Sport jest jeden

 

„Sport pełni w życiu niepełnosprawnych rolę szczególną. Jest on nie tylko formą rehabilitacji, sposobem na podniesienie ogólnej sprawności, ale często staje się drogą do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie, szansą na ciekawe i godne życie. Zawsze z szacunkiem patrzę na ludzi, którzy mimo swych ułomności z wielką pogodą ducha podejmują sportową rywalizację”. – Jerzy Buzek

Powszechnie wiadomo, że sport pełni dobroczynną funkcję w naszym życiu. Zdrowy styl życia jest modny. Jednakże, choć sport propagują artyści w mediach, choć pod wpływem wszelakich działań promocyjnych ćwiczą całe rodziny, bardzo powoli rośnie świadomość i wiedza o pozytywnych skutkach uprawiania choćby zwykłej gimnastyki. Wiele form aktywności sportowej cechuje dostępność, a niepełnosprawność nie jest dobrym wytłumaczeniem, by tego rodzaju aktywności nie podejmować, bo jak mówią: dla chcącego nic trudnego. Wśród wielu dostępnych opcji każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie.

Polska ma ogromne tradycje w dziedzinie leczenia ruchem. W 1508 roku Marcin z Miechowa napisał rozprawę pt. „Jak zachować zdrowie”. Podnosi w niej kwestię leczenia ruchem. Można więc uważać go za prekursora na tym polu. Sebastian Patrycy w 1605 roku opublikował dzieło „Polityka Arystotelesa”, zalecając w nim politykom łagodzenie sporów przez gimnastykę. A Jędrzej Śniadecki, żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku, mówił o profilaktyce zdrowia młodzieży poprzez gimnastykę. Dawał praktyczne zalecenia, jak tę profilaktykę stosować. Ludwik Bierowski, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, szef służby medycznej w powstaniu listopadowym, był uznanym chirurgiem. Napisał rozprawę „:Kilka słów o ważności, potrzebie i użytku gimnastyki” oraz założył pierwszą na świecie szkołę gimnastyki leczniczej w Krakowie.

Chyba każde dziecko zna powiedzenia: „W zdrowym ciele zdrowy duch” oraz „Bieg to zdrowie”. Nasze ciało, umysł i duch są jak naczynia połączone. Wysiłek fizyczny niejako scala je, powoduje, że czujemy się lepiej. O sporcie, o paraolimpijczykach, pisaliśmy już na łamach Tyfloświata. Myślę jednak, że warto przybliżyć kilka ciekawych sylwetek sportowców z naszego środowiska, opowiedzieć o ich miłości do sportu, determinacji i problemach, z jakimi muszą się borykać, by móc trenować. Może przykład ludzi, którzy dzięki uporowi i ciężkiej pracy wiele osiągnęli, zachęci naszych czytelników, by przekonali się, jak zbawienny wpływ ma uprawianie sportu i podjęli próbę zmierzenia się ze swymi słabościami.

Kilka słów zachęty

Zdzisław Kabziński, doświadczony trener i sędzia piłkarski opowiada:

„Sportem zajmuję się od 45 lat. Na pierwszy trening poszedłem mając lat jedenaście. Odbywałem do pięciu treningów tygodniowo. Po zakończeniu kariery piłkarskiej w wieku 35 lat, pozostałem nadal wierny mojej miłości do sportu. Jak to mówią: Mam to we krwi. Jestem trenerem z odpowiednimi kwalifikacjami, mogę prowadzić grupy seniorów i młodzieży. Mimo, że obecnie zajmuję się trampkarzami, ćwiczę, chodzę na siłownię, biegam, jeżdżę na rowerze, pływam.

Wiesława Stolarczyk: Dlaczego sport jest tak bardzo prozdrowotny?

ZK: Sport bardzo korzystnie wpływa na układ kostny, mięśnie, układ krążenia, poprawia się metabolizm. Poza tym powszechnie wiadomo, że podczas wysiłku fizycznego wydzielają się tzw. endorfiny, hormony szczęścia, których obecność odczuwamy w postaci radości, zadowolenia. Po wysiłku fizycznym, mimo zmęczenia, czuję się zrelaksowany, wyluzowany. Mam większy, jak to teraz mówi młodzież, „power”. Poza tym sport opóźnia proces starzenia. Jestem tego żywym przykładem. Niedawno robiłem badania specjalistyczne. Okazało się, że mimo przeżytych 58 lat, mój wiek biologiczny to zaledwie 42 lata. Moi koledzy narzekają na złe samopoczucie, a ja wciąż jestem pełen energii. Różne życiowe czynności przychodzą mi dużo łatwiej niż rówieśnikom. Niestety w naszym kraju jest jeszcze zbyt niska świadomość społeczna. Nakłady finansowe ciągle zbyt małe. Warto jednak ćwiczyć choćby samemu, w domu. Nie bierze się pod uwagę tego, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Bardzo ważna jest profilaktyka, ale musi być dostosowana do wieku i możliwości. Treningi powinny być prowadzone fachowo, ale wykfalifikowanej kadry wciąż brakuje. Są ćwiczenia, których w pewnym wieku nie należy wykonywać. Są też takie, które powinny wykonywać osoby w bardzo młodym wieku, by zapobiec późniejszym kontuzjom, wzmocnić mięśnie i układ kostny. Jest to ważne bo organizm staje się odporny na urazy i dzięki temu rzadziej nas one dotykają. Chodzi o to, by na początku drogi sportowej wzmocnić najpierw układ kostny, a nie od razu mięśnie. Wiedza o tych podstawowych zasadach zdrowego uprawiania sportu jest wciąż bardzo mała. Na tym polu pozostało jeszcze wiele do zrobienia.

