Słowniki dla Androida

 

Słownik to jedno z najbardziej podstawowych narzędzi pomocniczych z którego korzysta każdy, kto chociaż w małym stopniu posługuje  się językami obcymi. Zarówno osoby uczące się, chcące sprawdzić znaczenie nowo poznanego słowa jak i profesjonalni tłumacze chcący dopasować tłumaczone słowa do odpowiedniego kontekstu posługują się wieloma rodzajami słowników,  te zaś w dobie powszechnej cyfryzacji wszelkich treści przyjmują najróżniejsze, wirtualne formy. Taki stan rzeczy, to źródło tyluż szans, co i zagrożeń dla poliglotów z dysfunkcją wzroku. Jak to zazwyczaj bywa, problemem jest dobór dostępnego dla czytników ekranu, a zarazem zasobnego w terminy odpowiadające naszej specjalizacji słownika.

Warto wiedzieć, że słowniki w postaci cyfrowej można znaleźć nie tylko na platformach desktopowych, lecz także w wersjach przygotowanych na urządzenia mobilne. Choć możliwość sprawdzania znaczeń słów w podróży lub w każdej innej sytuacji, gdy skorzystanie z komputera jest niepraktyczne lub wręcz niemożliwe, niejednokrotnie okazuje się być nie do przecenienia, to jednak często zdarza się, że aplikacja słownika, który akurat jest nam potrzebny jest niedostępna. W tej sytuacji dość dobrym rozwiązaniem są słowniki internetowe. Ale co zrobić, gdy nie mamy dostępu do Internetu, a korzystanie z aplikacji jest o wiele wygodniejsze? Idealnym rozwiązaniem byłby uniwersalny standard słowników pozwalający na wczytywanie dowolnej bazy leksykalnej do aplikacji, która mogąc odczytać i zinterpretować jej zawartość, prezentowałaby ją w dostępny dla osób z dysfunkcją wzroku sposób. Okazuje się, że społeczność twórców otwartego oprogramowania nie śpi i powstały rozwiązania, które choć nie wyczerpują w całości tematu słowników, to znacznie ułatwiają znalezienie tego odpowiedniego, spełniającego nasze wymagania, kompendium wiedzy leksykalnej.

Kilka słów o otwartych formatach słowników

Podobnie jak książki, muzyka i filmy, słowniki także doczekały się standaryzacji formatu. Choć nie jest ona tak powszechna jak w przypadku innych kategorii zawartości cyfrowej, możliwe jest jednak uzyskanie renomowanych baz słownictwa w otwartych formatach. Formaty te wspierane są przez wiele aplikacji słownikowych na przeróżne platformy, czytniki ebooków czy inne urządzenia, na których słowniki komercyjne się nie ukazały lub nie mogły ukazać. Poszukując informacji do niniejszego tekstu natrafiłem na trzy rozwiązania, które zdają się być najbardziej powszechne.

XDXF

XDXF (XML Dictionary Exchange Format) to uniwersalny format otwartych słowników stworzony dziesięć lat temu i rozwijany z inicjatywy dwóch Rosjan, Sergeya Singova i Leonida Soshinskiyego. Pomysł ten zakłada przedstawianie słowników w formacie xml, czyli jednym z powszechniejszych formatów zapisu danych do wymiany z komputerem. W xml przechowywane są m.in. pliki konfiguracyjne programów, punkty nawigacji GPS oraz inne dane, które później program komputerowy powinien być  w stanie przetworzyć. Niestety, z tego co zdążyłem zauważyć, lista słowników kompatybilnych z xdxf ogranicza się do zasobów zgromadzonych na stronie projektu w serwisie Sourceforge i nie dość, że od dawna nie była aktualizowana to nie zawiera zbyt wielu polskich słowników. Do dyspozycji mamy słownik polsko-angielski, rosyjski, ukraiński i białoruski w obydwie strony. Mimo to amatorzy jednojęzycznych słowników angielskich i rosyjskich znajdą tu wiele interesujących pozycji. Sam znalazłem kilka popularnych słowników angielskich takich jak Oxfordzkie czy Merriam Webster. Ponadto na stronie formatu XDXF w Wikipedii znajdujemy informację, że istnieją konwertery słowników z innych formatów na XDXF, bardzo więc możliwe, że własnymi środkami uda się uzyskać konkretny słownik w tym formacie.

Star Dictionary

Drugim, o wiele bardziej popularnym formatem jest tzw. Star Dictionary. Założenie jest podobne – chodzi o to, by stworzyć uniwersalny system słowników – jednakże w tym przypadku mamy do czynienia z plikami binarnymi, co może przyspieszyć pracę ze słownikiem. Każdy słownik składa się z trzech plików: .ifo, .idx oraz .dict.dz, a ponadto może zawierać treści multimedialne takie jak ilustracje czy pliki dźwiękowe z wymową. Słowniki te zdają się mieć wielu zwolenników. Wskazuje na to fakt, że zostały one zaimplementowane w czytnikach ebooków, popularnych programach słownikowych preinstalowanych w dystrybucjach Linuxa oraz aplikacjach dla systemu Android. Oferta słownikowa jest tutaj również o wiele bogatsza. W moich poszukiwaniach udało mi się nawet dotrzeć do słownika polsko-szwedzkiego oraz skryptów konwertujących popularne słowniki komercyjne na format Stardict.

dsl

Kolejnym z otwartych formatów słowników jest dsl stworzony przez firmę Abbyy znaną m.in. z programu Fine Reader, na potrzeby tworzonych przez nią słowników Lingwo. W formacie tym dostępnych jest wiele słowników m.in. polskich i to zarówno języków obcych jak i poświęconych różnym aspektom samego języka polskiego. Wśród słowników obcojęzycznych znajdziemy również języki mniej popularne takie jak albański czy turecki. Powyższe przykłady nie stanowią kompletnej listy otwartych formatów słowników, jednak wymienione powyżej pojawiają się najczęściej w kontekście uniwersalnych rozwiązań sprzętowych oraz aplikacji do ich odczytu.

W niniejszym artykule postaram się przedstawić kilka dostępnych aplikacji słownikowych w systemie Android, wspierających  opisane wyżej formaty.

Wordoholic

Pierwszą aplikacją, która przykuła moją uwagę ze względu na mało skomplikowany interfejs jest Wordoholic Dictionary. Aplikacja jest prostym słownikiem wspierającym jedynie format .dsl oraz xdxf. Mimo, iż program od ponad czterech lat nie otrzymał aktualizacji, na moim telefonie z Androidem 5.0 działa bez problemów i oferuje to czego można by wymagać od aplikacji słownikowej. Pozwala ona na wyszukiwanie haseł, zarówno prostych gdzie wyszukiwane jest konkretne słowo, jak i zaawansowanych przy użyciu tzw. Operatorów, znaków pozwalających na bardziej wyszukane filtrowanie interesujących nas haseł. Oprócz tekstowych wyników wyszukiwania, aplikacja oferuje możliwość odtworzenia wymowy konkretnego słówka pod warunkiem, że pliki wymowy w formacie wav, mp3 lub ogg zostały wcześniej dołączone. Aplikacja jest także tłumaczem i potrafi przedstawić podany tekst w wybranym języku przy użyciu usługi tłumaczeniowej wyszukiwarki Bing. Możliwy jest także powrót do poprzednich wyszukiwań dzięki funkcji historii oraz włączenie trybu nauki interesujących nas partii słownictwa, to jednak wymaga doinstalowania dodatkowego modułu, który przynajmniej na moim urządzeniu okazał się być już niedostępny w sklepie Play. Za Wordoholic zdecydowanie przemawia jego minimalistyczny interfejs. Okno główne aplikacji to wyniki ostatniego wyszukiwania. Ukazana jest w nim ilość wyników dla podanego zapytania, następnie zaś mamy do dyspozycji pole wyszukiwarki oraz dwa niezaetykietowane przyciski: pierwszy z nich uruchamia wyszukiwanie głosowe, pozwalając na podyktowanie słowa do znalezienia; drugi po prostu rozwija klawiaturę. Oprócz tego wyświetlone są oczywiście same wyniki. Jeżeli wpisana fraza jest niejednoznaczna, wyświetlona zostaje lista podpowiedzi uszczegóławiających. Gdy znaleźliśmy  już konkretne słowo, dane słownika na jego temat wyświetlone są w formie widoku strony internetowej. Reszta opcji programu ukryta jest w menu, które wywołujemy nie jakby mogło się wydawać poprzez naciśnięcie przycisku Więcej Opcji, ponieważ takiego tu nie uświadczymy, a za pomocą przycisku Menu wyświetlonego w rzędzie wirtualnych przycisków u dołu ekranu. Taka sytuacja ma oczywiście miejsce w przypadku telefonów bez dedykowanych przycisków Home, Menu czy Back i o ile taka implementacja jest dość nietypowa, wielu programistów nadal ją stosuje. W samym menu znajdziemy takie opcje jak zarządzanie słownikami, historia wyszukiwania, tłumacz, wyszukiwanie zaawansowane czy ustawienia, które ograniczają się do zmiany parametrów czcionki oraz liczby rekordów w historii. Dodawanie słowników odbywa się poprzez zaimportowanie paczki umieszczonej uprzednio w folderze na karcie pamięci, aczkolwiek istnieje także możliwość pobrania interesującej nas bazy leksykalnej z zaprogramowanego serwera. Okno zarządzania słownikami pozwala na  wyświetlenie wszystkich zainstalowanych słowników, wybór tych, z których chcemy korzystać oraz filtrowanie ich według języka źródłowego i docelowego. Podwójne stuknięcie z przytrzymaniem na słowniku pozwala na jego usunięcie oraz edycję informacji na jego temat takich jak obsługiwana para językowa, nazwa czy opis.

Aplikacja, podobnie jak inne opisane w niniejszym artykule, dostępna jest w języku angielskim jednak niewielka ilość opcji powinna sprawić, że wprawne posługiwanie się słownikiem nie będzie stanowiło większego problemu.

