Tłumaczenie wspomagane komputerowo z punktu widzenia praktyka

 

Jakiś czas temu ukazał się na łamach Tyfloświata tekst na temat oprogramowania wspomagającego tłumaczy w pracy, a mianowicie narzędzia Fluency.

Jako tłumacz z wykształcenia, praktykujący w swoim wyuczonym zawodzie od czasu do czasu, wiem, jak praca tłumacza bywa żmudna i czasochłonna. A gdyby tak udało się chociaż trochę ją udoskonalić i przyspieszyć?

Podczas studiów, już jakiś czas temu, uczyłam się o tak zwanym tłumaczeniu maszynowym, które jednak nie zastąpi nigdy człowieka, ale może go znacznie wspomóc.

Słyszałam, że są takie programy, ale nie wiedziałam, czy współpracują z programami odczytu ekranu i czy będę mogła z nich korzystać. Szukałam, pytałam, zapisałam się w końcu na międzynarodową listę dyskusyjną dla niewidomych i słabowidzących tłumaczy i tam dowiedziałam się, że moi koledzy w zawodzie korzystają z takich narzędzi i że znacznie ułatwia i przyśpiesza to ich pracę. Skoro oni mogą, to dlaczego nie ja? Cóż szkodziło spróbować?

Wiedziałam, że program jest płatny. Ale po wejściu na stronę producenta, okazało się, że mogę sobie pobrać bezpłatnie wersję testową, a gdy zdecyduję się na zakup, to przysługuje mi darmowa sesja szkoleniowa z pracownikiem firmy. Brzmiało nieźle.

Czy to możliwe, może to jakiś chwyt marketingowy? Trzeba było sprawdzić. Pobrałam więc próbną, darmową wersję programu, zainstalowałam i zaczęłam się przyglądać.

Po krótkim czasie okazało się, że menu programu jest czytelne, co najważniejsze współpracuje z programem odczytu ekranu, w moim przypadku z NVDA, posiada specjalne ustawienia dostępności, dzięki którym można korzystać z odpowiednich skrótów klawiszowych do sterowania programem.

Najpierw próbowałam ustawić program samodzielnie, ale ponieważ nie wszystko jeszcze dokładnie wiedziałam, postanowiłam skorzystać z darmowego szkolenia, które odbywa się przez Skype’a i TeamViewera. Jeden program służył nam do komunikacji głosowej, a drugi do komunikacji pomiędzy komputerami, a dokładniej rzecz biorąc, pomagał osobie szkolącej mnie zobaczyć, co dzieje się u mnie na ekranie. Szkolenie odbywało się w języku angielskim, co nie stanowiło żadnego problemu.

Podczas godzinnych zajęć zostały mi objaśnione wszystkie podstawowe funkcje programu takie jak: funkcja dostępności, tłumaczenie automatyczne, przeszukiwanie terminologii oraz słowników internetowych. Po szkoleniu zaczęłam podejmować próby samodzielnej pracy z programem.

Jak się zorientowałam, praca nad tekstem przy jego pomocy przebiega szybciej i jest bardziej czytelna, a to dzięki temu, że program, po wczytaniu do niego pliku z tekstem, który chcemy tłumaczyć, ustawieniu języka źródłowego i docelowego, dzieli tekst na tak zwane segmenty i podaje do tłumaczenia po kolei, jeden po drugim.

Gdy zaczynamy pracę z programem i wczytamy do niego tekst, nad którym chcemy pracować, na ekranie pojawiają się trzy okna, znajdujące się jedno obok drugiego. W pierwszym jest nasz tekst źródłowy, w drugim – środkowym tekst, który powstaje w wyniku naszej pracy, a w trzecim - po prawej okno z miejscem do tłumaczenia.

Bardzo wygodne jest to, że pomiędzy oknami można poruszać się skrótami klawiaturowymi, ale nie ma takiej potrzeby, ponieważ, znajdując się w oknie do tłumaczenia tekstu, możemy przy pomocy skrótów dostępności przeczytać sobie fragment do tłumaczenia, bez konieczności przemieszczania tam kursora. Tak więc odsłuchujemy fragmencik tekstu odczytany mową syntetyczną, tłumaczymy w głowie, wpisujemy wynik do okienka tłumaczenia i gdy jesteśmy usatysfakcjonowani naszym dziełem, naciskamy Enter. W ten sposób program przenosi nas do następnego fragmentu tekstu do tłumaczenia. I tak w kółko, aż nie skończy się nam tekst. Gdy tak naciskamy Enter, po przetłumaczeniu każdego fragmentu, tak zwanego segmentu, to w naszym środkowym oknie program sam zamienia tekst w języku źródłowym, na tekst w języku docelowym.