Każdy rodzaj ruchu zapobiega wielu chorobom: np. osteoporozie, bólom stawów czy kręgosłupa, zmniejsza ryzyko zachorowania na cukrzycę, dlatego bardzo zachęcam: ćwiczcie, naprawdę warto.

Lek na całe zło

Gdy rozmawiałam ze sportowcami z dysfunkcją wzroku przychodziły mi często na myśl słowa refrenu piosenki śpiewanej przez Krystynę Prońko: „Jesteś lekiem na całe zło i nadzieją na przyszły rok. Jesteś gwiazdą w ciemności, mistrzem świata w radości……..”.

Bartosz Bierowiec, wyczynowy biegacz narciarski, maratończyk, opowiada:

Sport uprawiałem od dziecka. Byłem zdrowym, żywym, niesamowicie sprawnym chłopcem. W wieku 15 lat pojawiły się problemy ze wzrokiem. Nie pomagały żadne okulary. Pole widzenia zmniejszało się w zastraszającym tempie. Przed oczami pojawiły się mroczki i wielka plama na środku, która ograniczała widzenie. Okuliści nie pomogli. Zasięgnąłem porady neurologa, który zdiagnozował stwardnienie rozsiane. Nie muszę chyba mówić, czym była taka diagnoza, brzmiała jak wyrok śmierci. Czynnie uprawiającemu sport piętnastoletniemu chłopcu zawalił się świat. Cztery lata szukałem pomocy. Widzenie wciąż się pogarszało. W końcu trafiłem do szefa neurochirurgii przy Uniwersytecie Medycznym w Warszawie. Diagnoza brzmiała: „jakiś problem mechaniczny w kanałach nerwów wzrokowych”. Jedynym wyjściem była operacja. W tamtych czasach można było dostać się tylko przez czaszkę. Tylko w taki sposób można było sprawdzić, co się tak naprawdę dzieje. Tak więc w wieku 19 lat podjąłem bardzo poważną decyzję. Ryzykowałem wiele, bo taka poważna operacja mogła się skończyć upośledzeniem innych zmysłów –np. utratą mowy czy słuchu. Byłem zdeterminowany. Chciałem zachować resztki wzroku i przynajmniej taki stan utrzymać. Postanowiłem walczyć mimo wszystko. Nauczyłem się tego podczas górskich wspinaczek czy żeglując. Zawsze trzeba iść do przodu. Przeszedłem trzy operacje. Skutki uboczne były odczuwalne. Po każdej operacji musiałem uczyć się czytać. Widziałem tekst, ale go nie rozumiałem. Nie potrafiłem poskładać słów z liter, a przecież znałem słowa. Umiejętność czytania przychodziła po kilku miesiącach. Tak samo było z orientacją. Na początku potykałem się, przewracałem, uderzałem o słupy, barierki, latarnie. Musiałem nauczyć się tego, czego nie widzę. To było jak wspinaczka na najwyższy szczyt na świecie. Fakt, że wcześniej uprawiałem sport, że po operacjach szybko zacząłem rehabilitację miał ogromne znaczenie. Trzy lata temu zaczynałem od zera, po ciężkich operacjach, a w minionym sezonie przebiegłem trzy maratony. Dzięki temu, że uprawiam sport poprawiła się orientacja, rozwinęła intuicja. Podczas Biegu Piastów na 50 km przeżyłem dramatyczną przygodę. Startowałem samodzielnie. W pewnym momencie wyprzedził mnie widzący zawodnik i wywrócił się przy prędkości kilkudziesięciu kilometrów na godzinę. Był tuż przede mną. Na szczęście zareagowałem instynktownie i udało mi się przejechać dalej po jego nartach. Mogłem przecież najechać na tego leżącego człowieka. Strach pomyśleć do jakiej tragedii mogłoby dojść. Zatrzymałem się kilkadziesiąt metrów dalej. Dojechała do mnie pani, która widziała całe zdarzenie z boku. Powiedziała, że to było coś niesamowitego, bo człowiek widzący prawdopodobnie wjechałby w tego biegacza. Nie miałby szans, by zdążyć zareagować. Ja miałem przeczucie, że on się przewróci. Zadziałały inne zmysły.

WS: Bieg Piastów to bieg masowy. Czy nie obawiano się twojego udziału?

BB: Miałem wielki problem, by w nim wystartować. Przez trzy lata przekonywałem organizatorów. Musiałem udowodnić, że to dla mnie i dla innych jest bezpieczne, że dam radę. Wykazałem się startami najpierw na 10 i 15 kilometrów. Organizatorzy przekonali się, że mój udział nie zagraża ani mnie, ani pozostałym uczestnikom i lody pękły.