QDict

QDict to o wiele bardziej zaawansowana aplikacja do sprawdzania znaczeń obcych nam słów. Znajdziemy tu m.in. możliwość odtworzenia wymowy wybraną syntezą, listę ulubionych słów, przechwytywanie tekstu ze schowka czy widget pozwalający na szybkie przeszukanie słowników. W czym tkwi więc haczyk? Interfejs aplikacji nie należy do najprzejrzystszych. Elementy aktualnie aktywnej zakładki są pokazywane nawet po otwarciu szuflady nawigacji, zaś wiele kontrolek ma niepotrzebnie długie nazwy. TO jednak nie jedyny problem. QDict wspiera jedynie słowniki w formacie Stardict. Nie jest to argument skreślający aplikację zupełnie, jednak zważywszy na możliwości jakie dawałaby ona wspierając więcej formatów, pozostawia to użytkownika z pewnym niedosytem. Mimo to, jak na darmowy produkt, aplikacja jest dostępna i funkcjonalna. Sam korzystałem z niej w połączeniu z Oxfordzkim słownikiem języka angielskiego przygotowując się do jednego z moich egzaminów i mogę stwierdzić, że aplikacja sprawdziła się w sytuacji gdy potrzebne było wyszukiwanie znaczeń wielu słów jedno po drugim. Import słownika do aplikacji polega na wklejeniu folderu z odpowiednimi plikami do folderu stworzonego przez aplikację w pamięci urządzenia. Po włączeniu QDict umieszczone słowniki powinny już być dostępne. Okno główne aplikacji to domyślnie lista ostatnio wyszukiwanych słów. Istnieje możliwość jej wyczyszczenia co może przydać się, gdy ze słownika korzystamy często i lista urośnie do gigantycznych rozmiarów. Nie jest to bez znaczenia, albowiem jeśli preferujemy przemieszczać się po systemie gestami przesunięcia, będziemy musieli przebić się przez całą listę, by przycisk szukania, podpisany QDict Search, odnaleźć na samym końcu, a następnie kliknąć umieszczony przed nim element, co do którego Talkback nie podaje żadnych komunikatów objaśniających. Wiele elementów aplikacji niepotrzebnie posiada jej nazwę w swojej, do nadmiernej gadatliwości screenreadera będziemy musieli się więc przyzwyczaić. Po otwarciu szuflady nawigacji aktywna zakładka, a taką na początku będzie lista ostatnich słówek, nie zniknie. Na domiar złego elementy menu w kolejności w jakiej Talkback przemieszcza się po ekranie, znajduje się poniżej tej listy. Jeżeli do tej pory nie zaprzyjaźniliście się z eksploracją ekranu ten moment jest właściwy. O ile samo menu nie zawiera zbyt wielu opcji (jest tu zaledwie kilka najpotrzebniejszych: ulubione, ostatnio wyszukiwane, podręcznik użytkownika czy ustawienia) to ilość opcji jakie czekają na użytkownika po wejściu w ustawienia może zaimponować nawet najbardziej wymagającym. Opcji personalizacji nie ma zbyt wiele: możliwe jest dostosowanie typu czcionki oraz szaty kolorystycznej, wybór języka aplikacji oraz zmiana folderu, w którym QDict powinien szukać słowników. Aplikacja posiada jednak kilka ciekawych dodatków usprawniających pracę takich jak odtwarzanie wymowy  słowa syntezatorem mowy, przechwytywanie tekstu ze schowka czy widget w obszarze powiadomień pozwalający na szybkie otwarcie wyszukiwania. Zwłaszcza te dwie ostatnie opcje są moim zdaniem najciekawsze, ponieważ wykorzystując otwartość systemu Android w znaczący sposób usprawniają pracę. Często zdarza nam się napotkać nieznane nam słowo w tekście, który czytamy. Chcielibyśmy poznać jego znaczenie, więc zaznaczamy je i kopiujemy do schowka celem wklejenia w polu wyszukiwania słownika. QDict ułatwia nam to zadanie samodzielnie wychwytując tekst skopiowany do schowka i wyświetlając powiadomienie ze znalezioną definicją. W połączeniu z opcją automatycznego odczytu powiadomień przez Talkback otrzymamy automatyczny odczyt znaczenia skopiowanego do schowka słowa. Często zdarza się też, że szybko chcemy sprawdzić znaczenie słowa, które znaleźliśmy gdzie indziej. Z pomocą przychodzi nam widget na stałe umieszczony w centrum powiadomień, którego kliknięcie natychmiast przenosi nas do pola szukania słów. To właśnie takie drobne funkcje sprawiają, że mimo ubogiego wsparcia formatów oraz nieco skomplikowanego interfejsu z aplikacją QDict warto się zapoznać. Ponadto aplikacja otrzymuje nadal aktualizacje, w których poprawiane są błędy, a autor jest otwarty na sugestie, można więc mieć nadzieję, że z czasem słownik wzbogaci się o brakujące funkcje i usprawniony wygląd.

FocusDict

Choć aplikacja ta powstała głównie z myślą o tych, którzy posługują się językami wschodnioazjatyckimi lub się ich uczą, to FocusDict może okazać się ciekawym narzędziem dla każdego kto za wszelką cenę musi odnaleźć znaczenie obcego słowa przy użyciu telefonu. Wspierane tu formaty słowników to Stardict oraz MDict, aczkolwiek akceptowane są także pliki csv przedzielone znakiem tabulatora jeśli ktoś posiada tak skonstruowany słownik.

Gdy aplikacja nie jest w stanie znaleźć interesującej nas definicji, może odwołać się do Wikipedii. Niestety obsługuje wikipedię tylko w wersji angielskiej. Istotnie znajdziemy tu kilka egzotycznych opcji takich jak japoński sylabariusz, chińska oraz japońska Wikipedia czy konwerter pisma uproszczonego chińskiego na tradycyjny czy hiragany na katakanę. Nie musimy jednak przejmować się tymi orientalnymi akcentami i możemy swobodnie korzystać z naszych polskich słowników. Aplikacja posiada także wsparcie dla tłumacza Bing, słowników z zawartością dźwiękową, historii wyszukiwania, zeszytu ulubionych słówek, widgetu szybkiego szukania oraz przechwytywania tekstu ze schowka. Funkcją, którą z pewnością polubi wielu tłumaczy specjalistycznych jest grupowanie słowników tematycznie tak, aby wyszukiwanie odbywało się jedynie w ramach określonej ich grupy np. słowniki medyczne lub prawnicze. Pomiędzy poszczególnymi sekcjami programu przełączamy się za pomocą przycisków opcji umiejscowionych u dołu ekranu. Pierwszą z zakładek jest Search gdzie możemy wpisać nasze wyszukiwanie. Oprócz pola edycji, znajdziemy tu możliwość wybrania grupy słowników, zmianę klawiatury na inną oraz konwersję pomiędzy różnymi azjatyckimi systemami pisma. Po wpisaniu szukanego terminu lista wyników ukaże się również w tym oknie. Co ciekawe, w przypadku Wikipedii, na liście wyników obok słowa, którego szukałem, ukazała się od razu jego krótka definicja, tak więc nie musiałem otwierać wyniku, by dowiedzieć się czegoś więcej. Podwójne stuknięcie z przytrzymaniem na słówku otwiera menu, z poziomu którego możliwe jest dodanie do zeszytu bądź skopiowanie do schowka. Drugą z zakładek jest „Meaning”, czyli oddzielone od wyszukiwania okno pokazujące cały wpis słownika dotyczący  wybranego słowa. Następnie „History” gdzie możemy przejrzeć dokładny dziennik wyszukiwanych słów wraz z datą wyszukiwania oraz liczbą zapytań. Pojedyncze pozycje mogą być z historii usuwane. Kolejną z opcji u dołu jest „Word”, czyli nasz osobisty zeszyt ze słówkami. Tu możemy dokonywać ponownych wyszukiwań definicji, usuwać słówka oraz je edytować. Zwłaszcza ta ostatnia opcja może okazać się interesująca jako, że umożliwia ona wprowadzenie pisowni oraz wymowy słowa, a także przegląd definicji w formie edytowalnego pola tak więc możemy użyć wszystkich akcji Talkback dostępnych w polach tekstowych; możemy też oznaczyć słowo jako to, którego już się nauczyliśmy, a także wyznaczyć jego typ np. część mowy.

Zakładka „Trans” to klasyczne okienko tłumacza online. Wybieramy tu język źródłowy i docelowy, wpisujemy tekst do przetłumaczenia i naciskamy drugi z niezaetykietowanych przycisków. Tekst do tłumaczenia można także podyktować, a wymowy gotowego już tekstu w języku docelowym posłuchać dzięki syntezatorowi mowy Microsoft. Ostatnią zaś zakładką jest „Me”, czyli nasze centrum sterowania aplikacją. To tu możemy pobrać słowniki choć interesujących nas jest niewiele i lepiej jest posiadać już własne z innych źródeł; możemy także zarządzać grupami słowników, uzyskać dostęp do sylabariusza języka japońskiego oraz ustawień aplikacji, te zaś są dość skromne i pozwalają na włączenie i wyłączenie poszczególnych funkcji aplikacji. Niestety nie byłem w stanie znaleźć lub obsłużyć wszystkich funkcji, które FocusDict rzekomo oferuje, a są to np. gesty na ekranie wpisów słownikowych czy tworzenie wielu zeszytów dla różnych typów słówek. Aplikacja posiada także reklamy co może przeszkadzać części użytkowników i nie wygląda na to, żeby dało się je wyłączyć kupując jakąś wersję pro. Niemniej jednak mnie słownik urzekł prostotą swojego interfejsu połączoną z mnogością funkcji.

Otwarte formaty słowników to jeszcze dość mocno niezbadany grunt zwłaszcza w kontekście dostępności. Mimo powstania wielu formatów i ich oficjalnego wsparcia przez firmy produkujące słowniki tak jak ma to miejsce w przypadku Abbyy, specyfikacje standardów są dość niejasne, a wydawcy, pomimo licznych zachęt ze strony twórców wolnego oprogramowania, bronią się jak mogą przed objęciem ich produktu standardem. Przykładem wielkiego fiaska otwartych słowników jest Stardict, który z uwagi na naruszenie praw autorskich musiał wstrzymać rozwój po to, by kilka lat  później, po cichu się odrodzić. Dla osób niewidomych jednak, otwarte słowniki to wielka szansa na skorzystanie z tych nieocenionych źródeł wiedzy językowej w przystępnej formie na dowolnym urządzeniu. Celem artykułu nie jest bynajmniej zachęcanie czytelników do piractwa. Zalecam kupno interesującego Was słownika bezpośrednio od producenta przed uzyskaniem go w formie otwartej.