W oknie tłumaczenia mamy możliwość poruszania się pomiędzy kolejnymi segmentami tekstu i ich ewentualnego poprawienia, a po naciśnięciu klawisza Enter nasza poprawka lub jakaś inna zmiana od razu wskakuje do środkowego okna.

Po segmentach możemy wędrować również w oknie, w którym znajduje się tekst źródłowy, aby odnaleźć interesujący nas fragment tekstu, przeskoczyć do okna tłumaczenia i nanieść ewentualne poprawki w tłumaczeniu.

Ta funkcja i układ bardzo mi się podoba, bo jest czytelny i nie trzeba skakać pomiędzy dokumentami. Powiecie, że to żmudna robota, można poprosić program, aby sam przetłumaczył automatycznie cały tekst, a potem poprawiać efekty jego pracy. Zgadza się, ale czasem bywa to jeszcze bardziej pracochłonne niż tłumaczenie własne.

W programie znajduje się również okno, w którym aplikacja podaje propozycję tłumaczenia tekstu słowo w słowo i czasem można je prześledzić, aby sprawdzić, co program proponuje. Ponieważ zwykle korzysta on z tłumaczy internetowych, propozycje należy zawsze weryfikować. Nasz program może przeszukiwać również wyznaczone mu przez nas ulubione słowniki internetowe. Ponadto, gdy sami jesteśmy ekspertami w jakiejś dziedzinie i znamy dobrze terminologię, po zakończeniu tłumaczenia, możemy wstawione przez nas do tekstu terminy, zapisać w programie. Gdy następnym razem program napotka jakiś znany sobie termin, automatycznie wstawi go do tłumaczenia. A to, trzeba przyznać, już jest coś - wielka pomoc.

Gorąco polecam to narzędzie wszystkim tłumaczom, zarówno tym, którzy zajmują się tłumaczeniami zawodowo, jak i tak zwanym wolnym strzelcom. Praca z tym programem jest przyjemna i szybka, choć należy pamiętać o tym, że nic nie zastąpi naszego myślenia ani profesjonalizmu. Program ten sprawi, że tłumacz o wiele szybciej upora się z kilkustronicowym tekstem, a zleceniodawca ma ogromne szanse na rychłe otrzymanie wykonanego zlecenia. Terminowe oraz fachowe wykonywanie przez tłumacza zleceń sprawi, że wyrobi on sobie markę i będzie miał stałe wpływy na swoim koncie bankowym.

Agnieszka Pelczarska

Mobilny MS Outlook - ważne maile w zasięgu ręki

 

Poczta elektroniczna jest z nami już od kilkudziesięciu lat. Początkowo była ona domeną naukowców, którzy mimo dzielącej ich odległości dzięki e-mailom mogli utrzymywać ze sobą wygodny kontakt. Wraz z upowszechnieniem się Internetu, e-maile zaczęły stawać się coraz popularniejszą formą wymianą korespondencji, zarówno prywatnej, jak i biznesowej. W dzisiejszych czasach trudno wyobrazić sobie nawet najmniejszą firmę z dowolnej branży bez skrzynki e-mail. Zalew elektroniczną korespondencją zmusza nas bardzo często do sięgania po narzędzia, które pozwolą nam zapanować nad tym chaosem, a jest to potrzebne szczególnie w sytuacji, jeśli odpisywanie na e-maile to część naszej pracy. Programy pocztowe to jedne z najstarszych narzędzi internetowych. Są starsze od stron WWW.

Z upływem lat ewoluowały od tekstowych, takich jak Mail czy Pine, do graficznych, jak Thunderbird, The Bat! czy Becky, by w końcu znaleźć miejsce w naszych urządzeniach mobilnych.