WS: Czy dla uczestników jesteś jakoś rozpoznawalny?

BB: Mam kamizelkę odblaskową. Dzięki temu uczestnicy wiedzą, że nie widzę. Poza tym, tak bardziej humorystycznie, to mam długie włosy. Nie lubię zakładać czapki, noszę opaskę. Biorę więc włosy do góry i w ten sposób powstaje wspaniała szopa. Kilkakrotnie zapytano mnie gdzie kupiłem taką  fajną czapkę.  A tak bardziej poważnie powiem, że gdy startowałem w imprezach poza granicami kraju, to moja niepełnosprawność nie stanowiła dla organizatorów żadnego problemu. Dziwili się wręcz, że pytam ich o możliwość udziału, przecież mogę się zapisać, nie widzą przeszkód. Specjalne prośby i przekonywania nie są potrzebne.

WS: Jakie znaczenie, według Ciebie, ma uprawianie sportu przez osobę z dysfunkcją wzroku?

B: Oprócz tego, że jestem w niezłej formie, mam dobrą orientację w przestrzeni. To, że uprawiam sport, w pewnym momencie życia miało kluczowe znaczenie. Kiedy widziałem dość dobrze, wielką frajdę sprawiała mi jazda na rowerze. Pokonywałem długie dystanse, rozwijałem prędkości. Lekarz nie był w stanie stwierdzić, na ile wzrok mi się pogorszył, bo bardzo słabo widzę. Po prostu zmiany nie były dla niego zauważalne. Zorientowałem się, że coś się dzieje, ponieważ zacząłem mieć problem z pewną jazdą na rowerze czy rolkach. Dzięki temu, że zwróciłem uwagę na te niepokojące mnie objawy, problem został szybko zdiagnozowany i po czterech miesiącach byłem operowany. Gdyby nie moja aktywność, zupełnie niespodziewanie utraciłbym resztki wzroku. Moją pasją, oprócz biegów na nartach jest żeglarstwo. Jestem chyba jedynym niedowidzącym instruktorem w Polsce, który prowadzi szkolenia. Na wodzie kluczowe nie jest widzenie, lecz wyczucie łódki. Wsiadam więc na łódkę, dobrze trzymam ster, ale muszę mieć dokładne, spójne informacje. Nie mogę więc żeglować w pojedynkę. Ważne jest, by zaakceptować sytuację i, choć wydaje się to prawie niemożliwe, znaleźć wyjście. Chodzi o to, że jeśli się widzi tak mało jak ja, to uprawianie sportu często wymaga pomocy przewodnika. Tak jest np. w wypadku biegaczy lub kajakarzy, gdzie jedna osoba musi być widząca. Kolarstwo można także uprawiać, ale na tandemie, a więc przewodnik jest, siłą rzeczy, potrzebny. Jeśli zaakceptuje się ten fakt, to można góry przenosić. Zachęcam wszystkich do uprawiania sportu. Wyjście z domu sprawia, że jesteśmy wśród ludzi, możemy się wspierać, wzajemnie sobie pomagać, wymieniać doświadczenia. Możemy też doświadczać zdrowej rywalizacji. Taka zdrowa, sportowa walka motywuje, sprawia że łatwiej nam stawić czoło przeciwnościom w życiu.

Co o uprawianiu sportu, zarówno tego wyczynowego, jak i amatorskiego, mają do powiedzenia inni sportowcy z niepełnosprawnościami?

Joanna Mazur (złota medalistka Mistrzostw Świata w Londynie na dystansie 1500 m, srebrna medalistka na 800 m, brązowa na 400 m - film z biegu z jej udziałem obejrzało na portalu Youtube kilkadziesiąt tysięcy osób, obiegł cały świat) – wypowiedź pochodzi z Programu „Pytanie na śniadanie” w TVP 2:

Sport to sposób na zrozumienie i pogodzenie się z utratą wzroku. To próba zaakceptowania sytuacji, w jakiej się znalazłam. To także rodzaj buntu, ucieczka od rzeczywistości, bo kiedy wzrok się pogarszał, bieganie pozwoliło mi bodaj na chwilę oderwać myśli, rozładować napięcie. Wyzwoliło we mnie radość. Mogłam przestać myśleć o utraconym wzroku, zająć się czymś innym, a to stało się sposobem na życie. Trzeba jednak wyjaśnić rolę przewodnika. Biegnie obok mnie, ale mi nie pomaga. Krótkimi komendami sygnalizuje np.: wiraż, wejście wyjście. Niczego mi nie podpowiada, nie przyśpiesza. Jest tylko moimi oczami. Ponieważ biegniemy razem, również otrzymał medal. I to jest piękne, bo, by razem współgrać, poświęcamy wiele czasu na treningi. Sport pomaga mi w życiu. Jeśli jestem dla kogoś inspiracją, jeśli ktoś dzięki temu stara się walczyć i nie poddaje się chorobie czy gorszym dniom, lenistwu, to bardzo mnie cieszy. Jest to dla mnie swojego rodzaju motywacja. Mam nadzieję, że dzięki temu inni niepełnosprawni znajdą pomysł na swoje życie, wyjdą z domu. Warto znaleźć coś, co nasz cieszy, co lubimy robić i iść w tym kierunku. Sport oferuje całą paletę możliwości osobom z dysfunkcją wzroku.

