VLC for Mobile, czyli muzyka na naszym iPhonie bez iTunes

 

Telefony firmy Apple to z punktu widzenia dostępności najbardziej przyjazne urządzenia tego typu dla niewidomych użytkowników. Gdy jednak posłuchać tych, którzy mają coś przeciw urządzeniom z nadgryzionym jabłkiem w logo, niemalże zawsze pada jeden argument, który zbić jest bardzo ciężko: iOS jest strasznie zamknięty, a do umieszczenia muzyki w pamięci telefonu konieczny jest program iTunes.

Rzeczywiście, tak jest. iPhone po podłączeniu do naszego komputera nie zachowuje się jak przenośny dysk i nie możemy po prostu skopiować naszych ulubionych plików audio czy wideo do jego pamięci. Zamiast tego musimy zainstalować iTunes, stworzyć bibliotekę, dodać do niej muzykę, a następnie dokonać synchronizacji. Dzieje się tak, ponieważ Apple dane dla każdego programu trzyma w oddzielnym obszarze swojej pamięci, a ze względu na kwestie nie tyle techniczne, co raczej związane z prawami autorskimi, muzyka jest tu pod szczególnym nadzorem i nie możemy sobie nią swobodnie żonglować. Na całe szczęście są programy, które pozwalają w nieco wygodniejszy sposób zasilać muzyką naszego iPhona, iPoda czy iPada.

VLC for Mobile

Przykładem takiego programu jest odtwarzacz VLC, który jest z pewnością znany części czytelników Tyfloświata z komputerów PC. O ile w systemie Windows dostępność tej aplikacji pozostawia sporo do życzenia, o tyle w systemie iOS jest ona całkiem dostępna i może nam posłużyć jako odtwarzacz muzyki ze swoją własną biblioteką. W tym miejscu muszę dodać, że ze względu na separację danych poszczególnych aplikacji, odsłuchiwanie naszej muzyki, którą zsynchronizowaliśmy wcześniej przez iTunes, nie jest możliwe za pomocą VLC. Obowiązuje tu prosta zasada „albo, albo”. Albo decydujemy się na VLC, albo pozostajemy w świecie playlist i iTunes.

Jak to działa?

Naszą przygodę zaczynamy od pobrania programu VLC For Mobile ze sklepu AppStore.

Po bezpłatnej instalacji stukamy dwukrotnie w zlokalizowany w lewym, górnym rogu ekranu przycisk „Otwórz boczne menu VLC”. Następnie odszukujemy i dwukrotnie stukamy w przycisk „Wifi Up”, który po tej operacji zmieni się w „Wifi Up On”. Na ekranie pojawi się adres IP naszego iPhona, np. http://192.168.1.5, alternatywnie będzie to adres domenowy w postaci http://nazwa-naszego-iphona.local.

Teraz wystarczy już tylko otworzyć ten adres w przeglądarce internetowej uruchomionej na komputerze, z którego będziemy chcieli wgrywać muzykę do naszego urządzenia. Uwaga, telefon i komputer muszą znajdować się w tej samej sieci lokalnej.

Strona pozwalająca na wgrywanie materiałów multimedialnych jest bardzo prosta i intuicyjna. Interesuje nas tak naprawdę jeden przycisk opisany jako „Przeglądaj”, dzięki któremu możemy wybrać jeden lub więcej plików, które chcemy przesłać. W momencie rozpoczynania transferu warto upewnić się, że urządzenie jest odblokowane, a aplikacja VLC jest aktualnie uruchomiona, telefon wykrywając aktywne transfery nie pozwoli na zablokowanie ekranu czy uśpienie programu zanim nie zostaną one zakończone, ale o prawidłowe początkowe stadium tej operacji musimy zadbać osobiście.

Strona wyposażona jest w interaktywny pasek postępu, odczytywany np. przez duet Firefox + NVDA, tak więc informację o tym, jak miewa się transmisja naszych plików możemy otrzymywać na bieżąco. Problemem jest to, że wysłane pliki nie pojawiają się od razu na liście zlokalizowanej poniżej paska, jedynym remedium na ten stan rzeczy jest odświeżenie strony przez klawisz F5, należy jednak pamiętać, aby nie robić tego w trakcie transmisji.

Co jeszcze potrafi VLC For Mobile?

 

Całkiem sporo, a dla nas jedną z ciekawszych funkcji jest możliwość grupowania naszych zbiorów w foldery, będące jednocześnie playlistami, które mogą być w całości odtwarzane przez VLC. Możemy także np. pliki umieszczone w naszej muzycznej bibliotece eksportować do innych programów w tym maila, odtwarzać strumienie internetowe czy pliki udostępnione w naszej sieci lokalnej. VLC For Mobile daje sporo możliwości, a w historii tego programu bywało już tak, że ich część na tyle nie podobała się Apple, że aplikacja przez pewien czas była nieobecna w Appstore. Na szczęście taki stan rzeczy mamy już za sobą i od jakiegoś czasu możemy cieszyć się alternatywnym dla programu Muzyka odtwarzaczem.

Na zakończenie

Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę, że opisywana tu metoda jest swego rodzaju obejściem. Nie dotarliśmy jeszcze w historii firmy z Cupertino do momentu, w którym będziemy mogli podłączyć nasze urządzenie do komputera, skopiować, co tylko chcemy, i odtworzyć w dowolnie wybrany przez siebie sposób. Powiem więcej, nie jestem pewien, czy w ogóle kiedyś do takiego momentu dojdziemy. Fakt pozostaje jednak faktem, że VLC może być dla części użytkowników nadgryzionego systemu ciekawą alternatywą w stosunku do iTunes, a ja po prostu zachęcam by dać tej aplikacji szansę – tym bardziej, że dzięki niej możemy odtwarzać zarówno pliki audio, jak i wideo. Miłego konsumowania cyfrowych treści!

Michał Dziwisz

Makijaż bez lusterka

 

Poniższy artykuł, odbiegający nieco od głównego nurtu Tyfloświata, adresuję do czytelniczek, chociaż, jeśli zainteresuje on panów, to oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby go przeczytali. Chciałabym pokazać w nim, że wykonanie codziennego, odświeżającego makijażu przez osobę niewidomą lub słabowidzącą jest możliwe i wygląda dobrze, a nawet bardzo dobrze. Przyznam się, że sama nie chciałam w to wierzyć, ale uwierzyłam, gdy spróbowałam. Jestem osobą całkowicie niewidomą. Moje malowanie ograniczało się do podkładu i bezbarwnej szminki

Jak to się zaczęło?

Któregoś dnia, przeglądając skrzynkę pocztową z mailami, natrafiłam na zaproszenie na dwudniowe warsztaty grupowe z wizażu, organizowane przez Fundację Instytut Rozwoju Regionalnego. Przeczytałam. Pomyślałam, że to nie dla mnie; nie dam rady się nauczyć, no i wreszcie, po co mam się malować. A jak mi nie wyjdzie i będę wyglądać gorzej niż normalnie (bez makijażu)? Jeśli mi nie wyjdzie, to wszyscy zwrócą na to uwagę i albo nie powiedzą nic, albo odpowiednio skomentują, że to pewnie dlatego mi się nie udało, że nie widzę i nie jestem w stanie, co jest rzeczą naturalną, ocenić swojego wyglądu i efektu swoich działań. Dodatkowo moją niechęć spotęgowała informacja, że podczas warsztatów będzie kręcony film. „To już zupełnie nie wchodzi w grę. – pomyślałam – Ktoś jeszcze będzie podglądał kamerą, jak się pacykuję? Nie ma co!” Wobec powyższego postanowiłam przejść nad tematem do porządku dziennego. Okazało się jednak, że los chciał inaczej. Pod koniec ubiegłego roku zadzwonił do mnie pracownik oddziału warszawskiego FIRR z informacją, że są jeszcze wolne miejsca na styczniowe warsztaty z wizażu i zaprosił mnie do udziału. Kiedy zaczęłam tłumaczyć, że nie bardzo jestem zainteresowana tematem i że nie bardzo wierzę w skuteczność takich warsztatów, usłyszałam, że trzeba próbować nowych rzeczy, że nie warto się zamykać na nowe i wreszcie, że nie mam nic do stracenia, a jeżeli nie spróbuję, to nie będę wiedziała. Pomyślałam, że istotnie nic mi się nie stanie, jeżeli spróbuję, tak dla zabawy, z ciekawości. I się zapisałam…

