasadnienia metodycznego. Co więcej, różni się on od stosowanego powszechnie podziału na cztery sprawności językowe: czytanie i słuchanie (tzw. sprawności receptywne) oraz pisanie, mówienie (tzw. sprawności produktywne). Odbiega także od podziału na partie materiału, które testowane są w standardowych testach językowych, np. testach uniwersytetu Cambridge (First Certificate in English itd.) Zastosowanie takiego podziału dziwi, gdyż większość osób uczących się języka angielskiego – zwłaszcza te, które muszą za to zapłacić – oczekuje, że nauka przygotuje je do egzaminu potwierdzającego ich kompetencje w tym zakresie. Tymczasem omawiany materiał kursowy nie może posłużyć nauce do najważniejszych egzaminów. Tym bardziej, że nie jest on stworzony w zgodzie z Europejskim Systemem Opisu Kształcenia Językowego, tzn. nie określono, co – w świetle tych unijnych norm – reprezentują trzy poziomy kursowe dostępne dla uczących się w systemie Audiolingo. ESOKJ bowiem rozróżnia sześć poziomów znajomości języka: A1, A2, B1, B2, C1 i C2. Taki stan rzeczy dziwi tym bardziej, że przecież projekt jest współfinansowany ze środków Unii Europejskiej.

Ponieważ nie przystaje ona do standardowych wymogów kursowych, należy się spodziewać, iż platforma ta stworzona jest z myślą o osobach hobbystycznie uczących się języka angielskiego. Jeśli tak jednak jest, to dlaczego autorzy serwisu sprzedają zawarte na nim treści? I to jeszcze po cenie abonamentowej, za każdy miesiąc korzystania z portalu. Nie jest przecież wielkim odkryciem stwierdzenie, że osobom niewidomym i słabowidzącym wykonywanie niektórych czynności zabiera więcej czasu. Tutaj natomiast ten czas zamieniono na pieniądz. Dodatkowo należy wspomnieć, co pokazują moje badania, że te osoby niewidome, które osiągnęły największy sukces w zawodach związanych z biegłym posługiwaniem się językami obcymi najpierw kształciły się w sposób amatorski, „na własną rękę”, ale następnie nieuchronnie przychodził etap kształcenia formalnego. Przeważnie na poziomie uniwersyteckim. Niestety jednak, z powodów wymienionych w niniejszej recenzji, opisywany system jest wątpliwą pomocą w samodzielnym zdobywaniu wiedzy z zakresu języków obcych.

Nauczanie jak za dawnych lat

Przejdźmy zatem do opisu sposobu nauki w czterech, zakreślonych powyżej działach. Dział „słownictwo” przewiduje lekcje na trzech poziomach zaawansowania z różnego rodzaju materiałem słownikowym. Nauka polega tutaj na odgadywaniu tłumaczenia danego słowa. Swoją drogą nie widzę jakiegokolwiek uzasadnienia na wybranie takich słów jak „gnać”, „akcentować”, „dodawać”, „funkcjonować”, „posuwać” (sic!) czy „przeoczyć” w dziale „Nauka” słownictwa zaawansowanego w języku hiszpańskim. Poza tym, na nieszczęście autorów kursu, są słowa, które nie mają jednoznacznego tłumaczenia. Zależy ono bowiem, między innymi, od kontekstu. I tak np. polski czasownik „łączyć” może być tłumaczony na język hiszpański jako „vincular”, „conectar”, ale i „unir”. I dopiero ta ostatnia propozycja okazała się być trafną. Muszę przyznać, że mnie, mimo że języka hiszpańskiego uczę się od kilkunastu lat i pracuję z nim jako tłumacz konferencyjny, nieraz dłuższą chwilę zabrało odgadnięcie, o jakie znaczenie chodzi autorom ćwiczenia. Prowadząc naukę w taki sposób, zachęcamy uczniów wyłącznie do kucia na pamięć definicji słownikowych. Nie pokazujemy zaś żywego języka w działaniu. A do tego ćwiczenie odbywa się w niemiłej atmosferze, gdyż każda błędnie wpisana literka powoduje ostrą reprymendę, realizowaną za pośrednictwem sygnału dźwiękowego.

Żeby naprawić choć trochę zauważone w poprzednim akapicie niedostatki, autorzy wprowadzili część pt. „Teksty i dialogi”. Są to proste scenki, które można odczytać głosem lektora. Niestety nawet w przypadku dialogów lektor jest jeden. I znowu zaskakują ćwiczenia do tych scenek, które polegają ni mniej, ni więcej na tłumaczeniu poszczególnych zdań. I tutaj można powiedzieć, że takie podejście bywa bardzo zdradliwe. I tak oto np. dowiadujemy się, że sformułowanie „nad morzem” w języku hiszpańskim zamienia się w „en la playa” (czyli „na plaży”). Wypadałoby ten fakt odnotować i opatrzyć stosownym komentarzem.