Telefon mamy zawsze przy sobie, więc, będąc niejako na elektronicznej smyczy, często odpowiadamy na maile w drodze, podróży, a jeśli nawet nie odpowiadamy, to szybko zapoznajemy się z ich treścią. Sposób korzystania z poczty elektronicznej zmienił się wraz z upływem lat. Sam pamiętam doskonale połączenia z numerem dostępowym 0202122 i oczekiwanie, ileż to nowej korespondencji spłynie tym razem do mojej, pozwalającej pomieścić 3 MB wiadomości, skrzynki pocztowej w nieistniejącym już serwisie bezpłatnych kont e-mail KKI. Wtedy nawet spamy były interesujące. W końcu ktoś do nas napisał i to jeszcze po angielsku! Może to coś ważnego? Obecnie staram się filtrować moją elektroniczną korespondencję na ile to możliwe i skupiać się tylko na tych mailach, które w danym momencie są istotne. Wielkie zasługi ma w tym bohater dzisiejszego artykułu, program MS Outlook. Nie będę jednak pisał o desktopowej wersji tego programu, a o wersji mobilnej, która w moim przypadku zastąpiła domyślną aplikację Mail w systemie iOS. Właśnie, skoro o tym mowa dodam od razu, że skupię się na interfejsie Outlooka dla mobilnego systemu Apple. Jeśli ktoś jest zainteresowany również wersją dla Androida, zachęcam do wysłuchania prezentacji audio w serwisie tyflopodcast.net, w której z Pawłem Masarczykiem omówiliśmy ten program dość wyczerpująco.

Cztery zakładki, a pierwsza najważniejsza

Główne okno programu to cztery zakładki, pozwalające nam dotrzeć do wszystkich istotnych elementów Outlooka

  • Poczta – najistotniejsza zakładka, tu właśnie przeglądać będziemy nasze skrzynki mailowe.
  • Kalendarz – tu trafią subskrybowane przez nas kalendarze z różnych źródeł, takich jak Facebook, nasze konta Gmail i inne, które oferują kalendarze, oraz konto iCloud, jeśli je podepniemy.
  • Pliki – tu znajdziemy załączniki z wiadomości, jakie trafiają na nasze różne konta e-mail.
  • Kontakty – tu znajdują się nasze kontakty, zakładka pokazuje coś tylko w sytuacji, kiedy podpięte mamy konto iCloud lub inne, oferujące usługę katalogową.

Konfiguracja konta e-mail

Pierwszym krokiem po uruchomieniu MS Outlooka jest skonfigurowanie naszego konta poczty elektronicznej. W tym celu, w pierwszym oknie kreatora wybieramy typ konta, które chcemy dodać. Outlook bowiem, oprócz możliwości dodawania standardowych kont e-mail, pozwala na podłączenie tzw. kont magazynowych. Takie konta to nic innego, jak popularne sieciowe dyski takie jak dysk Google czy Dropbox. Jeśli zdecydujemy się na dodanie konta mailowego, w kolejnym oknie podajemy nasz adres e-mail. Jeśli korzystamy z popularnego dostawcy kont takiego jak Gmail, WP, Interia czy O2, adresy serwerów IMAP czy SMTP zostaną dobrane automatycznie. W przypadku np. naszego konta służbowego będziemy musieli zapytać administratora naszej poczty o kilka istotnych danych, takich jak adresy serwerów, protokoły komunikacyjne, czy rodzaje zabezpieczeń. Niestety zdarza się, że Outlook nie radzi sobie niekiedy z mniej typowymi konfiguracjami. W takim przypadku pozostaje nam uzbroić się w cierpliwość i skontaktować się z pomocą techniczną (usługa dostępna w języku angielskim), która rozwiąże nasze problemy. Sam miałem kłopot ze skonfigurowaniem jednej z moich służbowych skrzynek pocztowych i wsparcie MS Outlook okazało się bardzo kompetentne w tej kwestii.

Gdy nasz pocztowy arsenał składa się z więcej, niż jednego konta e-mail, dotarcie do opcji pozwalającej na dodanie kolejnej skrzynki jest nieco zagmatwane, ale spokojnie, tylko za pierwszym razem. Z zakładki Poczta musimy bowiem wybrać przycisk „Pokaż okienko nawigacji”, a następnie odszukać przycisk „Ustawienia”, wcisnąć go, a w kolejnym kroku, pod listą naszych skonfigurowanych kont, uaktywnić przycisk „Dodaj konto”, później jest już z górki.

Ustawienia

Skoro już jesteśmy w ustawieniach, zatrzymajmy się tu na moment i sprawdźmy, jak bardzo elastyczny jest mobilny Outlook.