Nadszedł dzień warsztatów

Stary rok szybko się skończył i nadszedł nowy, a wraz z nim weekend z makijażem. Stawiłam się, więc w warszawskim oddziale FIRR, 09 stycznia o godz. 10:00. W grupie było sześć pań, w różnym wieku, w tym dwie osoby zupełnie niewidome, a reszta słabowidząca. Naszą prowadzącą była p. Anna Dławichowska. Na początku czułam się niepewnie, ale gdy okazało się, że nasza instruktorka jest przemiłą, kompetentną osobą, która potrafi nawiązać kontakt z grupą, nieco się rozluźniłam i nawet zapomniałam o krążącym po sali operatorze kamery filmowej.

Wiarygodny instruktor

Warsztaty, jak to zwykle bywa, rozpoczęły się od przedstawienia się wszystkich uczestników oraz określenia ich oczekiwań wobec zajęć. Okazało się, że są wśród nas osoby, które się malują codziennie, niektóre czasami, a niektóre wcale nie lub w minimalnym stopniu. Ale najbardziej ujęła mnie opowieść samej instruktorki Ani (wszyscy przeszliśmy w grupie na „Ty”). Okazało się, że jeszcze dwa lata temu Ania nie malowała się w ogóle, ale w wyniku różnych okoliczności życiowych, zaczęła się interesować kreowaniem wizerunku, czyli między innymi makijażem. Wtedy pomyślałam sobie: o, to podobnie jak ja. Nie maluje się prawie w ogóle, a nawet lepiej, bo nie malowała się wcale, a zaczęła się malować, a teraz stoi tu przed nami i jest naszym instruktorem. Może się jednak da? Wiarę wzmocniło we mnie to, że Ania interesowała się nie tylko samym wizażem, ale również tym, jak przekazać tę umiejętność osobom niewidomym czy słabowidzącym. Ania obejrzała wiele filmów i programów telewizyjnych na ten temat, mało tego, sama trenowała nakładanie makijażu bez patrzenia w lusterko. Wtedy powiedziałam sobie: to jest to! Będzie coś z tego!

 

Co składa się na nasz wizerunek?

 

Zajęcia rozpoczęliśmy od kilku słów na temat naszego wyglądu. To jak najbardziej zrozumiałe, że każda z nas chce wyglądać dobrze. Możemy to osiągnąć nie tylko dobierając odzież odpowiednio do naszej sylwetki, jak również pod względem kolorystycznym do naszej cery, ale jak się okazuje, możemy też zmienić nasz wygląd poprzez zastosowanie kosmetyków. Zmieniając nasz wizerunek, przekazujemy otoczeniu konkretne informacje: jestem atrakcyjna, wyglądam pięknie, nie chcę się wyróżniać z otoczenia, mam zły dzień. Wszystko to zależy od tego, jak się ubierzemy i umalujemy. Delikatny makijaż, na co dzień i mocniejszy na wieczorne wyjście, ponieważ wtedy światło jest inne i inaczej nas widać. Ale kreowanie naszego wizerunku to nie tylko informacja dla innych, ale również sposób na poprawienie sobie humoru czy ukrycie zmęczenia. Poprzez zmianę wizerunku działamy nie tylko na innych, ale również  na siebie, na własną psychikę. Pracując nad wizerunkiem możemy stawać się odrobinę inne niż zwykle.

Jak dobrać kosmetyki?

Żeby nasz makijaż wyglądał ładnie, najpierw należy zadbać o prawidłowy dobór kosmetyków. Przy doborze kosmetyków należy zwrócić uwagę na kolor oraz ich konsystencję, dostosować je do rodzaju własnej cery i sprawdzić, czy nas nie uczulają. Jeśli chodzi o kremy, to dobieramy je do rodzaju skóry. Każda z nas wie mniej więcej, czy ma tłustą cerę, czy suchą, umie też zaobserwować, czy lepiej czuje się stosując kremy gęste i ciężkie, czy te lżejsze. Jeśli natomiast chodzi o dobór podkładu, cieni do powiek, różu oraz bronzera, to wymagana będzie pomoc osoby widzącej, np. wizażystki w drogerii. Ogólnie rzecz biorąc chodzi o to, aby kolor kosmetyku nie odcinał się od barwy naszej skóry. Jeśli zaś chodzi o konsystencję, to same musimy sprawdzić, jaka konsystencja, na przykład podkładu, nam odpowiada, czy wolimy kosmetyki w kamieniu, czy w proszku. Nie bez znaczenia jest także opakowanie kosmetyku. Musimy sprawdzić, czy łatwiej nam korzystać z kosmetyku w tubie, butelce bez dozownika, czy też z dozownikiem. To akurat nie jest trudne, bo można to wszystko przetestować rękami.

Przyszła pora na testowanie

Gdy już sobie tak odrobinę pogwarzyłyśmy o wizerunku i kosmetykach, Ania powiedziała, że przyszłyśmy na te warsztaty, aby się pobrudzić i dobrze bawić. Każda z nas dostała foliowy fartuszek, podobny do tych, z którymi mamy do czynienia np. w zakładzie fryzjerskim i dalejże się mazać! Na pierwszy ogień poszły podkłady. Miałyśmy kilka do wyboru. Jeden był w tubie i był bardzo rzadki, nie bardzo mogłam go wyczuć palcami na twarzy. Nie wiedziałam gdzie go nałożyłam, a gdzie trzeba było jeszcze dodać. Drugi, nieco gęstszy, w szklanej butelce, z korkiem. Chociaż lepiej się rozprowadzał, to jednak za dużo wylewało się go na palce, a co za tym idzie, za dużo go miałam na sobie. Dla mnie najlepszy okazał się trzeci rodzaj, gęsty, w buteleczce z dozownikiem. Zaleta jest taka, że łatwo się rozprowadzał, był wyczuwalny palcami i można go było łatwo odmierzyć. Następnie wzięłyśmy się za pudry. Miałyśmy do dyspozycji pudry w proszku i w kamieniu. Nasze testy wykazały, że lepsze są kosmetyki w kamieniu, ponieważ są bardziej trwałe, a poza tym łatwiej nad nimi zapanować. Puder w proszku jest bardzo drobniutki i sypki, co może spowodować, że całe się nim posypiemy, a przecież nie o to nam chodzi. Z tego samego powodu lepsze są cienie do powiek, cienie i róże. Jeśli chodzi zaś o szminki, to wygodniejsze w użyciu są szminki w formie kredki. Łatwiej je rozprowadzić na ustach, są twardsze i nie trzeba wtedy używać kredki konturówki oraz szminki. Dwa w jednym, taniej i więcej miejsca w naszej torebce lub kosmetyczce.

W jakiej kolejności ten makijaż?

Wiemy już, jakie kosmetyki są nam potrzebne do upiększenia. Na oczyszczoną żelem lub mleczkiem twarz nakładamy krem, następnie podkład, puder, ewentualnie róż, bronzer, cienie i na koniec szminkę. Jak widać z makijażem jest trochę roboty i na początku będzie nam to zajmowało sporo czasu. Zanim dojdziemy do wprawy, dajmy sobie na start 15 minut, potem będzie już lepiej i spokojnie zmieścimy się w 5 minutach. Makijaż odświeżający przed wyjściem zajmie nam dosłownie chwilę. Warto zauważyć, że niewidoma ma wygodnie. Może wykonać go wszędzie, bo przecież lusterka nie potrzebuje.