Tomasz Koźmiński (laureat nagrody „Lodołamacze”, działacz społeczny bardzo mocno zaangażowany w propagowanie i promocję sportu ludzi z niepełnosprawnościami, który wraz z grupą przyjaciół założył fundację For Heroes, pływa, podróżuje): Wysiłek fizyczny motywuje do życia, do pracy, daje energię. Ważna jest chęć rywalizacji, przełamywanie barier. Chęć pokazania się, zaistnienia ma także duże znaczenie. Sport integruje, buduje relacje. Spotkałem się z sytuacją, gdy piłkarze niewidomi grają z widzącymi. Zawodnicy widzący grają w goglach. Takie doświadczanie świata. To podnosi świadomość społeczną, pozwala widzącym zrozumieć nasze problemy, niejako trochę wejść w nasz świat i nie ma to nic wspólnego z litością. Widzieć można, ale wiedzieć i doświadczyć to zupełnie co innego. Ważne żebyśmy byli widoczni w społeczeństwie, a sport doskonale do tego się nadaje. Osoby pełnosprawne mogą od nas się wiele nauczyć. Ważna jest obecność w mediach, promowanie aktywności, ale na tym polu jest jeszcze wiele do zrobienia

Zdzisław Kabziński: Na treningach chłopcy często grają z opaskami na oczach. Traktują to zabawowo, jest to dla nich atrakcja. Moją intencją było po prostu urozmaicenie treningu. Zauważyłem jednak, że ma to głęboki sens. Jeśli dzieciaki prowadzą piłkę, strzelają na bramkę, kierując się tylko podpowiedziami, to wyostrzają im się inne zmysły. Ma to znaczenie np. przy ustawianiu ciała do wykopu czy strzału, pomaga przy nauce kontroli uderzenia, a konkretnie budowaniu dobrej świadomości właściwego kierunku. Muszą uważnie słuchać podpowiedzi, wyczuć dystans, ustawić odpowiednio stopy, złapać kierunek „na nos”, strzelić bramkę. Robię im między innymi rywalizację jeden na jeden. Zawodnicy mają opaski na oczach. Polega to na tym, że dwaj chłopcy rozgrywają piłkę. Każdemu z nich przypisana jest drużyna, oczywiście wszyscy poza nimi mają oczy odsłonięte. Zadaniem drużyn jest stać z boku i precyzyjnie podpowiadać zawodnikom, jak mają się ustawić, gdzie znajduje się piłka. W ten sposób można wypracować świadomość ciała. Wiadomo, że dwojgiem oczami widzi się więcej, dlatego podczas moich treningów czasem zawodnicy mają zasłonięte jedno oko. Dzięki wspomnianym ćwiczeniom nabierają nawyku rozglądania się, a nie patrzenia w jedno miejsce. Uczą się manewrowania ciałem. Jeśli odwrócimy głowę, zmieniamy pozycję ciała, wówczas  możemy zobaczyć więcej. Poza tym tego typu ćwiczenia wyrabiają koncentrację, koordynację ruchową.

Myślę, że osoby z dysfunkcją wzroku po przez uprawianie sportu czują się dowartościowane. Sport pomaga przełamywać bariery, pokonywać lęki. Ważna jest na przykład nauka upadków. Dlatego moim zdaniem dla niewidomych wskazane jest uprawianie judo. Jeśli ktoś podczas upadku podeprze się rękami z tyłu na sztywno, może je połamać. Ważne jest także trzymanie brody przy klatce piersiowej, wtedy nie uderzymy głową o beton. Żeby zamortyzować upadek, należy wystawić ręce w bok. Oglądałem piłkę nożną niewidomych. Podobają mi się zasady. Myślę, że ten sport rozwija odwagę, orientację przestrzenną i refleks. Dobrym pomysłem jest widzący bramkarz. Widziałem w Internecie bieg Joanny Mazur. Był to pełen profesjonalizm. Wrażenie zrobiło na mnie zgranie biegaczki z przewodnikiem. To było fantastyczne. Każdy widzący zawodnik ma strategię, którą wcześniej może zaplanować. Biegnąc widzi każdą, najmniejszą zmianę. Podczas ich biegu zauważyłem, że taktyka była wcześniej ustalona. Na ostatnim okrążeniu zawodniczka klasowała się na piątej, potem czwartej pozycji. Wydawało się, że nie będzie medalu. No i ten finisz we wspaniałym stylu. Zawodniczka i przewodnik doskonale się rozumieli. Widziałem, że po dotarciu do mety mieli jeszcze ogromny zapas. Chciałoby się powiedzieć: „mieli tę moc”. Asia wiedziała, jak rozłożyć siły. No i ten piękny krok, który nie odbiegał profesjonalizmem od zawodniczek widzących.