Sekcja poczta

Pierwszy przycisk w tej grupie to „Powiadomienia”, tu decydujemy jak wiele różnego rodzaju powiadomień zaserwuje nam Outlook, możemy również wybrać jeden z dźwięków, informujących o nadejściu nowej poczty. Powiadomienia możemy skonfigurować dla każdego konta z osobna, decydując czy program ma informować nas o każdej wiadomości, o wiadomościach z tzw. priorytetowej skrzynki odbiorczej, to największa zaleta omawianego programu pocztowego, czy też ma przemilczać fakt pojawiania się jakichkolwiek wiadomości na tym koncie.

Kolejny przycisk opisany jest jako „Domyślne”, a przeznaczony jest do wybierania domyślnego konta poczty elektronicznej, z którego będziemy pisać i odpowiadać na wiadomości. Oczywiście, jeśli jakikolwiek mail przyjdzie do nas na inne skonfigurowane w Outlooku konto, wiadomość będąca odpowiedzią na niego zostanie wysłana z tamtej skrzynki chyba, że w trakcie redagowania maila zadecydujemy inaczej.

Kolejny przycisk to „podpis”, w tym miejscu ustawiamy naszą sygnaturkę, która dołączana będzie do każdego e-maila. Sygnaturkę możemy skonfigurować dla każdego konta z osobna, możemy również utworzyć jeden, globalny podpis.

Niestety, z przykrością muszę stwierdzić, że swego czasu Outlookowi w trakcie aktualizacji zdarzyło się zapomnieć wszelkie poustawiane przeze mnie podpisy, na szczęście obecnie taki problem już nie występuje i miejmy nadzieję, że nie wystąpi.

Kolejny przycisk, „Opcje przesuwania”, pozwala na wybranie tzw. szybkich akcji, do których mamy dostęp z poziomu pokrętła i pozycji czynności. Są to: usuń, archiwizuj, oznacz jako przeczytaną, przenieś, oflaguj, zaplanuj, oznacz jako przeczytaną i archiwizuj, brak.

Czas na bardzo ważny przełącznik - „Priorytetowa skrzynka odbiorcza”. Szczerze mówiąc jest to właśnie ta funkcja, dla której tak bardzo lubię korzystać z mobilnego Outlooka. Dzięki tej inteligentnej skrzynce możemy zdecydować, aby Outlook informował nas tylko i wyłącznie o tych wiadomościach, które będą dla nas istotne. O tym, czy dane wiadomości są ważne będziemy informować program pocztowy, systematycznie ucząc go naszych preferencji i przyzwyczajeń. Obecnie, szczerze mówiąc, już nie pamiętam, kiedy zdarzyła się sytuacja, by Outlook nie poinformował mnie o jakiejś ważnej wiadomości, czasem za to zdarza mu się przepuścić coś, co nie jest w danej chwili istotne. Aby nasz Outlook stał się tak właśnie „inteligentny”, musimy włączyć priorytetową skrzynkę odbiorczą, a w powiadomieniach dla naszych kont wybrać, aby program informował nas tylko o mailach, które wpadną do tej skrzynki.

Kolejny przycisk nosi nazwę „Liczba na wskaźniku” i dotyczy informacji o ilości nieprzeczytanych maili oraz o tym jakie wiadomości mają być uwzględniane w tym liczniku, a co za tym idzie, jaka liczba wiadomości ma być pokazywana na ikonie aplikacji. Możemy tu zadecydować, czy mają w ten sposób być zliczane maile tylko ze skrzynki priorytetowej, czy też ze wszystkich folderów.

Ostatnie pole wyboru poczty elektronicznej nosi nazwę „Organizuj wg wątków”. Możemy dzięki niemu zadecydować, czy maile mają być wyświetlane luzem, czy też w postaci wątków, ta druga opcja jest zdecydowanie wygodniejsza w przypadku dłuższych konwersacji, może jednak w pewnych sytuacjach być kłopotliwa. Czasami zdarza się bowiem tak, że Outlook źle podzieli wiadomości na konkretne porcje w wątku, przez co otrzymujemy bardzo długi, piętrowy twór maili, przez który niezwykle trudno jest się przedostać.

W ten sposób omówiliśmy całą sekcję dotyczącą poczty elektronicznej, ale to nie wszystko, co możemy skonfigurować w mobilnym Outlooku.