Jak to zrobić?

Wiemy już, co po czym. To bardzo ważne, ale nie mniej ważne jest, aby wiedzieć jak. Domyślam się, że z umyciem twarzy żadna z nas nie będzie miała kłopotu. Przystąpmy tedy do opisywania, który kosmetyk jak i gdzie nakładamy. Pierwszą i najważniejszą zasadą w makijażu jest im mniej, tym lepiej. Chodzi tu o to, aby nakładać cienkie warstwy kosmetyków, aby nasz makijaż był subtelny, abyśmy wyglądały świeżo, a nie miały wytapetowanej twarzy

Krem. Nakładamy go kolistymi ruchami palców lub wklepujemy w policzki, brodę i nos. Gdy wyczujemy, że jest równo nałożony i jego warstwa jest cienka, to wtedy czekamy chwilkę, aż się wchłonie.

Teraz przyszła pora na podkład. Jak już wspomniałam, najlepszy według mnie jest taki z dozownikiem. Jedno naciśnięcie powinno wystarczyć na policzki, a drugie na nos i czoło. Podkład nakładamy na całą twarz: policzki, nos, czoło i skronie do linii włosów, a także na szyję, ale niewiele. Wyciskamy go na palce dłoni i równomiernymi, kolistymi ruchami rozprowadzamy po twarzy, nie odrywając od niej palców, aby móc wiedzieć, gdzie jest rozprowadzony i czy warstwa jest równa i w miarę cienka. Pod palcami powinniśmy czuć, że nasza twarz jest równa i gładka.

Następnie idzie puder. Do nakładania pudru używamy puszków do pudru lub pędzla. Puszek – jest to mała, puchata, okrągła poduszeczka, z jednej strony puszysta, a z drugiej gładka. Po gładkiej stronie znajduje się pętelka, w którą możemy wsunąć dwa palce, aby ją lepiej chwycić. Otwieramy pudełeczko z pudrem, bierzemy puszek do ręki, kładziemy puchatą stroną na puder, wsuwamy dwa palce w pętelkę i dociskamy go do pudru, jednocześnie wykonując nim drobne okrężne ruchy. W ten sposób puder wchodzi we włoski poduszeczki. Następnie podnosimy puszek i drobnymi ruchami wklepujemy puder w policzki, czoło, brodę i nos. Drobinki pudru przykleją się do podkładu, a jego nadmiar możemy delikatnie usunąć pędzlem lub papierową chusteczką. Jeśli nabieramy puder pędzlem, to opieramy go pionowo o puder tak, jakbyśmy go chcieli postawić, dociskamy, wykonując okrężne ruchy, a następnie strząsamy z niego nadmiar pudru poprzez delikatne uderzenie nim o puder, cały czas trzymając go w pozycji pionowej. Następnie nanosimy nim puder na policzki, nos oraz czoło. Po nałożeniu pudru usuwamy delikatnie jego nadmiar z twarzy. Uważam, że nakładanie pudru za pomocą puszka jest dużo łatwiejsze niż za pomocą pędzla, bo lepiej wyczuwamy pod ręką naszą twarz, a poza tym, nabiera się na niego mniej pudru, niż na pędzel. Jeśli chodzi o ilość okrężnych ruchów wykonywanych pędzlem lub puszkiem, to jest to sprawa indywidualna. Zależy od tego, ile chcemy nabrać kosmetyku. Tu trzeba poprosić kogoś o pomoc, aby spojrzał i ocenił rezultaty naszych działań. W naszym przypadku najlepiej jest, wybrać puder transparentny. Wtedy, jeśli będzie go nawet odrobinę za dużo, to nie będzie tak bardzo widoczny. Zawsze jednak należy pamiętać o usunięciu nadmiaru pudru ze skóry.

Następnym trikiem optycznym, jaki możemy zastosować, jest tak zwane konturowanie twarzy, czyli uwypuklanie policzków. Chociaż pragnę tu zaznaczyć, że nie w każdym przypadku jest to konieczne, ponieważ zależy od kształtu naszej twarzy. Jeśli wiemy, że mamy za mało wyraziste kości policzkowe, to można je uwypuklić. O co tu chodzi? Do konturowania twarzy używamy różu i bronzera. Róż jest jaśniejszy, a bronzer ciemniejszy. Do nakładania jednego i drugiego służy nam pędzel, ale już nie taki puchaty, jak do nakładania pudru. Zanim jednak zabierzemy się do konturowania, musimy wiedzieć, gdzie znajduje się najszersza i najbardziej wypukła część naszej kości policzkowej, ponieważ będzie ona dla nas bardzo ważnym punktem odniesienia. Gdy już to wiemy, to przy konturowaniu twarzy zasada jest taka, że róż nakładamy w kierunku od kości policzkowej do skroni, a bronzer z kolei od ucha do kości policzkowej. Innymi słowy: róż od nosa do skroni (zaczynamy od najszerszego miejsca kości policzkowej), a bronzer od ucha do nosa, ale pamiętamy, że kończymy na najgrubszym miejscu kości policzkowej. Efekt optyczny jest taki, że górna część kości policzkowej jest jaśniejsza, a dolna ciemniejsza. Gdy ktoś patrzy, to wydaje się mu, jakby to, co jest jaśniejsze było bardziej wypukłe, a to, co ciemniejsze, bardziej wklęsłe. Pragnę jeszcze raz podkreślić, że konturowanie twarzy nie jest wcale takie proste i jeśli ktoś nie potrzebuje, nie musi się męczyć.

Teraz przyszła pora na zrobienie oka. Tutaj sprawa wygląda następująco: położenie odpowiednio dobranego cienia na powieki nie jest trudne, bo nabieramy okrężnym ruchem palca cień i nakładamy go na górną i dolną powiekę, przesuwając palcem od kącika oka na zewnątrz. Jeśli zaś chodzi o nakładanie tuszu na rzęsy, to jest to trudniejsze, ale wykonalne. Tusz nakładamy przy pomocy maleńkiej okrągłej szczoteczki tak, jakbyśmy chciały wymodelować nasze rzęsy. Kolejnym sposobem malowania oka jest nakładanie kresek na powieki, ale tego nie polecam, bo to trudne i bez wzroku, moim zdaniem, nie do zrobienia.

Ostatnia sprawa to umalowanie ust., Jeśli ktoś wcześniej tego nie robił, to wymaga to pokazania przez osobę widzącą. Chodzi tu o to, że odpowiednio dobraną szminką, najpierw obrysowujemy kontur ust, a następnie wypełniamy je w środku. Muszę przyznać, że właśnie to, z całych warsztatów, okazało się dla mnie najtrudniejsze. Dzielnie ćwiczyłam przez cały pierwszy dzień.

Efekt ciężkiej pracy

Przyszła pora na podsumowanie. Zdobytą przez siebie wiedzę postanowiłam wykorzystać w praktyce i od razu, w poniedziałek umalowałam się do pracy. Czekałam na to, co powiedzą koleżanki. I usłyszałam: jak ładnie wyglądasz, ślicznie wyglądasz, sama się malowałaś? Miłe, prawda? Postanowiłam jeszcze zasięgnąć informacji na temat swojego wyglądu wśród przyjaciół. Rozmawiałam przez telefon ze swoją przyjaciółką z poza Warszawy i opowiadałam jej o warsztatach, Wykazała zainteresowanie. „Jeśli tobie się udało, to może i ja będę się w stanie nauczyć”. Usłyszałam w słuchawce telefonu. „Przyślij mi zdjęcie, to dam je do oceny mojej siostrzenicy”. Minęło parę dni, wysłałam zdjęcie. Dzwoni telefon. „Twoje zdjęcie jest świetne, a usta to masz pomalowane perfekcyjnie”. „Możesz wystawić na Facebooka”. I tak też zrobiłam, po paru dniach, na swoim profilu widziałam pozytywne komentarze i polubienia. Nie lubię się chwalić, ale piszę tu o tym po to, aby wykazać, że niewidoma dziewczyna czy dorosła kobieta jest w stanie wykonać codzienny, zwykły makijaż. To oczywiste, że będzie potrzebowała na początku pomocy.