Warto tu nadmienić, że o dostępności słowników na platformie Windows właściwie nie ma mowy. Żaden z testowanych przeze mnie, aktywnie rozwijanych programów słownikowych, nie oferował funkcji współpracy z czytnikami ekranu, wliczając w to czołowe produkty w tej branży, takie jak Goldendict czy Stardict. Otwarta natura tych projektów pozwala mieć nadzieję, że sytuacja ta kiedyś się zmieni. Tym czasem smartfon może okazać się naszym nowym podręcznym słownikiem i to zupełnie za darmo. Aplikacji jest wiele, chociażby te przedstawione w niniejszym artykule. Do użytkownika należy wybór odpowiadającego mu rozwiązania. Ja osobiście zostanę chyba przy kombinacji Wordoholic oraz Focusdict. Jest także dobra wiadomość dla osób, którym szczególnie przypadła do gustu któraś konkretna aplikacja lub którym nie odpowiada używanie kilku aplikacji do jednego celu – istnieje program PyGlossary pozwalający na konwersję słowników z jednego formatu na drugi. Liczba wspieranych formatów jest imponująca, ale pewną trudność stanowić może korzystanie z programu, który dostępny jest jedynie w formie kodu źródłowego i wymaga instalacji Pythona wraz z zależnościami. Nie wydaje mi się także, aby interfejs graficzny był dostępny, pozostaje więc ręczne wprowadzanie poleceń w konsoli. Mimo to jednak możliwości istnieją i tworzą szerokie pole co do wyboru dogodnego formatu i aplikacji do interesujących nas słowników, z których chcielibyśmy korzystać w naszym smartfonie.

Paweł Masarczyk

Zegarek z wyświetlaczem brajlowskim trafia do sprzedaży

 

W ubiegłym roku koreańska firma Dot zaprezentowała w Warszawie swoje rozwiązania. Koreańczycy pracują nad brajlowskim tabletem, tablicą do wyświetlania komunikatów w przestrzeni publicznej oraz brajlowskim zegarkiem na rękę. Premiera tego ostatniego miała mieć miejsce pod koniec roku, ale z powodu trudności technicznych została przesunięta na marzec. Firma planuje w tym roku sprzedaż około 100 tysięcy sztuk swoich zegarków na całym świecie. Jednym z pierwszych, który otrzyma zamówione urządzenie jest Stevie Wonder. Polskim dystrybutorem produktów firmy Dot jest Altix. Cena zegarka w Wielkiej Brytanii to 320 USD. Na pytania redakcji o dostępność produktu w Polsce dystrybutor nie udzielił odpowiedzi. W tej sytuacji pozostaje nam więc radzić zainteresowanym by kupili zegarek gdzieś w sklepie na terenie UE.

Źródło: http://mashable.com/2017/02/22/dot-smartwatch-retails/#zR1e1L5oZaqn

Opracował Damian Przybyła

Moda na dostępność

Od pewnego czasu daje się zauważyć narastające zjawisko zwiększania się obszarów dostępnych dla osób z niepełnosprawnościami. O ile jednak dawniej działo się tak dlatego, że wywierano nacisk na właścicieli serwisów internetowych, oprogramowania czy miejsc niespełniających wymagań dostępności, o tyle obecnie dzięki mediom społecznościowym potrzeby osób z niepełnosprawnościami zaczynają być po prostu zauważane. Profile na FB mają sklepy, producenci znanych marek, kluby sportowe czy instytucje kulturalne. Względna łatwość zaznaczania tam swojej obecności powoduje, że podmioty te coraz częściej zaczynają zwracać uwagę na potrzeby osób z niepełnosprawnościami. Aktywny konsument to konsument, z którego zdaniem trzeba się liczyć. Wielu powie, że z dostępnością jest przecież fatalnie, że tak wiele jest do zrobienia, że ten cały optymizm to przejaw jakiejś niezdrowej propagandy. Jednakże przykłady zmuszają nas do uznania, że omawiane zjawisko rzeczywiście występuje.

Regulacje prawne dotyczące dostępności istnieją już od dawna, ale dopiero powstanie mediów społecznościowych sprawiło, że w dziedzinie dostępności zaczęły zachodzić szybkie i zauważalne zmiany.

A oto kilka przykładów

Jeden z fanów klubu Manchester United, ojciec trójki dzieci, dowiedział się, że jego osiemnastoletni syn nie będzie mógł oglądać meczów na stadionie klubowym wraz z całą rodziną tylko dlatego, że jest osobą poruszającą się na wózku, a takie osoby mogą wchodzić wyłącznie na specjalnie przeznaczone dla nich miejsca na trybunach, gdzie dopuszczalna jest obecność jednego opiekuna. W odpowiedzi Martin, ojciec osiemnastolatka, o którym mowa, założył stronę United dyskryminuje. Skutki nie kazały na siebie długo czekać. Klub zauważył aktywność internetową i przebudował trybuny tak, aby znalazło się na nich miejsce dla osób niepełnosprawnych, które chcą przyjść na mecz w towarzystwie rodzin i przyjaciół.

Kolejnym przykładem takiej skutecznej aktywności sieciowej jest założona przez rodziców dziecka z porażeniem mózgowym strona na Facebooku, gdzie wymieniają się informacjami rodzice dzieci, które ze względu na niepełnosprawność potrzebują specjalnie przystosowanych ubrań. Grupa ta obecnie liczy ponad 4,5 tysiąca członków. Sieć Marks & Spencer liczy się z jej zdaniem. Wprowadzając nowe wzory ubrań postarano się o to, by rodzice z tej grupy otrzymali próbki do testów. Uwagi zgłaszane przez rodziców zostały wykorzystane przy korekcie wzorów przed wprowadzeniem ich na rynek, a ubrania te są tańsze niż podobne ubrania dla osób z niepełnosprawnościami dostępne na rynku.

W wyniku badań potrzeb osób z niepełnosprawnościami przeprowadzonych za pośrednictwem mediów społecznościowych m.in. brytyjski Uber wprowadził dla osób z niepełnosprawnościami możliwość skorzystania z usług kierowcy, który został przeszkolony w pomaganiu takim osobom.

A co na naszym podwórku?

Osoby z dysfunkcją wzroku nie akceptują cen, jakie trzeba płacić za możliwość korzystania z technologii wspierających, dlatego wybierają rozwiązania mainstreamowe. Jednocześnie zarówno sprzedawcy treści cyfrowych, jak i właściciele sklepów internetowych zauważają coraz częściej aktywność takich klientów. Skutki tego zjawiska mogliśmy obserwować np. podczas tegorocznej konferencji CSUN. Google wprowadził Accessibility Scanner – narzędzie dla deweloperów, umożliwiające przetestowanie dostępności tworzonych aplikacji. Kolejnym krokiem tej firmy są rozpoczęte właśnie badania dostępności z perspektywy konsumentów. Dodajmy do tego badania nad stworzeniem taniej technologii brajlowskiej oraz wprowadzenie na rynek tabletów zintegrowanych z monitorami brajlowskimi, weźmy pod uwagę przeznaczone dla osób pełnosprawnych rozwiązania inspirowane technologiami wspierającymi osoby z dysfunkcją wzroku, a zobaczymy, że dzięki obecności osób z niepełnosprawnościami w sieci, dzięki obecności informacji o ich potrzebach i problemach, w ogólnym obiegu informacyjnym niepełnosprawność nie jest już tylko problemem do rozwiązania, lecz także źródłem inspiracji.

Window-Eyes 9.5.3 po polsku

 

Od niedawna użytkownicy czytnika Window-Eyes mogą cieszyć się spolszczeniem kolejnej, być może ostatniej w historii,  wersji tego programu.

Najważniejsze zmiany, które miały miejsce od poprzedniej wersji dostępnej po polsku, tj. od  wersji 9.2 to

  1. Usunięcie wielu błędów działania programu – w tym także i takich, które w pewnych sytuacjach uniemożliwiały instalację czytnika.
  2. Poprawa stabilności.
  3. Poprawiono obsługę systemu Windows 10. Obecnie systemowa aplikacja do obsługi poczty jest dostępna z czytnikiem Window-Eyes.
  4. Poprawiono współpracę czytnika z przeglądarkami Mozilla FireFox i Google Chrome.
  5. Poprawiono obsługę menadżera pobierania Audible
  6. Usunięto błędy działania trybu przeglądania.
  7. Poprawiono obsługę kontrolek ARIA.
  8. Podczas przeglądania stron za pomocą przeglądarki Google Chrome Window-Eyes przeskakiwał duże fragmenty tekstu. Błąd ten został naprawiony.
  9. Przywrócono możliwość przeglądania stron w Internet explorerze za pomocą myszki.
  10. Poprawiono obsługę Itunes.
  11. Usunięto problemy z obsługą bardzo dużych arkuszy programu Microsoft Excel.
  12. Poprawiono obsługę menadżera spotkań oraz poczty w programie MS Outlook
  13. Usunięto błędy współpracy z MS Word, a ponad to poprawiono obsługę komentarzy oraz autokorekty.
  14. Poprawiono obsługę syntezatorów mowy.

Window-Eyes jest zgodny z aktualizacją rocznicową systemu Windows 10. Firma Microsoft nadal zaleca wprawdzie użytkownikom czytników ekranu korzystanie z przeglądarki Internet Explorer, lecz poza tym nie powinni oni napotkać większych problemów podczas korzystania z najnowszej wersji systemu.

Uwaga! Przypominamy, że Window-Eyes nie obsługuje już systemu Windows XP.

Szczegółowe informacje dotyczące poprawek oraz usprawnień najnowszej wersji czytnika Window-Eyes zainteresowani znajdą na stronie producenta.

Allo - nowy komunikator od Google

Niedawno w GooglePlay pojawił się nowy komunikator dla użytkowników systemu Android. Jakkolwiek dla polskiego użytkownika aplikacja ta, przynajmniej na razie, jest raczej ciekawostką niż czymś, co koniecznie należy zainstalować na swoim urządzeniu, warto poświęcić jej kilka chwil uwagi.

