Żeglarstwo czy żeglowanie

W ostatnich kilku latach dużo mówi się o żeglowaniu, jako nowatorskim sposobie na zbliżenie światów ludzi widzących i niewidzących. Pisząc ten artykuł, z wielką radością odszukałem w pamięci postać wspaniałego, młodego niewidomego szanty-mena, zmarłego w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych, Tomka Opoki. Wśród wielu informacji, nagrań i publikacji znalazłem napisany przez Tomka artykuł, zachęcający, już wtedy, niewidomych do spotkania z tą dyscypliną ... no właśnie. Sportu? Wypoczynku? A może życia??? Artykuł zamieszczono na łamach ważnego niegdyś w środowisku niewidomych czasopisma "Niewidomy Spółdzielca" nr 8/1983. Oto jego początek:

"WIELKA PRZYGODA

Lepiej będzie, jeśli od razu przyznam się. Jestem groźnym – w to wierzę – nosicielem zakaźnej choroby żeglowania. Chcę zarazić nią jak najwięcej osób, przede wszystkim czytelników „Niewidomego Spółdzielcy”. Tym, którzy chcieliby, po przeczytaniu artykułu, spróbować żeglarstwa na własnej skórze, wyjaśnię, że istnieje możliwość zorganizowania kursu żeglarstwa specjalnie dla grupy niewidomych. Uzyskałem w tej sprawie wstępną zgodę władz Yacht Klubu Polski."

A dalej:

"Jeden z moich przyjaciół pokazał mi artykuł o niewidomych żeglarzach, zamieszczony w amerykańskim miesięczniku żeglarskim. Grupka niewidomych Amerykanów wpadła na znakomity, sądzę, pomysł. Każdy z nich prowadził łódkę w pojedynkę. Nad bezpieczeństwem całego przedsięwzięcia czuwał znajdujący się na motorówce instruktor. Kontakt między instruktorem i żeglarzami zapewniały radiotelefony, dzięki temu liczna grupa żeglarzy, korzystając co pewien czas z informacji przekazywanych drogą radiową, mogła swobodnie poruszać się po akwenie położonym w zasięgu wzroku instruktora. Jeśli będę dysponował radiotelefonem postaram się już w bieżącym sezonie wypraktykować ten sposób żeglowania."

I jeszcze jeden fragment, tym razem muzyczny:

"w klubie na Starym Mieście odbywają się spotkania żeglujących bardów. W imieniu organizatorów i własnym serdecznie zapraszam. Co roku w lutym odbywa się w Krakowie festiwal piosenki żeglarskiej. W tym roku wystąpiłem w roli wykonawcy. Zaprezentowałem trzy autorskie utwory. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, zdobyłem dwie nagrody: nagrodę publiczności i nagrodę PZŻ za wysokie walory literackie i muzyczne piosenek. Atmosfera festiwalu była znakomita. Trudno uwierzyć, że tak dobrze może się bawić przypadkowo dobrana grupa ludzi, szczególnie jeśli jedni mają po piętnaście, inni po pięćdziesiąt lat."

Tomek wyraźnie nie trafił we właściwy czas. Szkoda wielka, bo jak słyszałem od jego przyjaciół, był naprawdę odważnym i zdeterminowanym chłopakiem. Jego przygoda modelarsko-konstruktorska dziś mogłaby zaowocować naprawdę ciekawymi efektami.

Niespełna 21 lat później, w czerwcu 2006 roku, wychodzi w morze żaglowiec „Zawisza Czarny”. Na pokładzie załoga, której połowa to całkowicie,  powtórzę, bo to ważne i za to ręczę, całkowicie niewidomi. Zupełnie o tym nie wiedząc, poprowadziłem dalej zamysły Tomka. Dalej, bo nie tylko zorganizowałem kurs żeglarski, ale zaprosiłem niewidomych do samego smakowania radości i trudów, nudy i adrenaliny, jakie są udziałem żeglarzy właśnie.

 

W tym miejscu zaproponuję pewną lingwistyczną zmianę. Zamiast żeglarstwa używajmy odtąd terminu żeglowanie. Żeglarstwo to jednak sport, w którym istotnych  jest wiele zupełnie obcych nam rzeczy – a wzrok odgrywa tu naprawdę ważną rolę.

Z pewną dozą nieśmiałości – jak mówiła pewna stara i zaliczana już do klasyki reklama – tłumaczyłem wielu zaprawionym w morskich zmaganiach żeglarzom tę niewielką językową różnicę. Mówiłem: "w naszym, niewidomych, żeglowaniu najistotniejsze jest to, że wszystko jest naprawdę. To w zasadzie przypadek, że tej formy obcowania człowieka z naturą dotykamy. Po prostu nie spotkałem dotąd innej platformy, równie prawdziwej i dającej absolutnie każdemu uczestnikowi tyle możliwości. Zrozumcie. Przecież każdy wyznacza sobie własne zadania. Jedni łatwiejsze, inni trudniejsze. Skala trudności jest również jednostkowa. Dla jednego wędrówka z rufy przez spardek na pokład śródokręcia jest po prostu przygodą, inny zwycięży siebie, gdy przewędruje z kubryku do kambuza. A każdy i na pewno będzie dumny, że posługuje się terminami, których używali tak znakomici ludzie jak Mamert Stankiewicz, generał Zaruski  czy pływający z niewidomymi na "Zawiszy" od początku kapitan Janusz Zbierajewski.