Agnieszka Pelczarska

Stowarzyszenie nadawców serwisów audioinformacyjnych

 

Czytanie bywa niemożliwe nie tylko wtedy, gdy ma się problemy ze wzrokiem. Czasem nie potrafimy poskładać tekstu w sensowną całość nawet wtedy, gdy go dobrze widać. Są i tacy, którzy nie przewrócą strony książki, nie utrzymają w ręce gazety, nie obsłużą klawiatury komputera ani nawet ekranu dotykowego, są wreszcie osoby, które ze względu na związaną z podeszłym wiekiem utratę sprawności utraciły możliwość czytania. Jednak mimo tych trudności wszyscy chcemy mieć dostęp do książek, gazet czy szeroko rozumianych serwisów informacyjnych. Czytelnicy Tyfloświata zapewne znają Tyfloradio. Wielu słuchało także audycji Tyflopodcastu. Potrzeby, o których tu mówimy, dotyczą oczywiście ludzi na całym świecie, dlatego pragnę uwadze czytelników polecić stronę międzynarodowego stowarzyszenia nadawców serwisów informacyjnych w formacie audio (International Association of Audio Information Services) http://www.iaais.org

Organizacja powstała w roku 1977 jako stowarzyszenie nadawców amerykańskich. Następnie w roku 1999 przekształciła się w międzynarodowe stowarzyszenie. Obecnie do stowarzyszenia należą nadawcy z Australii, Japonii, Kanady, RPA, USA i Wielkiej Brytanii. Odpowiadając na pytania redakcji, prezes stowarzyszenia - Stuart Holland stwierdził, że sytuacją idealną byłoby, gdyby członkami organizacji stały się podmioty świadczące usługi informacyjne dla osób niemogących korzystać z druku na całym świecie. Misją stowarzyszenia jest tworzenie usług społecznych, polegających na umożliwianiu dostępu do informacji tym wszystkim, którzy z różnych powodów nie są w stanie skorzystać z nich za pośrednictwem druku. Pracownikami stacji radiowych należących do stowarzyszenia, są w większości wolontariusze. Czytają słuchaczom prasę, książki, ogłoszenia lokalne. Dostarczają wszelkiego rodzaju informacji – od lokalnej prognozy pogody czy informacji o programie telewizyjnym lokalnego nadawcy, po informacje o wydarzeniach, które mogłyby zainteresować słuchaczy ze względu na niepełnosprawność. Na stronie organizacji zainteresowani znajdą katalog nadawców wraz z odnośnikami do ich stron internetowych. W przypadku niektórych serwisów wymagana jest rejestracja. W procesie rejestracji zwykle należy udokumentować swoją niepełnosprawność. W USA do korzystania z omawianych tutaj usług mają prawo nie tylko osoby z dysfunkcją wzroku, lecz także wszyscy ci, których określa się tam jako „print disabled”, czyli osoby, które z powodu dowolnej niepełnosprawności nie są w stanie skorzystać z materiałów w postaci drukowanej. Programów stacji należących do stowarzyszenia można słuchać w sieci. Tu dobra wiadomość dla potencjalnych słuchaczy w Polsce: żadna ze stacji zarejestrowanych na stronie nie stosuje geoblockingu. Programy niektórych stacji dostępne są także za pośrednictwem satelitów. Wiele stacji w Stanach Zjednoczonych dostarcza swoim niepełnosprawnym słuchaczom specjalne odbiorniki, skonstruowane tak, by nawet osoba o bardzo ograniczonej sprawności mogła taki odbiornik obsłużyć. Ze swej strony polecamy czytelnikom uczącym się języka angielskiego, by zajrzeli na omawianą stronę internetową i skorzystali z dostępnych tam audycji radiowych. Sprawdzając dostępność serwisów, zauważyliśmy, że teksty są zazwyczaj czytane bardzo wyraźnie i z szybkością pozwalającą na słuchanie ze zrozumieniem osobom, które język angielski znają w stopniu średnio zaawansowanym.

Co daje nadawcom stowarzyszenie

Ponieważ stacje należące do stowarzyszenia to organizacje non-profit, bardzo ważną sprawą jest dla nich udzielanie sobie wszelkiej pomocy. Członkowie dzielą się nieodpłatnie wyprodukowanymi przez siebie programami, wspierają się w gromadzeniu funduszy na prowadzenie działalności, mają forum internetowe, na którym wymieniają się doświadczeniami dotyczącymi zarządzania, tworzenia programów czy wreszcie podnoszenia kwalifikacji.

A co dla nas

Przyglądając się rozwiązaniom zastosowanym w innych krajach, można zastanawiać się nad tym, czy nie byłoby dobre zastosowanie ich na naszym gruncie. Z własnego doświadczenia, wiele lat pracowałem z osobami starszymi i ciężko chorymi, wiem, że stacja radiowa proponująca słuchaczom rozbudowany serwis informacyjny oraz lekturę książek i prasy z pewnością byłaby potrzebna nie tylko osobom z dysfunkcją wzroku. Warto też, jak się wydaje, zastanowić się nad tym, czy nie należałoby rozszerzyć grupy osób, które mogą korzystać ze źródeł publikowanych w formatach dostępnych. Zawężanie tej grupy do osób z dysfunkcją wzroku w sposób paradoksalny szkodzi tym ostatnim. Kwestią otwartą pozostaje, czy i w jaki sposób lokalni nadawcy mogą skorzystać z międzynarodowej współpracy i wymiany tworzonych przez siebie treści, ale na to pytanie muszą odpowiedzieć oni sami.

Damian Przybyła

ADAPTER.PL - Pierwsze VoD na świecie dla tych, którzy nie widzą i nie słyszą

— CHCEMY, ŻEBY KINEM MOGLI CIESZYĆ SIĘ WSZYSCY, TAKŻE NIEWIDOMI I NIESŁYSZĄCY ODBIORCY

— mówi Justyna Mańkowska wiceprezes Fundacji Katarynka.

W tej chwili polskie kina są praktycznie niedostępne dla niewidomych i niesłyszących widzów. Kinomani z dysfunkcją słuchu i wzroku mogą cieszyć się filmami tylko podczas zamkniętych pokazów. Osoby głuche nie znają polskiej sztuki filmowej, bo polskie filmy nie posiadają napisów lub migacza.

Dlaczego nie chodzę do kina?

Festiwal, który mnie interesuje jest na drugim krańcu Polski. Ciężko bez opiekuna dostać mi się na miejsce. Nie mam pieniędzy. Film nie ma audiodeskrypcji – odpowiadali niewidomi.

Jednocześnie bardzo wielu z nich ma dostęp do Internetu — według danych GUS dostęp do sieci w 2013 roku miało 70% gospodarstw domowych. To znaczy, że spośród ok. 2 milionów osób z dysfunkcją słuchu i wzroku w Polsce, filmy w Internecie może oglądać pewnie około miliona z nich.

3 lata przygotowań, 2 lata działalności

ADAPTER.PL — od 2014 roku funkcjonuje specjalny serwis VoD z filmami dostosowanymi dla osób z dysfunkcjami sensorycznymi. Portal stworzyła wrocławska Fundacja na Rzecz Rozwoju Audiodeskrypcji KATARYNKA.Wydarzenie specjalne - Popiół i diament

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PIERWSZY W POLSCE I Z PEWNOŚCIĄ JEDEN Z PIERWSZYCH NA ŚWIECIE, NA KTÓRYM WSZYSTKIE FILMY DOSTĘPNE SĄ ONLINE, ZA DARMO, PRZEZ 24 GODZINY NA DOBĘ.