Allo to aplikacja przeznaczona przede wszystkim do wymieniania wiadomości tekstowych, czy mówiąc ściślej, graficznych. Twórcy położyli szczególny nacisk na to, by użytkownik miał do wyboru wiele środków ekspresji. Tu ciekawostka: naklejki, których można używać w konwersacjach są dostępne. Wprawdzie etykiety stworzono w języku angielskim, ale tak czy inaczej jest to krok w dobrym kierunku. W aplikacji umieszczono ponad to tzw. asystenta Google. Za jej pośrednictwem można więc prowadzić z Google konwersację. Google potrafi odpowiadać na pytania zadawane po angielsku. Można go np. poprosić o wyszukanie przepisu na naszą ulubioną potrawę lub znalezienie  interesujących treści z Wikipedii. Funkcja ta ma prawdopodobnie uczynić proces wyszukiwania łatwiejszym i bardziej naturalnym. Asystent Google jest jednak dostępny tylko po angielsku.

Czy zatem warto zainstalować Allo? Jeśli kogoś interesują nowości, jeśli bawi kogoś poznawanie nowych ciekawych gadżetów, to instalacja tego komunikatora niewątpliwie dostarczy mu wielu nowych przeżyć. Instalacja jest bezpieczna, łatwa i zgodna ze standardami dostępności. Aplikacja współpracuje dobrze z TalkBackiem, a także umożliwia pisanie i czytanie wiadomości z wykorzystaniem linijki brajlowskiej. Jeśli jednak ktoś miałby zainstalować Allo z powodu jakichś nowych funkcji, których nie znalazł w dostępnych obecnie komunikatorach internetowych, to niech lepiej zaczeka do czasu, gdy funkcje te zostaną spolonizowane.

Krótką demonstrację działania komunikatora Allo zainteresowani znajdą tutaj.

Samsung Galaxy S7 - recenzja

 

Obserwując rynek urządzeń mobilnych, można odnieść wrażenie, że większość, zwłaszcza topowych modeli, w zasadzie niczym się od siebie nie różni. Flagowiec musi mieć co najmniej trzy, lepiej cztery, a jeszcze lepiej sześć gigabajtów pamięci RAM, osiem rdzeni taktowanych częstotliwością co najmniej 2 GHz, przekątna ekranu nie może być mniejsza niż 5 cali, zaś aparat główny nie powinien mieć mniej niż 12 Mpix itd. Jednak diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach, a prawda ta, jak można się łatwo przekonać, daje o sobie znać szczególnie ostro w przypadku osób niewidomych, gdzie znacznie bardziej liczy się to, co jest dla przeciętnego użytkownika ukryte, jak chociażby zgodność użytych kontrolek z programami odczytu ekranu. Ponadto w ostatnich latach często słyszy się o procesach wytaczanych bądź to Samsungowi przez Apple bądź to w drugą stronę. Efekt jest taki, że obie firmy tworzą coraz bardziej podobne, mimo różnych systemów operacyjnych smartfony. Najnowsze dziecko koreańskiej firmy, Galaxy S7, swoim designem wydaje się potwierdzać ten trend.

Unboxing

Telefon przychodzi w standardowym, tekturowym pudełku z magnetycznym zamknięciem. Wewnątrz pudełka oczywiście poza smartfonem, mamy towarzyszące zwykle urządzeniu dokumenty. Słuchawki dostarczane z telefonem to trochę nietypowe koreczki. W pudełku znajdziemy jeszcze ładowarkę sieciową i samochodową, kabel USB służący zarówno do transferu danych, jak i ładowania urządzenia oraz przejściówkę pozwalającą na podłączenie urządzeń USB, takich jak chociażby pendrive czy nawet karta dźwiękowa lub klawiatura. Smartfon jest pokryty szkłem, zarówno z przodu, jak i z tyłu. Myślę zatem, że dobrze byłoby kupić sobie do niego jakiś pokrowiec.

Wygląd urządzenia nie zaskakuje. Na górnej ściance umieszczono mikrofon oraz szufladkę na kartę SIM i kartę MicroSD, na lewej znajdują się przyciski głośności, na prawej znajduje się przycisk zasilania. Na dolnej ściance urządzenia umieszczono złącze USB oraz Jack 3,5 mm do podłączenia słuchawek, głośnik oraz mikrofon używany podczas rozmów. Z tyłu urządzenia znajdziemy oczywiście aparat oraz moduł NFC. Ostatnie, o czym warto wspomnieć to fizyczny przycisk Home, z którym zintegrowano czytnik linii papilarnych.

Słów kilka o szufladce na karty. Jako się rzekło zarówno kartę MicroSD, jak i SIM wkładamy do tej samej szufladki. Takie rozwiązanie jest średnio wygodne, gdyż po pierwsze dość trudno poprawnie zamontować obie karty i sprawić, aby przed wsunięciem całości do środka pozostały na swoich miejscach, po drugie, zmiana karty MicroSD wymusza na nas bodaj chwilowe przejście w tryb offline i wreszcie po trzecie, należy na wszelki wypadek nosić przy sobie szpilkę do wysuwania szufladki. Co do baterii, urządzenie producent zaopatrzył w ogniwo o pojemności 3000 mAh, które przy dość intensywnym użytkowaniu wystarczy na 24 godziny. Jeśli jednak telefonu używamy głównie do dzwonienia, to ten czas może ulec podwojeniu albo i potrojeniu.

Pora to włączyć

Samsung stara się tworzyć telefony dostępne dla niewidomych, dlatego zaraz po uruchomieniu można bez niczyjej pomocy włączyć udźwiękowienie. Domyślnie jest to stworzony przez Samsunga Voice Assistant, czyli de facto nieco zmodyfikowany Talkback. W pierwszej chwili ukazuje się na ekranie kreator, który należy przejść, aby telefon zaczął działać. W trakcie pokonywania kolejnych etapów, ustawiamy język urządzenia, WiFi, konto Samsung oraz Google. Problemem może być fakt, że nie ma niestety polskiego syntezatora mowy, tak więc trzeba sobie poradzić z głosem angielskim. Gdy uda nam się uporać ze wstępnym kreatorem, urządzenie automatycznie pobiera kilka aktualizacji, w tym także polski głos. Po przejściu fazy wstępnych ustawień na ekranie pojawia się standardowy Touchwiz, czyli firmowy launcher, instalowany w większości smartfonów Samsunga. Przyznam szczerze, że launcherów wbudowanych w telefon z reguły nie używam. Dzieje się tak z prostego powodu. Nie mam ochoty przyzwyczajać się po każdej wymianie telefonu do jakiejś tam filozofii działania wymyślonej dla użytkowników przez dewelopera, poznawać za każdym razem nowe tricki umożliwiające to czy tamto. Dlatego, zarówno do wykonywania połączeń, jak i obsługi ekranu głównego, używam aplikacji dostępnych w sklepie Play. O aplikacjach Samsunga można powiedzieć tyle, że są dostępne, producent stara się o to dbać i jakieś niezaetykietowane kontrolki lub niedostępne elementy raczej nie powinny się zdarzać. Niestety mniej różowo sprawa wygląda z tłumaczeniami. Nieraz można odnieść wrażenie, że ludzie odpowiedzialni za spolszczenie urządzenia nie mają kompletnie pojęcia, co właściwie tłumaczą. Jak łatwo się domyślić, efekty momentami są dość zabawne, chociaż, biorąc pod uwagę fakt, że jest to jednak było nie było flagowiec takie rzeczy nie powinny mieć miejsca.

Uwaga!

Użytkownicy, którzy przesiadają się na Samsunga z urządzenia innej marki będą musieli się przyzwyczaić, że przyciski "Wstecz" oraz "Ostatnie aplikacje" są zamienione miejscami,

a panel ustawień ma układ nieco inny niż ten, do którego użytkownicy smartfonów innych firm są przyzwyczajeni. Kolejną cechą wyróżniającą urządzenia Samsunga jest brak niektórych aplikacji Google, w tym aplikacji "Gry Play". To ostatnie wbrew pozorom nie jest tak zupełnie pozbawione znaczenia. Jednakże jedną z najważniejszych z punktu widzenia użytkownika z dysfunkcją wzroku wprowadzonych przez Samsunga modyfikacji jest Samsung Voice Assistant.

Zacznijmy od przycisków. Samsung w swoich telefonach od lat trzyma się zasady "pozmieniajmy, a będzie lepiej", dlatego na ekranach urządzeń tej firmy przyciski zamieniono miejscami, tzn. przycisk „Wstecz” znajdziemy na prawo od przycisku „Home”, a przycisk „Ostatnie aplikacje” po lewej. Dodatkowy problem może polegać na tym, że standardowy Talkback zachowuje się tak, jak na telefonach urządzeniach ze starym Androidem, tj. wystarczy pojedyncze dotknięcie, aby wyjść z obecnie otwartej aplikacji. Na szczęście Voice Assistant tego problemu nie ma. Co więcej, można wybrać, czy ma się zachowywać jak Talkback, czy ma traktować te przyciski jak standardowe i aktywować je dopiero po podwójnym kliknięciu.

Mówiąc o zmianach w ustawieniach warto odnotować kilka rzeczy. Jeśli zainstalujemy Google Talkback, to należy go uruchomić bezpośrednio w opcjach dostępności. Samsung Voice Assistant jest nieco głębiej. Po wejściu w ustawienia dostępności trzeba znaleźć opcję "widoczność" i tam uruchomić asystenta. Warto jeszcze wspomnieć o przycisku "Edytuj", znajdującym się zaraz na górze okna ustawień. Można tam wybrać, które elementy znajdą się w czymś w rodzaju szybkich ustawień, czyli obszaru nad wszystkimi ustawieniami. Funkcja ta jest naprawdę przydatna i rzeczywiście może sprawić, że zaoszczędzimy sporo czasu.