Sekcja Kalendarz

W tej sekcji pierwszy przycisk to powiadomienia. Za pomocą tego przycisku możemy zdecydować, ile czasu wcześniej otrzymamy powiadomienia przed wydarzeniami zaplanowanymi na konkretną porę (domyślnie 15 minut) oraz całodniowymi (domyślnie ustawiona wartość to 1 dzień wcześniej). Możemy w tym miejscu ustawić również szczegóły dotyczące powiadomień dla wszystkich kalendarzy, które subskrybujemy. Kolejny przycisk, opisany jako "Domyślne", pozwala nam wybrać domyślne konto kalendarza, do którego z automatu przypisywane będą wszystkie zdarzenia, no chyba, że zdecydujemy się wybrać inny. Następny przycisk, "Początek tygodnia" pozwala określić, czy w naszej strefie kulturowej tydzień zaczyna się od soboty, niedzieli, a może od poniedziałku. Domyślnie wybrana jest, rzecz jasna, ta ostatnia opcja.

Sekcja Integracje i Dodatki

W tym miejscu decydujemy o wszelkiego rodzaju połączeniach Outlooka z aplikacjami zewnętrznymi. Dostępne tu opcje zależą od tego, z jakich kont korzystamy i co oferują dostawcy naszej poczty. Z reguły jakiekolwiek korzyści pojawią się w momencie, gdy zdecydujemy się na używanie kont komercyjnych, np. przy pomocy serwera Exchange, zwykły Gmail nie zapewni nam zbytnich atrakcji w tym miejscu.

Sekcja Preferencje

W tym miejscu możemy włączyć, o ile nasz iPhone go wspiera, mechanizm Touch ID. Dzięki temu uzyskamy dodatkowe zabezpieczenie w dostępie do naszej poczty. Outlook nie uruchomi się, jeśli nie potwierdzimy swojej tożsamości odciskiem palca. Kolejną opcję z tej sekcji docenią z pewnością ci, którzy używają przeglądarek firm trzecich. Możemy tu bowiem zdecydować, w jakiej przeglądarce mają być otwierane linki zewnętrzne. To swego rodzaju prztyczek Microsoftu w nos Apple, bo producent iPhone’ a nie pozwala przecież na ustawienie jako domyślnej przeglądarki programu innego, niż Safari. Oprócz domyślnej przeglądarki, możemy również wybrać w tej sekcji domyślny silnik map i mam dziwne przeczucie, że wielu użytkowników wybierze rozwiązanie Google'a.

Zalety i wady Outlooka

Priorytetowa skrzynka odbiorcza to mechanizm, z powodu którego Outlook to mój domyślny klient pocztowy, nie radzę jednak nikomu pozbywać się systemowego maila. Zdarza się bowiem, że Outlook nie ze wszystkim sobie radzi, szczególnie ma to miejsce w sytuacji, gdy chcemy wysłać wiadomość elektroniczną z aplikacji zewnętrznej. Bywa wtedy tak, że gdy pozbędziemy się maila systemowego, uruchomi się i tak apple’owa formatka redagowania wiadomości, ale o wysłaniu e-maila będziemy mogli zapomnieć. Mimo, że Microsoft stawia na dostępność, okazjonalnie występują problemy z dostępem do pewnych elementów wiadomości, szczególnie załączników. Czasami nie da się również odszukać potrzebnych przycisków, jak choćby tego, który służy do przekazywania wiadomości dalej. Wspomnę jeszcze o samej priorytetowej skrzynce. Z reguły działa prawidłowo, jednak ma problemy z niektórymi typami serwerów e-mail oraz łączami internetowymi. Z tego powodu zdarzyło mi się już kilka razy z opóźnieniem odpowiedzieć na istotnego maila, bo nie pojawił mi się na ekranie blokady, a po uruchomieniu Outlooka siedział grzecznie w wiadomościach uznanych za ważne. Sprawiedliwie muszę jednak przyznać, że są to przypadki incydentalne i z reguły Outlook sprawuje się dobrze.

Słowem podsumowania

Poczta elektroniczna to w dzisiejszych czasach narzędzie, bez którego może da się żyć, ale raczej nie da się pracować. Szczególnie w przypadku większości niewidomych, wykonujących pracę przy użyciu komputera czy urządzeń mobilnych, tak ważny jest komfortowy dostęp do maili. Zachęcam wszystkich czytelników do tego, aby dali szansę mobilnej aplikacji firmy Microsoft. Mimo tego, że przez lata nie przekonałem się i chyba już nigdy nie przekonam się do Outlooka na PC, mobilna wersja tej aplikacji bardzo przypadła mi do gustu i mam nadzieję, że spełni również i oczekiwania przynajmniej części czytelników.