Każdy z nich opatrzony zostaje audiodeskrypcją dla osób niewidomych i specjalnymi napisami dla osób głuchych i słabosłyszących. Co ważne, szczególnie w przypadku takich odbiorców, portal przygotowany został z założeniem maksymalnej łatwości w użytkowaniu. Nie wymaga więc żmudnej i skomplikowanej procedury rejestracji. Nie wymaga logowania, podawania numeru orzeczenia o niepełnosprawności, kodów smsowych czy innych wrażliwych danych.

Nie bez znaczenia jest również intensywnie pracujący support, pozostający w stałym kontakcie z użytkownikami, pomagający w rozwiązywaniu problemów programowych i sprzętowych.

Działania wspierające nie ograniczają się jedynie do kontaktu mailowego, załoga ADAPTERa kontaktuje się też z użytkownikami poprzez media społecznościowe i specjalne fora internetowe, na których pojawiają się osoby z niepełnosprawnościami. Ich sugestie przekazywane są do działu programistycznego i wdrażane w kolejnych wersjach rozwojowych serwisu.

Podsumowując — zaawansowane technologicznie narzędzie internetowe w postaci portalu VoD, przekłada się na najprostszą z możliwych obsługę serwisu spełniającego kryteria WCAG 2.0 na poziomie AAA.

150 filmów, 42.000 użytkowników

ADAPTER jest najobszerniejszą bazą audiowizualną, przeznaczoną dla niewidomych i głuchych odbiorców.

Wśród materiałów znajdują się kultowe dzieła i niszowe produkcje, filmy fabularne, dokumentalne, filmy dla dzieci, materiały edukacyjne i fotosy filmowe.

W każdy czwartek o godzinie 20:00 pojawiają się kolejne filmy z audiodeskrypcją i napisami. Tworzone są także napisy uproszczone, które pomagają dzieciom głuchym poznać język polski jako ich drugi język.

Dotarliśmy do ponad 42 tysięcy odbiorców niepełnosprawnych. Z portalu korzystają ludzie z dużych miast, tj. Warszawa, Poznań czy Wrocław, ale też małych miejscowości rozsianych po całym kraju. To także mieszkańcy trzech kontynentów — niepełnosprawni Polacy za granicami kraju, dla których ADAPTER jest jedynym oknem na świat. To również niewidoma i głucha młodzież z ośrodków szkolnych w Polsce.

30 pokazów w kinach, 2 wydarzenia specjalne

Twórcy portalu pragną, aby polskie kina stały się dostępne, dlatego też wychodzą poza ramy cyberprzestrzeni. Co miesiąc organizują pokazy filmowe w Kinie Nowe Horyzonty, które są dostosowane do potrzeb niewidomych i niesłyszących widzów. Zapraszają niewidomych i niesłyszących odbiorców do samego centrum kulturalnego Wrocławia. Do strefy spotkań z ciekawymi ludźmi. Do miejsca pokazów popularnego i autorskiego kina. We Wrocławiu trudno o ofertę kulturalną dla niepełnosprawnych odbiorców. Kino Nowe Horyzonty wspólnie z Fundacją KATARYNKA proponuje otwarte dostosowane pokazy, na których niewidomi i niesłyszący Wrocławianie mogą poznać najnowsze produkcje znane w Polsce i na świecie.

Wydarzenie specjalne - Test pilota Pirxa

Twórcy inicjatywy eksperymentują także podczas niezwykłych wydarzeń specjalnych. To pokazy, podczas których działają na wszystkie zmysły. Eksperymentują sensorycznie, tworzą wyjątkowe doznania dla widzów, pobudzając: wzrok, słuch, węch, dotyk i ... emocje, tworząc spektakle 5D. To synergia wielu elementów, których wynik jest zdecydowanie większy, niż ich prosta suma.

WYDARZENIE SPECJALNE:

  • Film + Teatr — Popiół i diament 2014 - Centrum Technologii Audiowizualnych we Wrocławiu
  • Film + Koncert + Multimedia — Test pilota Pirxa 2015 - Centrum Technologii Audiowizualnych we Wrocławiu

300 filmów do końca 2017, 500 filmów do końca 2020

Założeniem twórców ADAPTERa jest nie tylko udostępnianie filmów na portalu VOD. ADAPTER ma się stać ogólnopolską bazą dostępnych filmów, które na różnych etapach swojego istnienia doczekały się opracowania audiodeskrypcji czy napisów dla niesłyszących, ale z wielu przyczyn udogodnienia te nie są dostępne dla szerokiego grona odbiorców.

Jest to cel bardzo ambitny, ale nie niemożliwy do zrealizowania, bo do tej inicjatywy przyłączyły się już największe polskie fundacje, które przeciwdziałają wykluczeniu z kultury osób niepełnosprawnych.

Dzięki finansowaniu z PFRON i Ministerstwa Kultury, ADAPTER wszedł już w tryb regularnego wzbogacania repertuaru.

ADAPTER w Szkole - Edukacja filmowa on-line

ADAPTER w Szkole to projekt przeznaczony dla szkół, który angażuje ośrodki szkolno— wychowawcze w edukację filmową i udostępnia uczniom polską kinematografie. Z projektu korzystają wszystkie szkoły II, III I IV etapu edukacji, w szczególności ośrodki dla niewidomych i niesłyszących dzieci.

Oprócz filmów na ADAPTERZE znajdują się materiały edukacyjne. Są to fotosy z audiodeskrypcją i napisami, słownik pojęć filmowych oraz scenariusze do lekcji, podczas których uczniowie w grupach wykonają ciekawe zadania.

Uczniowie wykonane zadania publikują na Facebooku. Chcemy w ten sposób pokazać im, że lektury mogą być atrakcyjne, a wymienianie wspólnych doświadczeń na portalu społecznościowym może łączyć młodzież pełnosprawną i niepełnosprawną z całej Polski.

Logotypy partnerów i sponsorów

Projekt dofinansowano ze środków PFRON oraz ze środków Ministerstwan Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Partnerem projektu jest Centrum Technologii Audiowizualnych oraz Stowarzyszenie Twoje Nowe Możliwości.

 

Źródło: Materiały Fundacji Katarynka

Renesans_brajlowski

 

Czytelnicy, którzy znają moje teksty stwierdzą być może, że autor się zmanierował i idzie w tanie efekciarstwo, bo przecież niedawno w Tyfloświecie było coś o rewolucji brajlowskiej. Pragnę ich w tym miejscu uspokoić. Tekstu o brajlowskim średniowieczu nie planuję, bo do tematu nie czuję się przygotowany, a z renesansem w dziedzinie brajla mamy istotnie do czynienia. Można się było o tym przekonać podczas marcowej konferencji CSUN.

Zacznijmy od początku

Pojawienie się taniej i łatwo dostępnej, a przy tym pozwalającej na szybką i łatwą pracę z treściami cyfrowymi mowy syntetycznej sprawiło, że wiele osób z dysfunkcją wzroku uznało, iż korzystanie z brajla zwyczajnie nie będzie im dłużej potrzebne. Wielu specjalistów od niewidomych okrzyknęło odejście od pisma jako coś nieuniknionego. Uznali oni, że w przypadku osób z dysfunkcją wzroku rola pisma jest marginalna, ponieważ te osoby, nie korzystając ze wzroku, mają inne, czytaj słuchowe, struktury poznawcze. Z tym ostatnim poglądem mógłbym polemizować, ale że nie jest to przedmiotem niniejszego tekstu, pozwolę sobie myśli powyższej nie rozwijać.

Co zatem spowodowało ów tytułowy renesans brajlowski?