O paraolimpiadach media mówią niewiele, dzięki filmikowi na Youtubie sporo osób dowiedziało się, że taka rywalizacja istnieje. Cenię bardzo tych sportowców, bo myślę, że sama niepełnosprawność stawia bariery. Przecież mają do pokonania więcej trudności: słabość organizmu, niedomagania związane z chorobami, małe możliwości finansowe, wielu z nich ma tylko niskie renty, nie wszyscy przecież pracują. A zakup sprzętu to wielki wydatek. Oprócz tego niektórzy muszą sporo wydawać na leczenie związane ze schorzeniem. W większych miastach są możliwości treningowe, w mniejszych nie. Dużą trudność sprawia dotarcie na treningi. Niejednokrotnie mają ciężej przez trudności życia codziennego. To wymaga wielkiego hartu ducha. Ważne także jest wsparcie i świadomość rodziny. Sport, to, poza całą sferą wyczynową, także rehabilitacja, a, przecież dla tych, którzy żyją z niepełnosprawnością jest ona ważna przez całe życie.

Marta Woźniak (Mistrzostwo Polski w showdownie w roku 2012): Uprawiam showdown. Często błędnie jest nazywany tenisem stołowym dla niewidomych. Jest to sport bardzo elitarny, jeszcze nie wpisany w konkurencje paraolimpijskie. Wymagania tego sportu to: słuch, refleks, koncentracja i szybkość, ponieważ piłka osiąga bardzo duże prędkości. Moim zdaniem, oprócz waloru integracyjnego, usprawnia echolokację. W moim wypadku współzawodnictwo rozwinęło wiarę we własne możliwości, co przełożyło się na codzienne życie. Dzięki uprawianiu sportu łatwiej mi się podnieść po porażce nie tylko sportowej, ale i życiowej. Trener wpajał nam zasadę: „Jeśli chcesz wygrywać, musisz umieć przegrywać.” Bardziej jednak podobają mi się sporty ogólnodostępne, w których można rywalizować lub ćwiczyć na równi z widzącymi. Takimi sportami są taniec czy kolarstwo. Udział w imprezach masowych daje poczucie dowartościowania, ponieważ sędziowie biorą pod uwagę umiejętności, a nie schorzenie.

Wspaniałym sportem jest ergometr wioślarski. Miałam tę przyjemność uprawiać go przez jakiś czas. Ćwiczymy na specjalnej maszynie, ramiona pracują jak przy wiosłowaniu. Zafascynowana byłam także kursami samoobrony zorganizowanymi przez Fundację Instytut Rozwoju Regionalnego. Prowadził je Andrzej Szuszkiewicz z Akademii Tradycyjnych Sztuk Walki Biały Smok w Krakowie. Dostosował on program szkoleniowy do możliwości niewidomych. Kurs trwał dwa tygodnie. Cztery godziny zajęć, dwie rano i dwie popołudniu. Prawdziwy wycisk. Pojęcia „nie mogę” czy „nie dam rady” nie funkcjonowały. Na każdym treningu robiliśmy po sto pompek, sto brzuszków. Wszystkie chwyty, duszenia, dźwignie, prowadzący pokazywał każdemu uczestnikowi zajęć z anielską cierpliwością. Problem w tym, że to wymaga regularnego ćwiczenia, a w Łodzi nie ma takich możliwości. Myślę, że takie umiejętności mogą bardzo się przydać w sytuacji zagrożenia. Po szkoleniu wróciłam do domu mocniejsza psychicznie, pewniejsza, stałam się bardziej asertywna. Miałam wdrukowane w umyśle: „Jesteś silna i ze wszystkim sobie poradzisz”. Po za tym, co tu dużo mówić, jeśli bez użycia siły powalę faceta o wadze 120’kg rozpiera mnie kobieca duma. Chcę jeszcze dodać, że teraz nie boję się wyjść z domu. Sama chodzę na basen i jeśli jestem gdzieś po raz pierwszy, to po prostu proszę o pomoc. Ratownicy pokazują, gdzie są szafki, szatnia, prysznice. Jeśli proszę, przychodzą po mnie po upływie mojego czasu, pomagają znaleźć klapki. Są naprawdę życzliwi.