Sport jest jeden

 

„Sport pełni w życiu niepełnosprawnych rolę szczególną. Jest on nie tylko formą rehabilitacji, sposobem na podniesienie ogólnej sprawności, ale często staje się drogą do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie, szansą na ciekawe i godne życie. Zawsze z szacunkiem patrzę na ludzi, którzy mimo swych ułomności z wielką pogodą ducha podejmują sportową rywalizację”. – Jerzy Buzek

Powszechnie wiadomo, że sport pełni dobroczynną funkcję w naszym życiu. Zdrowy styl życia jest modny. Jednakże, choć sport propagują artyści w mediach, choć pod wpływem wszelakich działań promocyjnych ćwiczą całe rodziny, bardzo powoli rośnie świadomość i wiedza o pozytywnych skutkach uprawiania choćby zwykłej gimnastyki. Wiele form aktywności sportowej cechuje dostępność, a niepełnosprawność nie jest dobrym wytłumaczeniem, by tego rodzaju aktywności nie podejmować, bo jak mówią: dla chcącego nic trudnego. Wśród wielu dostępnych opcji każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie.

Polska ma ogromne tradycje w dziedzinie leczenia ruchem. W 1508 roku Marcin z Miechowa napisał rozprawę pt. „Jak zachować zdrowie”. Podnosi w niej kwestię leczenia ruchem. Można więc uważać go za prekursora na tym polu. Sebastian Patrycy w 1605 roku opublikował dzieło „Polityka Arystotelesa”, zalecając w nim politykom łagodzenie sporów przez gimnastykę. A Jędrzej Śniadecki, żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku, mówił o profilaktyce zdrowia młodzieży poprzez gimnastykę. Dawał praktyczne zalecenia, jak tę profilaktykę stosować. Ludwik Bierowski, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, szef służby medycznej w powstaniu listopadowym, był uznanym chirurgiem. Napisał rozprawę „:Kilka słów o ważności, potrzebie i użytku gimnastyki” oraz założył pierwszą na świecie szkołę gimnastyki leczniczej w Krakowie.

Chyba każde dziecko zna powiedzenia: „W zdrowym ciele zdrowy duch” oraz „Bieg to zdrowie”. Nasze ciało, umysł i duch są jak naczynia połączone. Wysiłek fizyczny niejako scala je, powoduje, że czujemy się lepiej. O sporcie, o paraolimpijczykach, pisaliśmy już na łamach Tyfloświata. Myślę jednak, że warto przybliżyć kilka ciekawych sylwetek sportowców z naszego środowiska, opowiedzieć o ich miłości do sportu, determinacji i problemach, z jakimi muszą się borykać, by móc trenować. Może przykład ludzi, którzy dzięki uporowi i ciężkiej pracy wiele osiągnęli, zachęci naszych czytelników, by przekonali się, jak zbawienny wpływ ma uprawianie sportu i podjęli próbę zmierzenia się ze swymi słabościami.

Kilka słów zachęty

Zdzisław Kabziński, doświadczony trener i sędzia piłkarski opowiada:

„Sportem zajmuję się od 45 lat. Na pierwszy trening poszedłem mając lat jedenaście. Odbywałem do pięciu treningów tygodniowo. Po zakończeniu kariery piłkarskiej w wieku 35 lat, pozostałem nadal wierny mojej miłości do sportu. Jak to mówią: Mam to we krwi. Jestem trenerem z odpowiednimi kwalifikacjami, mogę prowadzić grupy seniorów i młodzieży. Mimo, że obecnie zajmuję się trampkarzami, ćwiczę, chodzę na siłownię, biegam, jeżdżę na rowerze, pływam.

Wiesława Stolarczyk: Dlaczego sport jest tak bardzo prozdrowotny?