Na koniec proponuję zajrzeć do zakładki "Dźwięki i wibracja". Na samym dole mamy przycisk "zaawansowane", który otwiera bardzo ciekawe okno. Prócz nieco gadżeciarskich efektów, jak np. pogłos czy brzmienie a-la wzmacniacz lampowy, możemy znaleźć korektor graficzny działający na wszelkie dźwięki wydobywające się z urządzenia, oraz coś, o czym się chyba w żadnych testach nie pisze, czyli "Adapt Sound". Jest to coś w rodzaju wirtualnego pana akustyka, który sprawdzi, co i jak słyszymy i dostosuje odpowiednio dźwięk. W pierwszym kroku dowiadujemy się, że technologia Adapt Sound nie działa na głośniku wbudowanym w telefon. Aby zatem skorzystać z jej dobrodziejstw, należy zaopatrzyć się w słuchawki. Po podłączeniu słuchawek kreator prosi nas o przejście do, w miarę możliwości, cichego miejsca, do czego zdecydowanie namawiam, gdyż następny krok to clou całej operacji, czyli test przypominający badanie słuchu. Urządzenie emituje dźwięki o różnych częstotliwościach raz w lewym, raz w prawym kanale, a naszym zadaniem jest naciśnięcie odpowiednich przycisków w zależności od tego, czy słyszymy dźwięk czy też nie. Urządzenie potrafi wyemitować naprawdę ciche sygnały. Całość zabawy trwa kilka minut, a na końcu możemy obejrzeć, niestety niedostępny, audiogram. Wreszcie smartfon ustawia dźwięk w ten sposób, aby zniwelować ewentualne braki naszego słuchu lub słuchawek, którymi dysponujemy. Oczywiście wyników testu nie należy w żadnym wypadku traktować jak wyroczni, gdyż najprawdopodobniej nie będziemy dysponowali słuchawkami o idealnie równym paśmie przenoszenia. Poza tym, to przecież tylko smartfon, a nie profesjonalna aparatura pomiarowa. Nie mniej efekt może nas niejednokrotnie pozytywnie zaskoczyć.

Niestety te wszystkie ulepszacze mają swoją wadę, która co prawda nie musi być uciążliwa dla wszystkich, gdyż dotyczy tylko niektórych konfiguracji. Używając e-Speaka lub któregoś z głosów Vocalizer możemy być nieprzyjemnie zaskoczeni faktem, że ucinane są pierwsze głoski wypowiadane przez syntezator, np. zamiast "ekran wyłączony" możemy usłyszeć "kran wyłączony". Błąd ten jednak nie dotyczy syntezatora Samsung, zwłaszcza w konfiguracji z domyślnym czytnikiem ekranu, którym jest w naszym telefonie Voice Assistant.

Brakujące ogniwo

Samsung, chcąc sprostać oczekiwaniu co bardziej zapalonych graczy, przygotował szereg narzędzi ułatwiających grę. Niestety wmontowanie tych funkcji w system nie pozostaje bez wpływu na zachowanie się czytników ekranu. Rzecz dotyczy tak firmowego, wbudowanego w telefon asystenta, jak i standardowego Google Talkbacka. Otwierając niektóre gry, zwłaszcza te, o których smartfon "wie", że są grami, możemy przeżyć przykrą niespodziankę, polegającą na tym, że kliknięcie w element X otwiera nam okno, które powinno pojawić się po stuknięciu w Y lub w ogóle nic się nie otwiera, chociaż powinno. Jedynym rozwiązaniem, jakie znalazłem, jest kupienie w sklepie Play "Package Disabler Pro (Samsung)" za 3,50 zł i zaznaczenie na liście, która pojawi się po otwarciu appki pól wyboru przy każdej aplikacji, która w nazwie posiada "Game”. Po zaznaczeniu takiego pola telefon poinformuje nas, że pakiet jest „niepełnosprawny” (nieszczęśliwe tłumaczenie angielskiego „disabled”), czyli wyłączony. W znalezieniu odpowiednich elementów pomoże pole edycji znajdujące się na górze okna. Po ponownym uruchomieniu telefonu otwieramy sprawiającą wcześniej problemy grę. (W tym miejscu może się okazać, że wymagane jest pobranie darmowej aplikacji "Gry Play"). Po zainstalowaniu wspomnianej aplikacji wszystko powinno zacząć działać bez zarzutu.

Podczas korzystania z urządzenia użytkownicy, zwłaszcza ci zaawansowani, mogą spotkać się ponadto z problemem zrywania transmisji danych. Nie do końca jestem w stanie stwierdzić, co dokładnie powoduje jego występowanie. Przypuszczam, że może ono być wywoływane przez jakieś błędy w mechanizmach oszczędzania energii. Omawiana wada sprawia, że nie jestem w stanie skorzystać z dowolnego serwera FTP. Instalowałem co najmniej kilka aplikacji i każda z nich ma ten sam problem. Rozłączanie klientów po kilkunastu sekundach, niepoprawne pobieranie i wysyłanie plików, potwornie długi czas łączenia to typowe objawy.

Ale, ale… nie taki ten smartfon straszny

Czytając mój tekst można było odnieść wrażenie, że wszystko, ale nie Samsung Galaxy S7. Usprawiedliwiając się przed czytelnikami, powiem tylko, że wiele uwagi poświęciłem wadom telefonu, gdyż do tej pory, czytając wszelkie testy tego urządzenia, spotykałem się z samymi superlatywami. Wyśmienity aparat, doskonała jakość, wybitne parametry, genialny wygląd itd. Te wszystkie zachwyty są generalnie zasłużone. Ten telefon po prostu chodzi. Aplikacje uruchamiają się bardzo szybko, jakość nagrań, zarówno audio, jak i video, stoi na bardzo wysokim poziomie, jakość wbudowanych komponentów w rodzaju GPS, kompas nie rodzi żadnych zastrzeżeń i generalnie rzecz biorąc jest to na prawdę dobry telefon. Jednak nie jest to urządzenie pozbawione wad zwłaszcza, gdy spojrzymy na nie z perspektywy niewidomego użytkownika.

Samsung Voice Assistant

Pisząc o smartfonach Samsung nie można pominąć tak istotnego dla nas problemu, jakim jest preinstalowany w nich czytnik ekranu. Już na pierwszy rzut oka widać, że jest to cokolwiek zmodyfikowany, ale jednak Talkback. Niestety odnoszę wrażenie, że Samsung nie śpieszy się z aktualizacjami. W efekcie użytkownik dostaje na dzień dobry dylemat - co wybrać. Od czasu powstania Samsung Voice Assistant developerzy oryginalnego Talkbacka nie zasypywali gruszek w popiele i czytnik Google co jakiś czas dostaje kolejne opcje. uporządkowane zostały kwestie internetowe, poprawiona obsługa klawiatur sprzętowych, w końcu można odczytywać poszczególne elementy na pasku statusu, by wymienić kilka najistotniejszych poprawek. Nieaktualizowany Voice Assistant nadal obciążony jest starymi błędami. Jednak z drugiej strony trzeba przyznać, że jest nieco bardziej responsywny, posiada kilka dodatkowych, własnych skrótów, ułatwiających korzystanie z telefonu, a na deser możliwość ustawienia, co ma być odczytywane po odblokowaniu ekranu. Jednak nie ma praktycznie żadnej różnicy, jeśli chodzi o rozpoznawanie kontrolek itd. Innymi słowy, jeśli jakaś aplikacja nie jest dostępna dla Talkbacka przełączenie się na Voice Assistant nie pomoże nam rozwiązać problemu.

Słowo na koniec

Biorąc wszystkie za i przeciw myślę, że za 2300 zł, bo mniej więcej tyle za ten telefon przyjdzie nam na wolnym rynku zapłacić, jest to dość dobra propozycja, aczkolwiek nie można powiedzieć, że to i tylko to. Konkurencja nie śpi. Firmy, zwłaszcza z dalekiego wschodu, zasypują rynek urządzeniami o bardzo dobrych parametrach w umiarkowanych lub bardzo umiarkowanych cenach, ponadto osobom niewidomym takie rzeczy jak ekran Full HD lub tym bardziej 4k jest raczej niepotrzebny. Tak samo rzecz się ma wbrew pozorom z procesorem. Mój poprzedni telefon, Motorola Moto G2 posiadała jednostkę taktowaną zaledwie 1,2 GHz i w codziennym użytkowaniu to wystarczy. Trochę inaczej sprawa się ma z pamięcią RAM, ale taki obrót spraw należy zawdzięczać developerom oprogramowania, którzy zupełnie nie przejmują się takimi sprawami jak np. optymalizacja kodu. Zaletą dla części użytkowników może być doskonały mikrofon, którym można śmiało zastąpić średniej klasy urządzenia marki Olympus. Z drugiej strony nie jest to urządzenie dla androidowych purystów. Modyfikacji różnego rodzaju Samsung nie pożałował, tak więc zwolennicy czystego Androida powinni poszukać czegoś innego. Jeszcze słowo dla posiadaczy poprzedniej wersji smartfonu. Z perspektywy osoby niewidomej Samsung Galaxy S7 od poprzednika różni się odrobinę kształtem oraz możliwością zamontowania karty SD.

Tomasz Bilecki

LinkedIn dobre narzędzie dla poszukujących pracy osób z dysfunkcją wzroku

 

Poszukiwanie pracy to dla mnie rzecz tyleż stresująca co trudna. Najpierw zawsze wydaje się, że nie mam żadnych kwalifikacji, doświadczenia zawodowego, osiągnięć czy wiedzy. Potem zaczyna się porządkowanie, proces sensownego układania informacji i wreszcie, gdy już wydaje się, że wszystko ma swoje dobrze przemyślane miejsce, przychodzi świadomość, że przecież jestem niewidomy, że pracodawca zobaczy białą laskę i będzie po rozmowie.

Na szczęście rozwój portali społecznościowych przyniósł nam lekarstwo na takie problemy. Według ostatnio przeprowadzonych badań 30% Polaków jest online bez przerwy. Wraz z coraz większym znaczeniem naszej obecności w sieci coraz ważniejszy staje się nasz wizerunek sieciowy. Wakacjami chwalimy się na Facebooku i Twitterze, zdjęcia publikujemy na Instagramie, a pracy szukamy przez LinkedIn.

Czy to jest dostępne?

Konto w serwisie LinkedIn mam od bodaj siedmiu lat. Jestem członkiem internetowej grupy niewidomych i słabo widzących tłumaczy i nauczycieli języków obcych. To oni skłonili mnie do założenia profilu w omawianym serwisie. Zawód tłumacza wymaga ciągłego poszukiwania zleceniodawców, współpracowników, ciągłej wymiany doświadczeń, czy wreszcie możliwości wzajemnego wspierania się w rozwiązywaniu różnych problemów związanych z wykonywaną pracą. Pojawienie się portalu społecznościowego dla profesjonalistów było zatem dla tłumaczy czymś bardzo interesującym, a jako betatester jednego z czytników ekranu tym bardziej nie potrzebowałem specjalnych zachęt by spróbować czegoś nowego.