Michał Michalak (strzelectwo bezwzrokowe): Możemy strzelać z broni długiej lub krótkiej. Strzelnica przypomina małą walizeczkę. Jej wieko po otwarciu stanowi tarczę, w której wbudowana jest karta sieciowa. Łączymy się z komputerem, do którego wgrywa się odpowiednie oprogramowanie. Na karabinku zamontowany jest laser. Odbija się on na tarczy, co odczytywane jest przez komputer. W słuchawkach słuchamy uważnie najwyższego dźwięku - lewo, prawo, góra, dół. Żeby znaleźć odpowiedni punkt – dziesiątkę, dziewiątkę czy ósemkę, musimy pilnować lufy karabinka. Chodzi o to, by być jak najbliżej środka. Gdy dojdziemy do dźwięku najwyższego, trzeba szybko nacisnąć spust. Dźwięki zmieniają się co chwilę. Trwają bardzo krótko. Jesteśmy ustawieni w określonej odległości przed tarczą. Na wykonanie strzału mamy 30 sekund. Komputer co dziesięć sekund odmierza czas, poprzez syntezę mowy otrzymujemy informację. Laser przesuwa się po tarczy, jeśli decydujemy się na strzał, przestaje świecić na tarczę. Wówczas komputer rejestruje to jako strzał. Uprawianie strzelectwa wymaga ogromnego skupienia, koncentracji, koordynacji ruchów, pewnej ręki, błyskotliwości umysłu. W tej konkurencji niewidomi i widzący mają porównywalne możliwości. Możemy być skoncentrowani, silni fizycznie, mamy szerokie horyzonty i umysły. Chciałbym, aby w Polsce baza treningowa była większa, zarówno dla sportowców wyczynowych, jak i amatorów. Sport wyzwolił we mnie ambicje, by stawać się lepszym, integracja, poznawanie ludzi, zawieranie przyjaźni to kolejne dobrodziejstwo. Dbając o precyzję w strzelaniu, stałem się bardziej precyzyjny w wykonywaniu czynności życia codziennego. Sport wyrobił we mnie upór w dążeniu do celu. W życiu codziennym przekłada się to na dokładność, solidność.

Różnorodność dyscyplin sprawia, że każdy może znaleźć coś dla siebie. Dzięki temu czujemy się dobrze w tym co robimy. To wyzwala radość życia, sprawia, że na jakiś czas znikają bariery. Nasza dysfunkcja nie przeszkadza nam w doskonaleniu się. Sądzę, że gdyby niewidomi szachiści zmierzyli się z widzącymi powiedzmy w rozgrywce szachowej w pamięci, to myślę, że nasi niewidomi mieliby przewagę i to nie z powodu wzroku, czy jego braku. Chodzi o wyćwiczony umysł. Jak wiadomo w sporcie chodzi też o sprawność ogólną,. Niewidomi, jak obecnie chyba prawie wszyscy, godzinami siedzą  przed komputerem. Nasza postawa jest często nieprawidłowa, ponieważ pochylamy się, opuszczamy głowę. Jest to niekorzystne dla kręgosłupa. No i oczywiście należy wspomnieć o braku ruchu, który powoduje otyłość.

Mieczysława Stępniewska grała w bowling, obecnie gra w kręgle klasyczne. Niektóre z długiej listy jej osiągnięć to: 2008 mistrzostwo Europy w Budapeszcie. 2006 pierwsze miejsce na zawodach bowlingowych. 20011 mistrzostwo świata na Słowacji.

Kiedy pojawiłam się w klubie Omega w łodzi właściwie nie miałam pojęcia co mogła bym robić. W naszym klubie jest bardzo wiele sekcji. Na to, że zajęłam się bowlingiem, a potem kręglami miała wpływ grupa. Ujęła mnie serdeczność i życzliwość tych ludzi. W wieku 22 lat straciłam wzrok. Nie widziałam sensu życia. Miałam bardzo wspierającą rodzinę, ale to nie wystarczało. W klubie znalazłam wsparcie i zrozumienie. Choruję na cukrzyce. Sport stał się dla mnie lekarstwem. Po treningach obniża się poziom cukru. Zahamowały się zmiany neurologiczne. Poprawiła się kondycja psychiczna. Podjęłam pracę, kocham ludzi, chce mi się żyć.

Wszyscy musimy pamiętać, że niepełnosprawni nie są inni, nie stanowią jednolitej kategorii ludzi. Po prostu wszyscy różnimy się między sobą. Niepełnosprawni nie są ani lepsi ani gorsi, a liczne sukcesy potwierdzają, że każdy człowiek przy odpowiednim zaangażowaniu i wysiłku może przekraczać kolejne granice, odnosić kolejne zwycięstwa. W sukcesach obecnych i przyszłych zwycięzców i olimpijczyków widać wytrwałą pracę nauczycieli i trenerów. Jej efekty są zwielokrotnione wdzięcznością bliskich. Prowadzą nie tylko do zaszczytów, ale również integrują niepełnosprawnych ze społeczeństwem.” – Aleksander Kwaśniewski

WS: Jak odniesiesz się do tego cytatu?