ZK: Sport bardzo korzystnie wpływa na układ kostny, mięśnie, układ krążenia, poprawia się metabolizm. Poza tym powszechnie wiadomo, że podczas wysiłku fizycznego wydzielają się tzw. endorfiny, hormony szczęścia, których obecność odczuwamy w postaci radości, zadowolenia. Po wysiłku fizycznym, mimo zmęczenia, czuję się zrelaksowany, wyluzowany. Mam większy, jak to teraz mówi młodzież, „power”. Poza tym sport opóźnia proces starzenia. Jestem tego żywym przykładem. Niedawno robiłem badania specjalistyczne. Okazało się, że mimo przeżytych 58 lat, mój wiek biologiczny to zaledwie 42 lata. Moi koledzy narzekają na złe samopoczucie, a ja wciąż jestem pełen energii. Różne życiowe czynności przychodzą mi dużo łatwiej niż rówieśnikom. Niestety w naszym kraju jest jeszcze zbyt niska świadomość społeczna. Nakłady finansowe ciągle zbyt małe. Warto jednak ćwiczyć choćby samemu, w domu. Nie bierze się pod uwagę tego, że lepiej zapobiegać niż leczyć. Bardzo ważna jest profilaktyka, ale musi być dostosowana do wieku i możliwości. Treningi powinny być prowadzone fachowo, ale wykfalifikowanej kadry wciąż brakuje. Są ćwiczenia, których w pewnym wieku nie należy wykonywać. Są też takie, które powinny wykonywać osoby w bardzo młodym wieku, by zapobiec późniejszym kontuzjom, wzmocnić mięśnie i układ kostny. Jest to ważne bo organizm staje się odporny na urazy i dzięki temu rzadziej nas one dotykają. Chodzi o to, by na początku drogi sportowej wzmocnić najpierw układ kostny, a nie od razu mięśnie. Wiedza o tych podstawowych zasadach zdrowego uprawiania sportu jest wciąż bardzo mała. Na tym polu pozostało jeszcze wiele do zrobienia.

Każdy rodzaj ruchu zapobiega wielu chorobom: np. osteoporozie, bólom stawów czy kręgosłupa, zmniejsza ryzyko zachorowania na cukrzycę, dlatego bardzo zachęcam: ćwiczcie, naprawdę warto.

Lek na całe zło

Gdy rozmawiałam ze sportowcami z dysfunkcją wzroku przychodziły mi często na myśl słowa refrenu piosenki śpiewanej przez Krystynę Prońko: „Jesteś lekiem na całe zło i nadzieją na przyszły rok. Jesteś gwiazdą w ciemności, mistrzem świata w radości……..”.

Bartosz Bierowiec, wyczynowy biegacz narciarski, maratończyk, opowiada:

Sport uprawiałem od dziecka. Byłem zdrowym, żywym, niesamowicie sprawnym chłopcem. W wieku 15 lat pojawiły się problemy ze wzrokiem. Nie pomagały żadne okulary. Pole widzenia zmniejszało się w zastraszającym tempie. Przed oczami pojawiły się mroczki i wielka plama na środku, która ograniczała widzenie. Okuliści nie pomogli. Zasięgnąłem porady neurologa, który zdiagnozował stwardnienie rozsiane. Nie muszę chyba mówić, czym była taka diagnoza, brzmiała jak wyrok śmierci. Czynnie uprawiającemu sport piętnastoletniemu chłopcu zawalił się świat. Cztery lata szukałem pomocy. Widzenie wciąż się pogarszało. W końcu trafiłem do szefa neurochirurgii przy Uniwersytecie Medycznym w Warszawie. Diagnoza brzmiała: „jakiś problem mechaniczny w kanałach nerwów wzrokowych”. Jedynym wyjściem była operacja. W tamtych czasach można było dostać się tylko przez czaszkę. Tylko w taki sposób można było sprawdzić, co się tak naprawdę dzieje. Tak więc w wieku 19 lat podjąłem bardzo poważną decyzję. Ryzykowałem wiele, bo taka poważna operacja mogła się skończyć upośledzeniem innych zmysłów –np. utratą mowy czy słuchu. Byłem zdeterminowany. Chciałem zachować resztki wzroku i przynajmniej taki stan utrzymać. Postanowiłem walczyć mimo wszystko. Nauczyłem się tego podczas górskich wspinaczek czy żeglując. Zawsze trzeba iść do przodu. Przeszedłem trzy operacje. Skutki uboczne były odczuwalne. Po każdej operacji musiałem uczyć się czytać. Widziałem tekst, ale go nie rozumiałem. Nie potrafiłem poskładać słów z liter, a przecież znałem słowa. Umiejętność czytania przychodziła po kilku miesiącach. Tak samo było z orientacją. Na początku potykałem się, przewracałem, uderzałem o słupy, barierki, latarnie. Musiałem nauczyć się tego, czego nie widzę. To było jak wspinaczka na najwyższy szczyt na świecie. Fakt, że wcześniej uprawiałem sport, że po operacjach szybko zacząłem rehabilitację miał ogromne znaczenie. Trzy lata temu zaczynałem od zera, po ciężkich operacjach, a w minionym sezonie przebiegłem trzy maratony. Dzięki temu, że uprawiam sport poprawiła się orientacja, rozwinęła intuicja. Podczas Biegu Piastów na 50 km przeżyłem dramatyczną przygodę. Startowałem samodzielnie. W pewnym momencie wyprzedził mnie widzący zawodnik i wywrócił się przy prędkości kilkudziesięciu kilometrów na godzinę. Był tuż przede mną. Na szczęście zareagowałem instynktownie i udało mi się przejechać dalej po jego nartach. Mogłem przecież najechać na tego leżącego człowieka. Strach pomyśleć do jakiej tragedii mogłoby dojść. Zatrzymałem się kilkadziesiąt metrów dalej. Dojechała do mnie pani, która widziała całe zdarzenie z boku. Powiedziała, że to było coś niesamowitego, bo człowiek widzący prawdopodobnie wjechałby w tego biegacza. Nie miałby szans, by zdążyć zareagować. Ja miałem przeczucie, że on się przewróci. Zadziałały inne zmysły.