Przyczyną zjawiska jest paradoksalnie to, co korzystaniu z brajla przez niewidomych miało zadać cios śmiertelny, czyli pojawienie się ekranów dotykowych. Ze smartphonów korzystamy wszyscy. Chcemy ich używać prawie jak komputerów. Gdy zaczynamy używać tabletu nie jeden z nas chciałby w ogóle z komputera zrezygnować, a pojawienie się urządzeń klasy najnowszego iPada Pro proces ten z pewnością pogłębi. Jedyny słaby punkt to uciążliwość pisania na klawiaturze ekranowej tych urządzeń. To oczywiście możliwe, ale na ślepo pisze się powoli i niezbyt wygodnie, a z pewnością zdecydowanie wolniej niż na fizycznej klawiaturze. Problem rozwiązano dając niewidomym dotykową klawiaturę brajlowską. Można na niej pisać tak szybko jak na maszynie brajlowskiej, a jeśli dodamy do tego możność pisania skrótami, to efektywność wprowadzania danych do naszego urządzenia wzrośnie tak bardzo, że w niczym nie będziemy ustępować naszym widzącym kolegom. Wszystko świetnie tyle tylko, że przez ostatnie lata brajla nikt się nie uczył, bo to przecież przeżytek. Liczba czynnych użytkowników pisma spadła w populacji osób z dysfunkcją wzroku do około 5% (dane podaję za badaniami przeprowadzonymi przez NFB).  Pojawienie się ekranowych klawiatur brajlowskich zdaje się powodować odwrócenie zjawiska odchodzenia od brajla. Korzyści z łatwego wprowadzania tekstu na ekranie dotykowym są tak wielkie, że nie tylko osoby niewidome, lecz także słabowidzące chcą się brajla uczyć. Nauka pisania pociąga za sobą chęć, a właściwie wynikającą z samego procesu uczenia się konieczność nauki czytania. To sprawia, że pojawia się bodaj potencjalnie, potrzeba czytania brajlem. Deweloperzy urządzeń brajlowskich doskonale wyczuli trend i za nim poszli.

Konsekwencje?

Bieżący rok określa się jako rok brajla, a podczas konferencji CSUN zaprezentowano wiele nowatorskich rozwiązań, które łączą wszystko to, co najlepsze w nowych technologiach z tym, co w najlepszy sposób zaspokoić może naszą potrzebę wymiany informacji z otoczeniem.

Trzy tablety brajlowskie zrobione na platformie androidowej, brajlowski tablet z systemem Windows 10 i brajlowski czytnik e-booków wielu z pewnością zaskoczyły. Osobiście idę o zakład, że Apple nie pozostanie wobec tego trendu obojętny i prędzej czy później doczekamy się iPada ze zintegrowanym monitorem brajlowskim, a może, kto wie,prace nad mikrofluidową powierzchnią tyflograficzną przyniosą nam nowe i zupełnie nieoczekiwane możliwości. Wypada uzbroić się w ciekawość, uczyć się brajla i czekać na rozwój wypadków.

A dźwięk?

Tu także czeka nas sporo nowości. Niepełnosprawność, gdy potraktuje się ją nie jako przeszkodę, lecz jako czynnik inspirujący do twórczych poszukiwań, może stać się motorem postępu technologicznego. Przykładem niech będą badania nad sonifikacją. Wzrastające tempo życia wymusza na wszystkich wielokanałowe przetwarzanie informacji. Kierowca chce wiedzieć o zachowaniu swego pojazdu i reagować na różne parametry maszyny stosownie do potrzeb, ale nie chce odrywać oczu od drogi, chce sterować podczas jazdy radiem czy smartphonem i chce to wszystko robić bez korzystania z wyświetlaczy. Inżynierowie chcący rozwiązać powyższy problem uznali, że najlepszym sposobem będzie zbadać jak niewidomi radzą sobie z dźwiękowym kanałem informacyjnym a wyniki tych badań zastosować w rozwiązaniach mainstreamowych. Przykładem takiego rozwiązania niech będzie całkowicie pozbawione ekranu, sterowane komendami głosowymi, dostępne obecnie tylko na rynku amerykańskim urządzenie firmy Amazon, Echo, o którym wkrótce więcej na łamach Tyfloświata.

Czy doczekamy się stworzenia zoptymalizowanego protokołu, obsługującego wielokanałową wymianę informacji niewidomego z otoczeniem? Czy ktoś wreszcie podejmie wysiłek stworzenia czytnika ekranu opartego o taki komplementarny sposób korzystania z brajla i audio? Czas pokaże.

 

Damian Przybyła

Klocki brajlowskie

 

Klocki literki. Którzy z nas nie pamięta z dzieciństwa tej zabawki. Wielu nawet całkowicie niewidomych nauczyło się w ten sposób liter, zanim jeszcze poznali pismo brajla. A klocki Lego? Każdy, kto miał takie klocki w ręku wie, że klocek do łączenia się z innymi wykorzystuje coś w rodzaju okrągłych wypustek. Tu jest miejsce na prawdziwą iskrę geniuszu. Pewna firma z Brazylii opracowała klocki podobne do klocków Lego. Wyróżniają się tym, że owe służące do łączenia się z innymi elementami wypustki ułożono w taki sposób, aby wyglądały na powierzchni klocka jak litery brajlowskie. To genialne w swej prostocie rozwiązanie daje dzieciom możliwość poznawania liter brajlowskich i umożliwia im jednocześnie zwykłą zabawę. Klocki, jakkolwiek nie firmowane przez producenta klocków Lego, są w pełni kompatybilne ze standardowymi elementami Lego dzięki czemu można swobodnie łączyć elementy obu rodzajów. Jedyna różnica polega na tym, że w klockach mających szerokość dwóch wypustek i wysokość trzech kilku wypustek po prostu brakuje, ponieważ inaczej nie udałoby się uzyskać wszystkich znaków brajlowskich. Takie klocki to doskonałe narzędzie integrujące. Tak jak kiedyś niewidome przedszkolaki bawiły się w układanie klocków literek, tak teraz być może widzące przedszkolaki będą układać literki brajlowskie. Klocki zostały stworzone na otwartej licencji, dzięki czemu może je wyprodukować każdy, kto uzna, że rozpowszechnianie takich klocków to dobry pomysł.

Źródło: http://gizmodo.com/using-lego-like-bricks-to-teach-kids-braille-is-a-strok-1774438336

 

W sklepie Apple dział produktów dla osób z niepełnosprawnościami

 

Już od pewnego czasu mówiło się, że firma Apple zamierza włączyć do swojej oferty produkty przeznaczone dla osób z niepełnosprawnościami. Od niedawna dział, w którym znajdziemy takie produkty, jest częścią sklepu Apple. Obecnie oferta obejmuje 15 produktów przeznaczonych dla osób z dysfunkcją wzroku, dla osób mających ograniczenia o charakterze motorycznym oraz dla tych, które mają trudności w uczeniu się. Osoby niewidome znajdą tam 2 monitory brajlowskie. Osoby z dysfunkcją narządu ruchu zainteresuje z pewnością przeznaczony dla nich trackball, którego wymiary są większe niż standardowego urządzenia tego typu. Osoby z trudnościami w uczeniu się znajdą w ofercie np. urządzenie, które funkcjonuje jako dotykowy interfejs muzyczny i w ten sposób pozwala na zabawny i przyjemny sposób tworzenia muzyki.

Możliwość szukania produktu z użyciem kryteriów wyszukiwania takich jak rodzaj niepełnosprawności oraz zgodność z aplikacjami i urządzeniami dla osób z niepełnosprawnościami wskazuje na planowane rozszerzenie oferty omawianych produktów. Ponadto w iTunes Apple wprowadziło oznaczenie dostępności sprzedawanych tam aplikacji.