Początkowo było trudno. O punktach orientacyjnych mało kto słyszał a z pewnością wiedza ta nie była powszechna. Strony, zwłaszcza te o bardziej złożonej strukturze, to była po prostu droga przez mękę. Założenie konta i rejestracja w serwisie bez pomocy osoby widzącej były wprawdzie możliwe, po kilku próbach jakoś mi się to udało, ale z pewnością nie było to wygodne i łatwe. Te czasy na szczęście należą już do przeszłości. LinkedIn jest obecnie serwisem dostępnym. Administratorzy dbają o dostępność a osoby z niepełnosprawnościami, które potrzebują pomocy mogą się o tę pomoc zwrócić kontaktując się drogą mailową. Możliwe jest także uzyskanie wsparcia telefonicznego. W takim jednak wypadku należy swój numer telefonu podać w mailu. Jeśli ktoś woli być w sieci za pośrednictwem urządzenia mobilnego, to i tutaj mam dla niego dobrą wiadomość. LinkedIn posiada dostępne aplikacje mobilne tak dla IOS jak i dla Androida. Jakkolwiek rejestracji w serwisie za pośrednictwem aplikacji mobilnych nie polecam, to już aktywność społecznościowa z pewnością może być tak realizowana.

Podstawowe i jak sądzę zupełnie wystarczające przeciętnemu użytkownikowi konto w serwisie jest darmowe.

Ale właściwie po co?

Po pierwsze proces rekrutacji pracowników coraz częściej przebiega w sieci. Pracodawcy często szukają osób posiadających potrzebne im kompetencje. Łatwiej przeszukuje się wielką bazę danych według zadanego klucza. Zajmuje to mniej czasu i przynosi lepsze rezultaty niż przedzieranie się przez sterty życiorysów.

Profil zawodowy ma ponad to tę zaletę, że nawet, gdy wypełniamy go bardzo skrupulatnie nie musimy pisać o naszej niepełnosprawności. A w każdym razie nasz potencjalny pracodawca nie znajdzie tej informacji przeszukując bazę wedle klucza umiejętności.

Mamy więc szansę zaistnieć w społeczności jako osoba o określonych kompetencjach.

Ale ja nie mam się czym chwalić

Profil w serwisie LinkedIn to coś w rodzaju wirtualnego życiorysu tyle, że pisze się ten życiorys łatwiej. Kreator prowadzi nas kolejno przez wykształcenie, doświadczenie zawodowe, osiągnięcia, dziedziny, w których jesteśmy ekspertami, pasje itd. Nie musimy wypełniać wszystkich pól. Na stronie z naszymi danymi jest coś w rodzaju licznika, który pokazuje nam w jakim procencie profil nasz wypełniliśmy. Idealnie byłoby wypełnić wszystkie pola, ale zdaję sobie sprawę, że często brak nam na to czasu, chęci czy cierpliwości. Sam nie mogę służyć jako dobry przykład. Mój profil nie został wypełniony nawet w połowie.

Uwaga! Dobre zdjęcie na którym wyglądamy elegancko zdecydowanie poprawia nasze szanse u potencjalnych pracodawców.

Czemu ma służyć tak skrupulatne wypełnianie profilu? Po pierwsze dobre jest dla naszej pozycji zawodowej by postrzegano nas jako osoby aktywne, zdobywające umiejętności, śledzące aktywnie wszystko co dotyczy ich dziedziny zawodowej. Po drugie, choć nie mniej ważne, takie aktywne kształtowanie naszego profilu poprawia naszą samoocenę i w ten sposób może przyczyniać się do zwiększenia naszej atrakcyjności na rynku pracy.

Mi to nie potrzebne, bo przecież mam już pracę

Wydawałoby się, że powyższe zdanie jest słuszne, ale to nie prawda. LinkedIn to platforma wymiany doświadczeń, narzędzie do samokształcenia i wreszcie miejsce, w którym mogą nas znaleźć i, nawet jeśli jesteśmy zadowoleni z naszej pracy, nigdy nie wiadomo, czy nie dostaniemy lepszej, ciekawszej finansowo propozycji.

Może się okazać, że ponieważ jesteśmy znani w naszym środowisku zawodowym uzyskamy łatwiej pomoc w rozwiązaniu jakiegoś ważnego problemu, albo pozyskamy współpracownika do naszego projektu.

LinkedIn siecią stoi

Mówi się, że dla znalezienia dobrej pracy jest bodaj ważniejsze to kogo znasz niż to, co umiesz. Jest w tym sporo racji. Nie mam tu na myśli powszechnie przytaczanej tezy, że dobrą pracę dostają zawsze krewni i znajomi Królika. Jeśli jednak szukamy pracy, a pracodawca może zobaczyć, że robiliśmy coś dla kogoś, że ktoś widział nas w akcji i widział, że cokolwiek to było zostało zrobione dobrze, to nasze szanse zdecydowanie wzrastają. Środowisko zawodowe, znajomi profesjonaliści to z jednej strony doskonałe źródło referencji a z drugiej bardzo cenna możliwość podnoszenia kwalifikacji, rozszerzania obszarów kompetencji czy wreszcie wymiany zawodowych doświadczeń.

Dobrze zbudowana sieć znajomych w LinkedIn to osoby, które pracują w naszym zawodzie, osoby, z którymi współpracowaliśmy czy osoby, które mieliśmy okazję poznać jako ekspertów w interesującej nas dziedzinie. Gdy chcemy kogoś dołączyć do naszej sieci serwis zapyta nas dlaczego ta osoba ma należeć do grona naszych znajomych. Jeśli ktoś zbyt często dołącza do swego profilu przypadkowe osoby może to spowodować nawet zablokowanie konta. Ważne dla naszej pozycji zawodowej jest po pierwsze wystawianie rekomendacji zawodowych znanym nam fachowcom – oni często odwdzięczą się podobnym postępowaniem – po drugie zaś uczestniczenie w swego rodzaju grupach zainteresowań. Ponieważ kiedyś zajmowałem się lokalizacją oprogramowania należałem do grupy tłumaczy specjalizującej się właśnie w lokalizacji programów komputerowych i stron internetowych. Nasza aktywność na portalu, to także dzielenie się artykułami czy doniesieniami lub ogłoszeniami na temat powiedzmy konferencji, wydarzeń, produktów, które mogłyby zainteresować naszych znajomych. W aktywności na portalu LinkedIn trzeba bezwzględnie przestrzegać tylko jednej zasady: żadnych przypadkowych znajomych, żadnych postów dotyczących czegokolwiek, co nie mieści się w sferze aktywności zawodowej.

A jak jest z tą niepełnosprawnością?

Przez listy dyskusyjne osób z dysfunkcją wzroku co jakiś czas przetacza się spór o to kiedy się przyznać do niepełnosprawności. Problem nie ogranicza się zresztą do pracy. Korzystanie z LinkedIn uwalnia nas od konieczności odpowiadania sobie na tak postawione pytanie. Jak w każdym życiorysie i tutaj jest miejsce na informacje o niepełnosprawności, ale jak widać z tego, co napisałem powyżej, potencjalny pracodawca poszukując pracownika najpierw zapozna się z jego kompetencjami, potem zobaczy jego aktywność w sieci – referencje, znajomych z grupy zawodowej, profil zainteresowań profesjonalnych i nie tylko, a dopiero gdzieś w dalszej kolejności zauważy być może, że ma do czynienia z osobą z niepełnosprawnością. Uważam, że korzystanie z LinkedIn w sposób istotny poprawia nasze szanse na rynku pracy. Jeśli więc szukacie pracy, albo chcecie poprawić sswoją pozycję zawodową, to warto sięgnąć po omówione powyżej narzędzie i założyć sobie profil w LinkedIn. Kto wie, Może kiedyś się tam spotkamy.

Damian Przybyła

Aktywizacja zawodowa absolwentów SOSW

Jeśli jesteś absolwentem Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego i w ciągu ostatniego roku nie podjąłeś dalszej nauki, ani nie znalazłeś zatrudnienia - nasz projekt jest właśnie dla Ciebie!

 

Zapraszamy Was do udziału w projekcie „Indywidualne wsparcie absolwentów SOSW w wejściu na rynek pracy”.


W ramach projektu proponujemy wsparcie, dzięki któremu będziecie mogli zdobyć pracę na miarę Waszych potrzeb i możliwości. Każdy z Was dostanie swojego coacha (trenera pracy), z którym będziecie mogli się szkolić, odbywać staże, praktyki, kontaktować się z pracodawcami.


Podczas 3-miesięcznego płatnego stażu, który zorganizujemy blisko Waszego miejsca zamieszkania, będziecie mogli zdobyć doświadczenie zawodowe w różnych firmach i instytucjach. W czasie stażu wypłacamy stypendium stażowe w wysokości 1550 zł/m-c. A jeśli potrzebujecie podnieść swoje kwalifikacje, sfinansujemy Wam kurs zawodowy, dzięki któremu uzyskacie certyfikat i zwiększycie swoje szanse podczas poszukiwania pracy.

Udział w projekcie jest dla absolwentów całkowicie bezpłatny.
Projekt jest przeznaczony dla absolwentów Specjalnych Ośrodków Szkolno-Wychowawczych.  

Okres realizacji projektu: 1.07.2016 – 30.06.2018


ABSOLWENTOM SOSW OFERUJEMY
:

  • 3-miesięczne płatne staże, organizowane blisko miejsca zamieszkania absolwentów i stypendium stażowe w wysokości 1550 zł/m-c,
  • Specjalistyczne kursy zawodowe (komercyjne),
  • Wsparcie coacha, doradcy zawodowego, psychologa,
  • Zwrot kosztów dojazdu i noclegów na spotkania, kursy i szkolenia,
  • Dodatek relokacyjny w wysokości 5 tys. zł w przypadku zatrudnienia powyżej 50 km od miejsca zamieszkania,
  • Osoby w wieku 15-29 lat,
  • Nie pracujące, nie uczące się stacjonarnie i nie szkolące się,
  • Posiadające orzeczenie o niepełnosprawności,
  • Posiadające status absolwenta specjalnego ośrodka szkolno-wychowawczego (do roku po opuszczeniu ośrodków).