Tomasz Koźmiński: Trzeba zbudować wizerunek sportowca z niepełnosprawnością. Moim zdaniem jesteśmy traktowani po macoszemu. Niedawno odbywały się Mistrzostwa Świata w Lekkoatletyce, nasi zdobyli 9 medali. Wielkie wydarzenie, a w mediach cisza. A przecież nasze państwo powinno się szczycić takimi ludźmi. Obecnie sporo się dzieje w kraju i na świecie, a media milczą. Nasi sportowcy godnie reprezentują nasz kraj, a nie stworzono dla nich sensownego systemu stypendiów. W fundacji, w której działam, mamy niepełnosprawnego ruchowo paraolimpijczyka. Jego stypendium to 150 zł. Śmieszne prawda? Komitet olimpijski to zamknięte środowisko, które trzyma się razem, co wynika w dużej mierze z problemów finansowych. Moim zdaniem nie ma dobrych rozwiązań systemowych. Jeśli ktoś chce uczestniczyć w paraolimpiadzie, musi przejść utartą drogę. Musi być członkiem kadry, uczestniczyć w zawodach międzynarodowych, a dopiero potem następuje ewentualna kwalifikacja. Nie ma ustalonych norm. Każdy traktowany jest indywidualnie. A gdyby tak dziennikarze, bodaj po to, żeby doświadczyć, zrozumieć, zechcieliby zagrać np. w koszykówkę z ludźmi na wózkach czy w piłkę nożną z niewidomymi. To dopiero buduje wizerunek. Muszę jednak powiedzieć, że w naszym środowisku często występuje postawa roszczeniowa. Zdarzało się, że organizowaliśmy różne zajęcia, ponosiliśmy koszty, a osoby, które zadeklarowały uczestnictwo, nie pojawiały się. Nasi sportowcy muszą być widoczni. Wciąż jeszcze jest dużo lęku, jeśli chodzi o imprezy masowe. Zmagamy się z obawami o bezpieczeństwo startujących niepełnosprawnych, jak i uczestników. A przecież jesteśmy dorośli, a więc lęk, że zrobimy sobie czy komuś krzywdę jest nieuzasadniony. Nasi zawodnicy, mimo, że jest trochę lepiej, wciąż przecierają szlaki. Trzeba pokazywać aktywnych sportowców, żeby społeczeństwo wiedziało, że jesteśmy, jacy naprawdę jesteśmy. Moim zdaniem, by poprawić sytuację finansową czy ogólną, trzeba zrobić badania, na jakie dyscypliny jest największe zapotrzebowanie. Ważne by, obok sportu wyczynowego, propagować w środowisku osób z niepełnosprawnością sport jako doskonały sposób rekreacji czy rehabilitacji. W wielu miastach nie ma oferty dla niepełnosprawnych. Przydałyby się dostosowane, niezbyt drogie baseny czy inne obiekty sportowe, godzina zajęć na hali kosztuje 80 zł. A przecież trenować trzeba kilka razy w tygodniu po kilka godzin. Były przypadki, że osoby niepełnosprawne były wypraszane z siłowni.

Bartosz Bierowiec: Żeby uprawiać sport dla siebie, tak naprawdę trzeba tylko dobrych chęci. Jeśli mówimy o sporcie profesjonalnym, to trzeba powiedzieć, że podstawowym problemem sportowców z niepełnosprawnością jest niska nośność medialna. Sport z niepełnosprawnością w tle nie różni się zaangażowaniem, koniecznością trenowania. Trzeba przejść standardowe badania lekarskie, testy, być pod opieką jeszcze większej ilości lekarzy niż pełnosprawni sportowcy. Potrzebne są pieniądze na specjalistyczny sprzęt, często bardzo drogi. Profesjonalne uprawianie sportu wymaga takiegoż samego zaplecza. By znaleźć na to wszystko środki, musi być oddźwięk medialny. Wystarczy przypomnieć, jak wyglądały relacje z paraolimpiad. Żeby znaleźć pełne informacje, trzeba było głęboko szukać.

Na igrzyskach w Rio startowali nasi sportowcy. Telewizja pokazywała konkurencje paraolimpijskie, w których Polacy nie brali udziału. Nie powinno być tak, że słyszy się tylko o Lewandowskim czy innych gwiazdach. Sportowcy z niepełnosprawnością wkładają często dużo większe zaangażowanie w trening, starty, muszą pokonać więcej trudności, ale nic z tego nie mają. A muszą przecież walczyć o tzw. Lodówkę. Jak każdy mają codzienne finansowe problemy. Mój przykład jest znamienny. Mam rodzinę, dwoje dzieci, każdego dnia staję przed wyborem. Ile pieniędzy mogę wydać na trening, czy sprzęt, a z drugiej strony muszę mieć pieniądze na ubrania dla dzieci, opłaty itd. Niestety w wielu przypadkach ludzie odpowiedzialni za to, by sportowcom niepełnosprawnym stworzyć warunki, w praktyce tego nie robią. Według mnie sport niewidomych i słabowidzących, zarówno w swej funkcji rehabilitacyjnej, jak i w wymiarze wyczynowym jest równie ważny. Nie można tego rozdzielać. Proszę wyobrazić sobie Rafała Wilka. Jest on jednym z najwybitniejszych sportowców niepełnosprawnych. Nie mówię tu tylko o słabowidzących i niewidomych, ale w ogóle. Miał poważny wypadek na żużlu. Złamanie kręgosłupa. Stracił władzę w nogach. Nie wiadomo czy bez sportu by się pozbierał. To, że wcześniej był czynny pozwoliło mu się podnieść. Wbrew pozorom biegi narciarskie są dla osób z dysfunkcją wzroku jedną ze stosunkowo bezpiecznych dyscyplin sportowych. Należy tu zaznaczyć, że ryzyko w kalkulowane jest w każdą dziedzinę sportową. Chciałbym, by za pięknymi słowami szły czyny. Mam nadzieję, że przyjdą czasy, w których wszyscy nasi sportowcy będą mieli spokojne głowy. Nie będą musieli z trudem walczyć o możliwości reprezentowania kraju. Marzeniem wielu z nich jest, by nie trzeba było walczyć o finanse, by wysokie miejsca były gratyfikowane.