Źródło: http://9to5mac.com/2016/05/05/apple-store-accessibility-accessories/

Nowe technologie a niepełnosprawność

 

Dostępność jest modna. Na dostępność, na podnoszenie jakości życia osób z niepełnosprawnościami chcemy zwracać uwagę. Ten korzystny klimat społeczny sprzyja wydarzeniom takim jak mająca niedawno miejsce na krakowskiej AGH konferencja „Nowe technologie a niepełnosprawność”. Podczas tego spotkania inżynierów i naukowców, rozwiązujących m.in. problemy związane z niepełnosprawnościami, mogliśmy zapoznać się z kilkoma interesującymi projektami badawczymi, a przy okazji spotkać ludzi opowiadających o inspiracjach swoich działań, o złożoności procesu twórczego, który prowadzi ich do uzyskiwania końcowych rozwiązań.

W humanistyczny wymiar omawianych zagadnień wprowadziła uczestników konferencji swoją filozoficzną refleksją prof. dr hab. Janina Filek. Jak powiedziała: „Technologie, obok niewątpliwych dobrodziejstw, niosą ze sobą zagrożenia. Dzięki rozwojowi technologicznemu, dzięki różnym wynalazkom, umożliwiającym osobom z niepełnosprawnościami kompensowanie wszelkiego rodzaju dysfunkcji, włączenie tych osób w główny nurt życia społecznego jest teraz łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Jednocześnie jednak te same rozwiązania niosą ze sobą potencjalne zagrożenia wykluczeniem. Narzucenie osobom z niepełnosprawnościami telepracy czy nauki w systemie e-learningowym może w konsekwencji prowadzić do izolacji tych osób. Pracując nad rozwiązywaniem problemów, które wynikają z niepełnosprawności, powinniśmy mieć na uwadze cel, do jakiego dążymy, myśleć o przyszłym społeczeństwie, w którym granica podziału na sprawnych i żyjących z niepełnosprawnością zostanie zatarta”.

Następnie prof. dr hab. inż. Ryszard Tadeusiewicz omówił najnowsze rozwiązania wspierające inteligentne monitorowanie osób wymagających opieki. Powiedział, że przyszłością jest upowszechnienie wszelkiego rodzaju automatów wspomagających. Chodzi o urządzenia, które pomogą np. w przesiadaniu się z łóżka na wózek lub spełnią funkcję przewodnika dla osoby niewidomej, urządzenia, które będą wyposażone w zestawy czujników umożliwiających monitorowanie parametrów medycznych czy otoczenia osoby niepełnosprawnej i w razie konieczności podejmą działania zapewniające osobie bezpieczeństwo lub wezwą pomoc ludzką. Na pytanie, jak to wszystko ma się do projektowania uniwersalnego i czy osoby pełnosprawne mogą z takich prac odnieść jakieś korzyści profesor odpowiedział: „Po pierwsze wszyscy się starzejemy, a wobec przedłużającej się długości ludzkiego życia każdy z nas musi z coraz większym prawdopodobieństwem zakładać, że kiedyś będzie żył z niepełnosprawnością. Po drugie, ponieważ coraz dłużej pracujemy mamy mało czasu na opiekę nad tymi, którzy opieki wymagają, a zatem posiadanie urządzeń, które nam w tym pomogą, jest zwyczajnie korzystne, bo wyręcza nas w wykonywaniu funkcji, z którymi, być może, nie radzimy sobie tak dobrze, jak byśmy tego chcieli i wreszcie po trzecie, nie wolno nam zapominać, że lenistwo jest częścią natury ludzkiej, a więc roboty, które podadzą nam herbatę, poodkurzają mieszkanie czy wyprasują ubrania z pewnością znajdą nabywców. Nie zrażajmy się tym, że te rozwiązania przyszłości będą z początku bardzo drogie. Tak dzieje się przecież ze wszystkimi wynalazkami. Jeśli się przyjmą to trafią do masowej produkcji, a ceny ich spadną do poziomu, który zapewni im masową dostępność.”

Prof. dr hab. inż. Jerzy Kwaśniewski omówił prace nad urządzeniem wspomagającym rehabilitację kręgosłupa. Omawiane urządzenie może wspomagać pracę rehabilitanta i fizjoterapeuty. Rozwiązanie wydaje się być bardzo interesujące, ale problemem jest niedostateczne finansowanie oraz mnóstwo przeszkód o charakterze biurokratycznym, które utrudniają interdyscyplinarne prace nad tym projektem.

Prof. dr hab. inż. Stanisław Mazurkiewicz przedstawił prowadzone przez jego zespół prace nad egzoszkieletem, urządzeniem, które osobom z porażeniami wiotkimi kończyn dolnych umożliwi chodzenie symulując funkcje nóg.

Prof. nadzw. dr hab. inż. Mariusz Giergiel  zaprezentował prototyp wózka inwalidzkiego sterowanego impulsami nerwowymi i omówił problemy powstające podczas tworzenia takiego rozwiązania. Do produkcji urządzenia, którego będą używać osoby jeżdżące na wózkach jeszcze wprawdzie bardzo daleko, prawo Murphy’ego dało o sobie znać podczas prezentacji i pieczołowicie przygotowywana demonstracja nie zadziałała zgodnie z oczekiwaniami twórców, ale pomysłowość i ogromne zaangażowanie oraz rozległa wiedza i upór w rozwiązywaniu napotykanych problemów każą przypuszczać, że powstanie takiego wózka w tym zespole jest jedynie kwestią czasu.

Prof. dr hab. inż. Witold Grzegożek opowiedział o pracach nad ultralekkim pojazdem umożliwiającym osobom poruszającym się na wózkach jeżdżenie po drogach publicznych. Ten skonstruowany z myślą o technologiach przyszłości ultralekki samochodzik waży bez akumulatorów zaledwie 45 kg. Konstruktorzy pomyśleli nie tylko o samodzielności użytkownika - do autka wjeżdża się wózkiem od tyłu - lecz także o tym, by pojazd sprostał bardzo wielu wymaganiom użytkowym. Koła i zawieszenie pozwalają na poruszanie się nawet w trudnym terenie, wymiary umożliwiają wjechanie nawet w wąskie bramki, a trwające właśnie prace nad funkcjami autonomicznymi, dzięki którym będzie np. możliwe przywołanie pojazdu z rozległego parkingu w pobliże wejścia tak, by użytkownik nie był zmuszony lawirować wózkiem pośród zaparkowanych i ruszających aut, pozwalają mieć nadzieję, że rozwiązanie końcowe będzie produktem nowoczesnym i doskonale spełniającym potrzeby grupy docelowej.

A co dla nas?

I dla czytelników Tyfloświata coś się znalazło. Prof. dr hab. inż. Andrzej Dziech i dr inż. Jarosław Bułat prezentowali prace nad rozwiązaniami ułatwiającymi poruszanie się osób niewidomych. Biała laska z ultradźwiękowym wykrywaczem przeszkód to rozwiązanie podobne do istniejących już na rynku takich jak np. Ultracane. Autorzy zdają sobie z tego sprawę. Podjęli jednak prace nad swoim rozwiązaniem w nadziei na stworzenie produktu, którego cena będzie do zaakceptowania na polskim rynku. Kolejny projekt w tej grupie to urządzenie lub aplikacja do informowania  o tym, czy światło na przejściu dla pieszych jest zielone czy czerwone. Okazało się, że rozwiązanie problemu za pomocą kamery i oprogramowania analizującego dane z otoczenia nie jest proste. Ze względu na złożoność otrzymywanych z otoczenia sygnałów występuje wiele błędów i wydaje się, że o ile w ogóle dojdzie w tym wypadku do wdrożenia użytkowego, to czeka nas jeszcze długa droga. Ciekawym gadżetem wydaje się być aplikacja, która po zainstalowaniu na telefonie z systemem Android pozwala na zeskanowanie z autobusu czy tramwaju numeru linii, a następnie rozpoznanie tego numeru i podanie użytkownikowi stosownej informacji. Wątpliwości budzi twierdzenie autorów, że do poprawnego działania aplikacji wystarczy skierowanie naszego urządzenia mobilnego w stronę interesującego nas pojazdu. Rozwiązanie ze względu na swoją potencjalną użyteczność warto by przetestować.