Przyślij nam swoje CV na adres: power@firr.rg.pl

Więcej informacji:

Fundacja Instytut Rozwoju Regionalnego, 
Oddział Warszawa, Plac Konstytucji 4/5, 00-657 Warszawa, 

tel. 22 400 50 73, 

www.firr.org.pl

power@firr.org.pl


Projekt współfinansowany ze środków Unii Europejskiej w ramach Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój.

Patrząc w niebo, czyli o dostępności telewizji satelitarnej

Anteny satelitarne pojawiły się w Polsce pod koniec lat osiemdziesiątych, stopniowo zdobiąc ściany i dachy budynków. Początkowo były symbolem powiewu zagranicznej, zachodniej świeżości, a z czasem stały się medium, które na równi z telewizją kablową dostarczało Polakom programy niedostępne ze zwykłych, naziemnych anten. Dziś nie są symbolem luksusu, lecz po prostu jednym ze środków dających dostęp do szeregu programów telewizyjnych, których coraz więcej oferują nam polskie cyfrowe platformy satelitarne. W tym wszystkim dla czytelników Tyfloświata istotny jest jeden bardzo ważny aspekt, o którym mówi się stosunkowo mało albo wcale. Mowa o dostępności telewizji satelitarnej dla osób niewidomych. Przez dostępność rozumiem tu nie tyle kwestię zawartości programowej, ile stronę techniczną, umożliwiającą osobie pozbawionej zmysłu wzroku obsłużenie tunera satelitarnego, wybranie odpowiedniego kanału czy skorzystanie z usług dodatkowych, które w dobie powszechnej cyfryzacji towarzyszą różnym kanałom telewizyjnym.

Czasy przed zerem i jedynką

Zanim pod koniec lat dziewięćdziesiątych w Polsce upowszechniła się telewizja cyfrowa, podstawową metodą odbioru kanałów telewizji satelitarnej w naszym kraju była telewizja analogowa. W tych czasach, kiedy nikt jeszcze o dostępności nie słyszał, co więcej, nikt nawet nie wiedział, że powinno się jej wymagać, niewidomy musiał sobie radzić tak, jak umiał. Na całe szczęście satelitarna telewizja analogowa była medium stosunkowo łatwym do poskromienia. Było to możliwe przede wszystkim dzięki informacji zwrotnej w postaci szumów, trzasków i innych dźwięków wydobywających się ze strojonego tunera. W dobie telewizji cyfrowej niewidomy ma do dyspozycji tylko dwie, skrajne wobec siebie informację. Sygnał, gdy wszystko gra, lub kompletną ciszę, gdy sygnał z jakichś przyczyn jest zbyt słaby. Kiedyś, przy odrobinie cierpliwości można było bez problemu, ucząc się rozmieszczenia przycisków na pilocie odbiornika, spędzić długie godziny skanując różne częstotliwości transponderów najpopularniejszych satelitów. Jak kiedyś, tak i obecnie dla niewidomego największy problem stanowi precyzyjne ustawienie anteny na odpowiedniego satelitę. Jako pocieszenie napiszę jedynie tyle, że osobom widzącym bez odpowiedniego osprzętu ta sztuka również nie udaje się zbyt dobrze i licząc na odpowiednie efekty najlepiej poprosić o pomoc fachowca. Reasumując, czasy telewizji analogowej z jednej strony były gorsze, bo byliśmy pozbawieni jakiejkolwiek dostępności, z drugiej zaś strony przy odpowiednim uporze mogliśmy na własną rękę sporo zdziałać.

Czas cyfry

Ostatnie, powszechnie dostępne przekazy analogowe zakończyły swoją emisję w marcu 2012, co stało się symbolem przejścia do nowej ery, która zresztą rozpoczęła się znacznie wcześniej. Mam tu na myśli erę przekazów cyfrowych, pozwalających na emisję sygnału o znacznie lepszych parametrach obrazu i dźwięku, których wielką zaletą jest, że dając możliwość korzystania z treści o znacznie lepszej niż analogowa jakości, zużywają do tego mniej pasma na transponderach satelitarnych. Stan taki należy uznać za korzystny zarówno dla nadawców, jak i odbiorców, bowiem dzięki temu możliwe jest zaoferowanie bogatszej oferty programowej, na którą składa się więcej, zróżnicowanych i zaspakajających różnego rodzaju gusta kanałów. Osoba niewidoma musi natomiast zastanowić się nad tym, jak sobie z owym dobrodziejstwem poradzić. Oczywiście, każdy dostawca satelitarnego sygnału cyfrowego oferuje nam swój sprzęt, który, jak to ma czasem miejsce, zostanie zamontowany w naszym domu za darmo. To jednak dla nas, nieużywających wzroku użytkowników jest rozwiązanie, które spowodować może mnóstwo kłopotów szczególnie, jeśli mieszkamy sami, a nad całością chcemy zachować odpowiednią kontrolę. Współczesne, cyfrowe tunery satelitarne posiadają oprócz opcji przyporządkowanych do konkretnych przycisków pilota sterującego także menu, które w różnych sytuacjach wyświetlane jest na ekranie telewizora, a obecność jego nie jest przeważnie w żaden sposób sygnalizowana. W takiej sytuacji niewidomy użytkownik pozostawiony jest ze sprzętem, nad którym nie może w żaden sposób zapanować. Sytuacja taka zdarzy się z pewnością w momencie wstępnej konfiguracji tunera, ale także powtórzy się niejednokrotnie w momencie, gdy nasz tuner otrzyma zaktualizowaną listę kanałów i zapyta, czy chcemy przeprowadzić proces aktualizacji, czy też zrobić to później. Oczywiście, możemy nauczyć się tego na pamięć i w momencie, gdy po włączeniu tunera nie dzieje się nic, zakładać, że właśnie do naszego urządzenia została pobrana nowa lista, ale nigdy nie będziemy mieć 100% pewności, że właśnie to się stało, a nie, że np. źle wcelowaliśmy pilotem w czujnik urządzenia i na skutek tego wcale ono się nie włączyło. Dodatkowo, korzystając z tunerów dostępnych w ofercie producentów, pozbawiamy się dostępu do takich dobrodziejstw telewizji satelitarnej jak EPG (Electronic Program Guide), cyfrowy rozkład programu telewizyjnego, oferowany przez niemalże każdą stację, czy teletekst, u nas w Polsce często określany mianem TeleGazety. Do tego wszystkiego musimy także uzbroić się w stos notatek dotyczący informacji, pod jakim numerkiem kanału dostępna jest dana stacja telewizyjna, co może zostać gruntownie przebudowane przy każdej aktualizacji listy kanałów.

Posterujmy przez przeglądarkę

Jeśli ktoś z powyższych zdań wywnioskował, że telewizja satelitarna jest kompletnie niedostępna dla niewidomego, śpieszę uspokoić, nie jest z tym wcale tak najgorzej. Uprzedzić jednak muszę, że jej użytkowanie wymagać będzie od nas nieco większej niż u przeciętnego użytkownika wiedzy i umiejętności. Możemy spróbować naszych sił wykorzystując jeden z tunerów z systemem opartym o jądro Enigma 2. Tego typu urządzeniami możemy sterować przez przeglądarkę WWW, ale dostępność rozwiązania jest dość ograniczona. Możliwe jest np. przełączanie się pomiędzy kanałami, odczytywanie EPG, ale dostęp do skanowania i wyszukiwania nowych kanałów jest już niemożliwy. Aby zaktualizować listę, powinniśmy poszukać w sieci aktualizowanych list kanałów i wgrać je przy pomocy FTP do naszego tunera, co z pewnością nie jest zadaniem ani wygodnym, ani prostym, przynajmniej dla początkującego użytkownika. Niewątpliwym plusem tego rozwiązania jest to, że nadal dysponować będziemy dedykowanym do odbioru telewizji satelitarnej urządzeniem, które będzie osobną skrzynką, niewadzącą nikomu i stojącą w naszym salonie.

A może komputer?

Do sterowania wyżej opisanym urządzeniem musieliśmy i tak użyć komputera, względnie naszego smartfona. Kolejnym rozwiązaniem, które chciałbym polecić niewidomym entuzjastom telewizji satelitarnej jest wykorzystanie w roli dostępnego tunera naszego własnego komputera, wyposażonego w odpowiednią kartę. Rozwiązanie takie jest najbardziej elastyczne i osobiście polecam je zdecydowanie bardziej niż opisywaną wyżej Enigmę 2. W zasadzie wszystko przemawia na korzyść zakupu karty DVBS, czyli takiej, która pozwala na odbiór cyfrowej telewizji satelitarnej. Plusem jest zarówno cena (około 600 PLN), jak i dostępność dedykowanego oprogramowania, które bardzo dobrze współpracuje z czytnikami ekranu. Minusem mogą być jedynie problemy z kodekami, które musimy odpowiednio skonfigurować w naszym systemie operacyjnym, aby odbiór sygnału był dobrej jakości i nic go nie zakłócało. Dodatkowo też należy liczyć się z tym, że jeśli mieszkamy w małym mieście, lokalni specjaliści mogą wiedzieć bardzo niewiele albo zgoła nic o odbiorze telewizji cyfrowej za pomocą przeznaczonych do tego kart. Ludzie ci, pracując ze znanymi sobie rozwiązaniami od wielu lat, często zwyczajnie nie mają czasu i chęci na śledzenie tego typu nowości i wgryzanie się w rozwiązywanie ewentualnych problemów z nimi związanych, może więc zdarzyć się tak, że zostaniemy sami z naszym świeżo zakupionym produktem, a ten zacznie sprawiać nam problemy. W takim przypadku najlepiej poszukać rozwiązania w sieci, w polskojęzycznym Internecie na całe szczęście nie brakuje miejsc, w których dyskutują zaawansowani użytkownicy telewizji satelitarnej. Jednym z takich miejsc jest http://forum.satkurier.pl/, gdzie z pewnością otrzymamy odpowiedź lub pomoc.

Jaką kartę wybrać?

Ilu ludzi, tyle opinii, do takich wniosków można dojść, gdy zaczniemy poszukiwać naszej karty idealnej, dzięki której będziemy mogli cieszyć się cyfrową telewizją satelitarną, używając naszego własnego komputera w funkcji odbiornika. Z grubsza karty DVBS możemy podzielić na 2 typy.

  • Wewnętrzne – są to karty, montowane na płycie głównej naszego komputera w złączach PCI Express,
  • Zewnętrzne – są to osobne skrzynki, podłączane do naszego komputera za pomocą gniazda USB.