Do tego mamy dział „gramatyka”, gdzie – w tradycyjny, bardzo schematyczny sposób – wyjaśnia się zagadnienia z tej materii. Autorzy posługują się tutaj również bardzo specjalistycznym słownictwem, które może być nieznane dla kursantów, np. pojęciem „dyftongu”. Tutaj również ćwiczenia polegają na próbie przetłumaczenia zdań podawanych przez serwis. Te trzy części, przynajmniej dla kursów języka angielskiego i hiszpańskiego, skonstruowane są niczym stare podręczniki sprzed czterdziestu lat.

Taki styl nauczania jest znany w nauce dotyczącej metodyki nauczania jako metoda gramatyczno-tłumaczeniowa. Metoda ta stosowana jest co najmniej od XIX wieku. Była ona optymalna przy nauczaniu języków klasycznych, greki i łaciny. Polegała na bezrefleksyjnym uczeniu się na pamięć tekstów i zasad gramatycznych. Od co najmniej czterdziestu lat metoda ta nie jest rekomendowana w literaturze fachowej, dotyczącej nauczania języków obcych.

Oryginalnym uzupełnieniem materiału kursu jest tzw. „biblioteka dźwięków”. Znowu jednak mamy tutaj do czynienia z formułą zgadywania, znaną nam już z działu „słownictwo”. Tyle, że tym razem polskie słowo (lub słowo w języku obcym) zastąpiono dźwiękiem reprezentującym je. I tak np. po usłyszeniu wybuchu mamy zgadnąć, że autorom chodziło o armatę. Przy okazji należy zauważyć, iż jakość nagrań lektorskich czasem pozostawia wiele do życzenia. I tak, żeby znowu posłużyć się przykładem z kursu języka hiszpańskiego, głos męski należy do rodzimego użytkownika języka hiszpańskiego i dowiemy się dzięki niemu, jak mieszkaniec Półwyspu Iberyjskiego może wymawiać dane słowa i zwroty. Niestety głos żeński jest ewidentnie głosem Polki, która dobrze opanowała język hiszpański, lecz nie grzeszy perfekcyjnym akcentem. Zaś w przypadku kursu języka angielskiego zdarza się, że standardowy dla polskiej części opisowej kursu lektor wymawia również angielskie przykłady. Nie sprzyja to, tak ważnej dla wielu osób niewidomych, nauce poprawnej wymowy. W ogóle nagrania lektorów języka obcego, przynajmniej w przypadku języka hiszpańskiego, sprawiają wrażenie bardzo amatorskich, jakby nagrane zostały na domowym komputerze.

Opisanego obrazu dopełniają błędy czysto formalne, związane z kodem strony. Otóż po wpisaniu angielskiego odpowiednika słowa „demokratyczny” (znowu: po co takiego słowa uczyć bez kontekstu?) i naciśnięciu przycisku „Przejdź”, system przenosi nas do strony głównej serwisu. Zaś po wgraniu ćwiczeń dla pierwszej lekcji w menu Biblioteka dźwiękowa na poziomie zaawansowanym nauki języka hiszpańskiego system wyświetla komunikat: „Gratulacje! Opanowałeś cały materiał lekcji!”

Przyszłość należy do uniwersalnego projektowania

Na koniec niezbędne jest podzielenie się wątpliwością zasadniczą co do omawianego produktu. Otóż jego twórcy wychodzą z założenia, że osobom niewidomym czy słabowidzącym potrzeba dedykować osobny system do nauki języków obcych. Stworzony specjalnie z myślą o nich system, który będzie dostępny. Samo to założenie jest już błędne. Współcześnie – w szkolnictwie i rehabilitacji zawodowo-społecznej osób niepełnosprawnych – odchodzi się od tego typu podejścia. Nowoczesne technologie informatyczne sprawiają, że nie ma żadnych powodów, by większość dzieci i młodzieży z dysfunkcją narządu wzroku nie uczyła się w szkołach masowych, z powszechnie dostępnych materiałów. Potrzebne jest nie tworzenie nowych materiałów, lecz adaptacja tych, z których korzystają osoby widzące. Trzeba jak najwięcej osób włączać w masowy obieg nauczania języków obcych, a nie tworzyć przypisane specjalnie dla nas enklawy. I wreszcie najważniejszym wyzwaniem na przyszłość jest tworzenie takich materiałów dydaktycznych, które będą uniwersalnie dostępne – niezależnie od tego, czy korzystająca z nich osoba widzi czy też nie. Pieniądze wydane z funduszy europejskich na ten cel byłyby na pewno znacznie lepszą inwestycją niż tworzenie specjalnego rozwiązania o wątpliwej wartości metodycznej, przeznaczonego wyłącznie dla osób niewidomych i niedowidzących.

Wojciech Figiel

Autor ukończył studia w Instytucie Lingwistyki Stosowanej. Pracuje zawodowo jako tłumacz pisemny i konferencyjny. Ponadto przygotowuje rozprawę doktorską, dotyczącą warunków pracy i edukacji tłumaczy z dysfunkcją wzroku. Adres e-mail autora: w.figiel@uw.edu.pl

 

Projekt współfinansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych oraz Gminy Miejskiej Kraków