Bartosz Bierowiec ma swoje zaplecze, sztab ludzi, ale działają oni bezinteresownie, na zasadzie wolontariatu. Czy tak powinno być? Czy ich marzenia to utopie?

 

Zdzisław Kabziński radzi

Na koniec garść porad. Może się przydadzą. Na pewno, ćwicząc, będziemy zdrowsi. Już przecież Jan Kochanowski powiedział: „Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz.”

WS: W większych miastach są kluby niewidomych sportowców. Oferta jest bardzo szeroka: lekkoatletyka, pływanie, blind football - piłka nożna dla niewidomych, showdown – gra podobna do tenisa, kolarstwo tandemowe, goalball – piłka toczona, kręgle klasyczne, bowling - pochodna kręgli, taniec sportowy czy towarzyski, szachy, warcaby, brydż, itd. Każdy, jeśli tylko ma chęci, może znaleźć coś dla siebie. Co poradziłbyś ludziom, którzy mają opory, by wyjść z domu, albo mają problemy z dotarciem, bo mieszkają na wsiach lub w małych miasteczkach?

Z: Zacznę od tego, że medale są ważne, ale nie najważniejsze. Bardziej cieszyłbym się, gdyby w Polsce wszyscy, którzy mają chęci mogli uprawiać sport. Na stu sportowców wyczynowych medal zdobędzie kilku, a dziesięć tysięcy sprawnych, pełnych pogody i chęci do życia ludzi to prawdziwy kapitał. Rywalizacja jest ważna, sport wyczynowy też, ale zdrowy styl życia ważny jest ponad wszelką miarę. Jak mówiłem wcześniej, lepiej zapobiegać niż leczyć. Zresztą te sprawy są nieporównywalne. A trenować można w domu w różny sposób. Chociaż myślę, że wyjście do ludzi jest naprawdę bardzo potrzebne. Jeśli ktoś ma możliwości, może zakupić sprzęt. Są to różnego rodzaju bieżnie, rowery stacjonarne, orbitreki. Mamy bieżnie rolkowe i elektroniczne. Możemy regulować tempo, nachylenie – czyli podbieg większy lub mniejszy, można też ustawić rodzaje treningu: trening interwałowy – z przyspieszeniem, trening górski z podchodzeniem, może być też spacer. W zależności, co chcemy osiągnąć, treningi można przeplatać. Na jednej bieżni mamy do dyspozycji całą gamę programów treningowych.

Rowery stacjonarne: jeździmy stojąc lub siedząc, w każdym wypadku pracują inne partie mięśni. Jest także możliwość ustawienia jazdy pod górkę, można też zmieniać siłę oporu. Świetne do ćwiczeń w domu są także orbitreki. Jest to urządzenie do ćwiczeń, zwane również rowerem eliptycznym czy trenażerem. Łączą w sobie zalety bieżni, rowerka stacjonarnego i steppera. Orbitreki pozwalają naśladować ruchy właściwe dla wycieczek górskich, jazdy na rowerze oraz biegów narciarskich. A więc wszystkie te dyscypliny sportu są zamknięte w jednym urządzeniu. Do dyspozycji są też hantle, sztangi, podpórki do brzuszków i pompek. Można też użyć zwykłych butelek napełnionych wodą czy worków z piaskiem, świetny sposób to trenowanie z oporem własnego ciała.

Tym którzy chcieliby ćwiczyć sami, bez urządzeń polecam mini zestaw ćwiczeń. Na początku trzeba się rozgrzać. Może to być marsz w miejscu, z unoszeniem wysoko kolan. Następnie różnego rodzaju wymachy, odmachy nóg i ramion. Dawniej popularne były krążenia. Obecnie nie są zalecane, ponieważ dowiedziono, że są szkodliwe dla naszych stawów. Można też wykonać skłony, skipy – wysokie podnoszenie kolan, pięt, uderzanie piętami o pośladki. Następnie podskoki, wyskoki. Potem możemy przejść do przysiadów. Ważne by wykonywać je prawidłowo, wtedy nie są szkodliwe. Aby to w miarę zweryfikować podnosimy ręce do góry, by kręgosłup był neutralny, biodra wypchnięte do przodu, pośladki i mięśnie brzucha naprężone. Teraz powoli wykonujemy opuszczenie tułowia. Należy zgiąć powoli kolana do momentu, aż poczujemy, że już nie dajemy rady. Nic na siłę. Potem możemy wykonać pompki, brzuszki czy innego rodzaju ćwiczenia, które znamy. Życzę wszystkim powodzenia i zachęcam do uprawiania sportu. Sam niestrudzenie propaguję go w rodzinie i wszędzie, gdzie mogę.

Wiesława Stolarczyk

 

Projekt współfinansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych oraz Gminy Miejskiej Kraków