Jeśli korzystamy z laptopa, zdecydowanie lepiej sięgnąć po tę drugą opcję, jeśli zaś nasz komputer to model stacjonarny, można rozważyć zakup jakiejś karty wewnętrznej, jednak osobiście i w tym przypadku skłaniałbym się ku rozwiązaniu zewnętrznemu. Jest ono bardziej uniwersalne i uchroni nas przed koniecznością dokonywania kolejnego zakupu, gdy zapragniemy przenieść się na urządzenie bardziej mobilne. Dodam tu dla porządku, że sama instalacja satelitarna nie jest rozwiązaniem przenośnym. Oprócz karty DVBS musimy, o ile jeszcze tego nie mamy, zaopatrzyć się w stosowną czaszę do odbioru sygnału, konwerter, przewody, a wszystko to powinno zostać zainstalowane na dachu, balkonie lub przy oknie. Raz zainstalowane bez wyraźnego powodu nie powinno być przenoszone w inne miejsce. Chcąc wybrać właściwą dla nas antenę satelitarną najlepiej poradzić się lokalnego specjalisty lub sprzedawcy. Rynek ten jest dość rozległy, a ja nie czuję się w tej dziedzinie na tyle kompetentny, by cokolwiek sensownego doradzać szanownym czytelnikom.

Pozwolę sobie zwrócić jednak uwagę na jedną istotną kwestię. Jeśli chcemy oglądać kanały należące do którejś z polskich platform cyfrowych, to konieczne jest zaopatrzenie się w kartę z tzw. gniazdem na moduł CI. Jest to specjalna karta, którą umieszczamy wewnątrz tunera, dzięki czemu możliwe jest oglądanie programów kodowanych. Warto przed zakupem upewnić się, czy platforma cyfrowa, z której usług będziemy chcieli korzystać, oferuje takie moduły, wg mojej wiedzy wszyscy polscy operatorzy je dostarczają.

Na koniec, gdyby to wszystko było zbyt dużym natłokiem informacji, mogę polecić kartę, którą z powodzeniem użytkuję od kilku miesięcy. Jest to karta TBS-5990 firmy Technotrend. Karta wyposażona jest w dwa gniazda do modułów CI, pozwalające na podłączenie dwóch konwerterów lub połączenie się z dwoma portami przełącznika DiSEqC. Dzięki temu możliwe jest korzystanie z dwóch platform cyfrowych jednocześnie oraz niezależne od odtwarzania nagrywanie drugiego programu. Instalacja urządzenia jest niezwykle prosta, sprowadza się bowiem do zainstalowania sterowników i odpowiedniego oprogramowania. Jedyny problem, jaki miałem z tą kartą, wystąpił pod kontrolą systemu Windows 10. W tym systemie w momencie, gdy karta była aktywna, nie działała moja karta muzyczna Marian Trace 8. Pozostaje mieć nadzieję, że problem konfliktu zostanie wyeliminowany wraz z kolejną edycją sterowników, tym czasem używam tej karty pod kontrolą systemu Windows 7.

Jakiego oprogramowania użyć?

Odpowiedź na to pytanie jest prosta – DVB Viewer. To oprogramowanie to najbardziej dostępne dla niewidomych rozwiązanie, pozwalające na komfortowe oglądanie cyfrowej telewizji satelitarnej, ale także i telewizji naziemnej, gdyż, jak sama nazwa wskazuje, aplikacja obsługuje wszelkie standardy DVB. Dostępny pod adresem http://www.dvbviewer.com/ program nie jest darmowy, licencja na jego używanie to koszt 20 euro, jednak to aplikacja z gatunku tych, za które moim zdaniem autorowi te pieniądze zwyczajnie się należą. Dostępne jest niemalże wszystko, a najwięcej skorzystają użytkownicy programu JAWS. Twórca DVB Viewera przewidział specjalny tryb, który można uaktywnić w opcjach programu, a wówczas do czytnika firmy Freedom Scientific wysyłane są dodatkowe informacje, np. dotyczące siły sygnału w trakcie skanowania. Tryb dostępnościowy opłaca się jednak włączyć także w przypadku używania programu NVDA, bowiem poprawia on wygodę pracy z programem.

Dzięki DVB Viewerowi jesteśmy w stanie samodzielnie przeskanować dostępne kanały satelitarne, zaprogramować ich kolejność, przeczytać przewodnik EPG czy teletekst, a także ustawić czas nagrywania interesującego nas programu. Możliwości tej aplikacji są oczywiście daleko szersze, za przykład niech posłuży taki oto eksperyment. Załóżmy, że jesteśmy w trakcie oglądania jakiegoś programu, a nie bardzo wiemy, co dzieje się w jakimś jego momencie. Program nie posiada audiodeskrypcji, a już przez dłuższy czas trwa fragment muzyczny. Możemy, dzięki DVB Viewerowi, wykonać tzw. screenshot, czyli stopklatkę danego momentu programu, a następnie wysłać taki obrazek do jakiegoś serwisu rozpoznającego to, co dzieje się na danej grafice, np. http://www.cloudsightapi.com/api. Oczywiście wszyscy musimy zdawać sobie sprawę, że taka stopklatka jest bardzo niemiarodajna, ale może dostarczyć nam przynajmniej szczątkowych informacji. Jeśli interesujący nas program posiada kilka ścieżek to możemy, definiując odpowiednie skróty klawiszowe, błyskawicznie przełączać się pomiędzy nimi. Dzięki mechanizmowi wtyczek, DVB Viewer może być także wzbogacany o różne dodatkowe funkcje. Dodatków nie brakuje i sporo z nich można odnaleźć w sieci.

Jeśli jeden satelita to za mało

Najpopularniejszą w Polsce pozycją satelitarną jest 13 stopni wschód, tu bowiem swoje paczki sygnałowe mają operatorzy naszych rodzimych platform satelitarnych. Sygnały satelitarne pojawiają się jednak także i na innych pozycjach, a są to niekiedy rzeczy bardzo interesujące, szczególnie dla tych, którzy chcą usłyszeć coś, z czym nigdzie indziej nie będą mieć okazji się zetknąć. Satelita to środek dosyłowy różnego rodzaju programów – od stacji radiowych począwszy, a na oprawie muzycznej supermarketów skończywszy. To wszystko jest dostępne, jeśli tylko wiemy, gdzie szukać i jesteśmy w stanie otrzymywać sygnały satelitarne z bardziej egzotycznych pozycji. Na samym początku musimy sobie wyjaśnić jedną rzecz, samodzielne, precyzyjne ustawianie anteny satelitarnej przez niewidomego jest niemalże niemożliwe, szczególnie w dobie przekazów cyfrowych. Musimy korzystać albo ze specjalnego zestawu konwerterów skierowanych na różne satelity – mówimy wtedy o tzw. Zezie, albo z urządzenia zwanego obrotnicą. Zez to zdecydowanie prostsza opcja, ale też dająca mniejszą elastyczność. Konwertery umieszczone w uchwytach Zeza są skierowane na konkretne satelity i nie mamy możliwości dokonywania tu zmian no chyba, że dołożymy kolejny konwerter. Najpopularniejszym w Polsce zezem jest ten, obejmujący satelity Hot Bird 13 stopni wschód i Astra 19,2 stopnia wschód.

Obrotnica to specjalny silnik z uchwytem, do którego mocuje się maszt z anteną satelitarną. Za jego pomocą możemy precyzyjnie obracać czaszę, kierując ją na interesującego nas satelitę. W przypadku obrotnicy, musimy zwrócić uwagę na to, jakiego protokołu używa takie urządzenie. Najlepszym dla niewidomych rozwiązaniem będzie takie, które wykorzystuje protokół USALS, co sprowadza nas do wyboru obrotnic w zasadzie tylko jednego producenta, włoskiej firmy STAB. Dzięki USALS jesteśmy w stanie, wybierając z listy pozycję jakiegoś satelity, skierować na niego obrotnicę. Urządzenia nieobsługujące tego protokołu, pozwalają na obrót czaszy o zadany kont, co dla nas będzie z pewnością mniej wygodne. Przed zakupem obrotnicy warto również zasięgnąć porady lokalnego specjalisty, bowiem silnik musi być odpowiednio dostosowany do średnicy czaszy naszej anteny, tego typu urządzenia mają także maksymalną wagę czaszy, jaką są w stanie swobodnie obracać. Warto także upewnić się, że montaż obrotnicy w przypadku naszej lokalizacji będzie mieć w ogóle sens, bo nie w każdej lokalizacji takie urządzenie, kosztujące kilkaset złotych, się sprawdzi.

Telewizja satelitarna vs telewizja naziemna

Niestety, muszę z przykrością stwierdzić, że zawartość sygnałów w przypadku programów emitowanych drogą satelitarną jest dość często zubożona w porównaniu do tego, co otrzymujemy naziemnie. Problem dotyczy tu przede wszystkim ścieżek z audiodeskrypcją. Pasmo na satelicie jest drogie i nadawcy tną koszty jak tylko mogą, szkoda tylko, że cierpią na tym niewidomi użytkownicy. Korzystając z programu DVB Viewer, można by bez problemu włączyć ścieżkę AD – sęk w tym, że zwykle nie ma czego włączać, ponieważ kanały z satelity są zwyczajnie pozbawione tego udogodnienia.

Na zakończenie

Zdaję sobie sprawę, że powyższym artykułem nie wyczerpałam tematu, ani też nie udzieliłam precyzyjnych odpowiedzi na różne, szczegółowe pytania, które mogły się pojawić w głowach czytelników. Zagadnienia związane z telewizją satelitarną to na tyle szeroki temat, że zawarcie pełnego kompendium wiedzy, obejmującego wszystkie interesujące czytelników zagadnienia w jednym, krótkim artykule, zwyczajnie nie jest możliwe. Mam jednak nadzieję, że wszyscy ci, którzy cenią sobie niezależność, a szczególnie niezależność w dostępie do cyfrowych mediów, zainteresują się możliwościami, jakie daje zestaw do odbioru sygnału satelitarnego. To bardzo wygodne narzędzie odbioru, a we współpracy z DVB Viewerem najbardziej dostępny multimedialny telewizor, z jakim kiedykolwiek miałam do czynienia.

Miłego oglądania!

 

Projekt współfinansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych oraz Gminy Miejskiej Kraków