Żeglowanie to głównie czerpanie z żeglarstwa wszystkiego, co natura wody, wiatru i współdziałającego z nimi żaglowca daje. To możliwość prawdziwego przeżywania wszystkich wrażeń, związanych z ogromem, prawdą i majestatem przyrody. Istotny jest żaglowiec, na którym przyszło nam tej przygody doświadczyć. "Zawisza Czarny" to żaglowiec surowy i dzielny. No i ma jeszcze to coś. Wielu nazywa to duszą. To niewytłumaczalny zbieg nazywalnych i nienazywalnych rzeczy, powodujący stan zawiszoholizmu u niemal każdego, kto rejs na nim odbył.

Z jednej strony jest żaglowcem bezpiecznym, odpornym - naprawi wszystkie błędy uczącej się sztuki żeglowania załogi, nie reaguje histerycznie na nierówną pracę przy żaglach, czy na sternika, któremu koło sterowe zdało się podobne do kierownicy samochodu i kręci nim tak, że każdy inny żaglowiec zachowywał by się co najmniej kłopotliwie. Z drugiej zaś strony, dla przykładu nisko położony, dolny pokład pozwala dosłownie poczuć siłę, z jaką woda podczas większej fali przez żaglowiec się przewala. To musi budzić pokorę dla Neptuna, ale i daje ogromną satysfakcję, płynącą ze zrozumienia tej starej, morskiej prawdy, że z morzem się nie walczy. Z morzem można jedynie się układać.

Oszczędzę czytelnikom liczb, przytaczania ilu niewidomych i słabowidzących (w następnych edycjach oczywiście i ta grupa w ramach „Zobaczyć Morze” pływa). W tym pierwszym rejsie wręcz się uparłem. Chodziło mi o naprawdę trudne warunki i naprawdę niewidomych. Takie informacje dociekliwi znajdą na stronach http://www.zobaczycmorze.pl. Wspomnę jedynie, że w tym roku robimy dziesiątą edycję projektu. To naprawdę długo, a sens czerpania siły na lądowe życie wprost od Neptuna, który jest absolutnym gwarantem równouprawnienia i niedyskryminacji pozwala z uśmiechem i spokojnym sercem patrzeć w przeszłość.

Pora podsumować powyższe. Po pierwsze cieszę się, że nieświadomie podjąłem temat, rozpoczęty przez Tomka. Pięknie jest rozwijać mądre pomysły.

Po drugie, cieszę się, że wypływająca z mojego egoizmu ochota na poznanie morza, zaowocowała wieloma wyjątkowymi, zupełnie niemorskimi, a ważnymi w losach ludzi zdarzeniami. Ot, ktoś wylazł z domu i od rejsu zaczął na powrót żyć, inny znalazł na rejsie partnera, a jeszcze inny odszukał sklep spożywczy, który lubi i przestał chodzić tam, a zaczął, gdzie najbliżej, choć paskudnie było.

Ciekawym jest też to, że naprawdę każdy może taką przygodę przeżyć i każdy z tego samego rejsu wywiezie to, co tylko chce. Jeden będzie narzekał, że wiało, albo nie wiało, zbyt mokro, albo właśnie zbyt sucho, ludzie za… tacy, albo właśnie nie tacy. Inny za to zajmie się tym, czego na lądzie nigdy nie spotka. A jest tego naprawdę dużo.

Osobiście przyznam się do głębokiego przyjęcia i namacalnego uznania jeszcze innej wartości. Na morzu, jak w życiu. Kiedy dzieje się coś naprawdę ważnego, pięknego czy trudnego, człowiek jest z tą rzeczą i ze sobą. Tylko albo aż.

A Tomkowi Opoce w dalekie, niezbadane rewiry zaniosę wiadomość: „Chłopie, w sprawach niewidomych, ich postrzegania przez widzących, ich możliwości zmieniło się od Twoich czasów wiele. Za to śpiewanie żeglarzy pozostało takie, jak kiedyś. Śpiewam z nimi i Twoje „Białe mewy” i jak Ciebie, mnie również zadziwia fakt, że obok nastolatków stoją mocno już doświadczeni i wszyscy razem po prostu śpiewamy.

Roman Roczeń

 

Projekt współfinansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych oraz Gminy Miejskiej Kraków