Prof. dr hab. inż. Jerzy Wiciak, dr inż. Bartłomiej Borkowski, oraz mgr inż. Dorota Czopek zaprezentowali projekt sygnalizacji wibracyjnej wspomagającej osoby niewidome w poruszaniu się. Autorzy przeprowadzili badania nad rozpoznawalnością sygnałów wibracyjnych oraz zbadali potrzeby potencjalnych użytkowników dostarczanej w ten sposób informacji. Projekt wydaje się interesujący i dobrze byłoby, gdyby wyniki tych badań mogły zostać wykorzystane podczas tworzenia dedykowanych osobom z dysfunkcją wzroku aplikacji do nawigacji GPS. Bransoletka wibracyjna to dobre medium do przekazywania komunikatów alarmowych oraz komunikatów o konieczności zwrócenia uwagi na jakąś informację w otoczeniu np. informację o znajdowaniu się w pobliżu interesującego nas obiektu typu przystanek, budynek wybranej przez nas kategorii itd. Projekt jest bardzo interesujący, a wyniki uzyskane przez autorów mogą w istotny sposób przyczynić się do poprawy jakości życia osób z dysfunkcją wzroku.

Osoby niewidome, a zwłaszcza te, które tracą wzrok z powodu chorób degeneracyjnych siatkówki, z pewnością mógłby zainteresować wykład dr inż. Pawła Hottowego o badaniach nad mechanizmami przetwarzania obrazu w siatkówce i próbach rozwiązania problemów technicznych, z którymi spotykają się naukowcy pracujący nad budową implantu siatkówki. Dowiedzieliśmy się już, że siatkówka nie jest prostym fotoreceptorem, lecz posiada bardzo wydajny mechanizm kompresji uzyskiwanego obrazu, że dopiero taki skompresowany obraz jest przekazywany do mózgu. Wiemy odrobinę o protokole używanym do przekazywania tej informacji i w pewnym zakresie potrafimy się nim posługiwać, ale daleko nam jeszcze do osiągnięcia umiejętności kontrolowanego przekazywania  bodźców elektrycznych w tym układzie. Naukowcy obecnie próbują udzielić odpowiedzi na pytanie, czy jest ono w ogóle możliwe na obecnym etapie posiadanej przez nas wiedzy technicznej. Może się wkrótce okazać, że cały wysiłek włożony w stworzenie implantu siatkówki w oparciu o mikroelektrody zaprowadził nas w ślepą uliczkę, a badania trzeba prowadzić od początku. Perspektywy stworzenia protezy wzroku są zatem odległe.

Konferencja „Nowe Technologie a Niepełnosprawność” to wydarzenie, dzięki któremu osoby z niepełnosprawnościami mogą zapoznać się z pracami naukowymi inspirowanymi niepełnosprawnością. Wymiana informacji o potrzebach ludzkich, o potrzebach wszystkich ludzi bez względu na niepełnosprawność z pewnością przyczynia się do poprawy jakości projektowania uniwersalnego. Za ciekawy przykład kompromisu w tej dziedzinie niech posłużą tutaj krawężniki, których obniżanie poprawia wprawdzie komfort poruszania się osób na wózkach, lecz jednocześnie całkowita likwidacja krawężników pogarsza komfort osób niewidomych. Dopiero zbadanie potrzeb obu grup pozwoliło ustalić, że krawężniki wysokości trzech centymetrów są na tyle niskie, iż nie przeszkadzają osobom poruszającym się na wózkach, a zarazem na tyle wysokie, że osobom niewidomym dają informację o granicy chodnika i drogi. Wypada mieć nadzieję, że podczas kolejnej edycji krakowskich dni integracji odbędzie się podobna konferencja.

 

„Zapisane” - nowa, użyteczna opcja w mobilnym Facebooku

 

Często zdarza się tak, że nasz strumień informacji na Facebooku płynie dość wartko i jest wiele takich postów czy odnośników, z którymi teraz nie mamy czasu lub ochoty się zapoznawać, ale chętnie zrobilibyśmy to później. Już od jakiegoś czasu społecznościowy gigant testował możliwość zapisywania różnych aktywności naszych znajomych w postaci listy do przejrzenia później, ale funkcja ta była dostępna jedynie w pełnej wersji strony Facebook.com, a chętnie używana przez niewidomych, mobilna odsłona m.Facebook.com była jej pozbawiona. Jako, że ten stan rzeczy ostatnimi czasy uległ zmianie, przyjrzyjmy się temu mechanizmowi i sprawdźmy, jak możemy z niego skorzystać.

Jak zapisać coś na później?

W mobilnej wersji FB programiści niestety jeszcze nie mogą się zdecydować, gdzie umieścić funkcję „Zapisz”. Ostatnio była ona dostępna jako odnośnik obecny w okolicy każdego statusu, posta czy odnośnika. Obecnie jej odnalezienie wymaga od nas nieco więcej wysiłku. Po pierwsze, odnajdujemy odnośnik opisany jako „Więcej”, znajduje się on zawsze pod interesującym nas elementem, tuż pod linkiem opisanym jako „Pełne zdarzenie”. Po drugie, wybieramy przycisk opcji opisany jako „Zapisz”, a swój wybór potwierdzamy przyciskiem „Kontynuuj”. To wystarczy, właśnie zapisaliśmy nasz pierwszy interesujący element na facebookowej liście.

Ale jak się tam dostać?

Nic prostszego. Najpierw wybieramy odnośnik „menu”, a w kolejnym kroku wybieramy odnośnik „Zapisane”.

Właśnie znaleźliśmy naszą listę linków, którą możemy przeglądać, a za pomocą prostego filtru wybrać np. tylko filmy, lub tylko odnośniki czy produkty.

Jeśli jakiś odnośnik nie będzie już dłużej nas interesował, możemy odesłać go na cyfrową emeryturę używając sąsiadującego z nim łącza „Archiwizuj”. Jeśli zmienimy zdanie, możemy zawsze sięgnąć do naszego archiwum, wybierając stosowną pozycję na liście filtrowania i tak, z archiwum dowolny element możemy przywrócić, albo też bezpowrotnie usunąć z listy.

Komu to potrzebne?

Myślę, że każdemu, kto nie chce przegapić interesujących rzeczy udostępnianych przez znajomych. Nie rzadko jest tak, że większą ilością wolnego czasu dysponujemy w innych godzinach niż wtedy, kiedy tylko pobieżnie przeglądamy nasz Facebookowy strumień. Dzięki tej funkcji nic nie umknie naszej uwadze, a w razie potrzeby, szybko będziemy mogli dany element odszukać. Oczywiście, możemy zawsze zapisywać ciekawe znaleziska w przeglądarkowych zakładkach, kto jednak w dzisiejszych czasach korzysta z Internetu tylko na jednym urządzeniu? Zwykle jest ich co najmniej 2 – tj. komputer i telefon, czasem jeszcze więcej. Dla tych, którzy np. z innej przeglądarki korzystają w telefonie, innej na domowym PC, rozwiązanie w formie listy od Marka Zuckerberga może okazać się pomocne.

Na koniec ciekawostka. Niebawem na wielu stronach ma pojawić się specjalny przycisk podobny do znanego już powszechnie „Lubię to”. Będzie on pozwalał na dodawanie interesujących znalezisk spoza Facebooka do naszej listy ulubionych w tym portalu społecznościowym, dzięki czemu będziemy mogli uczynić swoją kolekcję jeszcze liczniejszą i bogatszą w treści.

 

Projekt współfinansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych oraz Gminy Miejskiej Kraków