WS: Bieg Piastów to bieg masowy. Czy nie obawiano się twojego udziału?

BB: Miałem wielki problem, by w nim wystartować. Przez trzy lata przekonywałem organizatorów. Musiałem udowodnić, że to dla mnie i dla innych jest bezpieczne, że dam radę. Wykazałem się startami najpierw na 10 i 15 kilometrów. Organizatorzy przekonali się, że mój udział nie zagraża ani mnie, ani pozostałym uczestnikom i lody pękły.

WS: Czy dla uczestników jesteś jakoś rozpoznawalny?

BB: Mam kamizelkę odblaskową. Dzięki temu uczestnicy wiedzą, że nie widzę. Poza tym, tak bardziej humorystycznie, to mam długie włosy. Nie lubię zakładać czapki, noszę opaskę. Biorę więc włosy do góry i w ten sposób powstaje wspaniała szopa. Kilkakrotnie zapytano mnie gdzie kupiłem taką  fajną czapkę.  A tak bardziej poważnie powiem, że gdy startowałem w imprezach poza granicami kraju, to moja niepełnosprawność nie stanowiła dla organizatorów żadnego problemu. Dziwili się wręcz, że pytam ich o możliwość udziału, przecież mogę się zapisać, nie widzą przeszkód. Specjalne prośby i przekonywania nie są potrzebne.

WS: Jakie znaczenie, według Ciebie, ma uprawianie sportu przez osobę z dysfunkcją wzroku?

B: Oprócz tego, że jestem w niezłej formie, mam dobrą orientację w przestrzeni. To, że uprawiam sport, w pewnym momencie życia miało kluczowe znaczenie. Kiedy widziałem dość dobrze, wielką frajdę sprawiała mi jazda na rowerze. Pokonywałem długie dystanse, rozwijałem prędkości. Lekarz nie był w stanie stwierdzić, na ile wzrok mi się pogorszył, bo bardzo słabo widzę. Po prostu zmiany nie były dla niego zauważalne. Zorientowałem się, że coś się dzieje, ponieważ zacząłem mieć problem z pewną jazdą na rowerze czy rolkach. Dzięki temu, że zwróciłem uwagę na te niepokojące mnie objawy, problem został szybko zdiagnozowany i po czterech miesiącach byłem operowany. Gdyby nie moja aktywność, zupełnie niespodziewanie utraciłbym resztki wzroku. Moją pasją, oprócz biegów na nartach jest żeglarstwo. Jestem chyba jedynym niedowidzącym instruktorem w Polsce, który prowadzi szkolenia. Na wodzie kluczowe nie jest widzenie, lecz wyczucie łódki. Wsiadam więc na łódkę, dobrze trzymam ster, ale muszę mieć dokładne, spójne informacje. Nie mogę więc żeglować w pojedynkę. Ważne jest, by zaakceptować sytuację i, choć wydaje się to prawie niemożliwe, znaleźć wyjście. Chodzi o to, że jeśli się widzi tak mało jak ja, to uprawianie sportu często wymaga pomocy przewodnika. Tak jest np. w wypadku biegaczy lub kajakarzy, gdzie jedna osoba musi być widząca. Kolarstwo można także uprawiać, ale na tandemie, a więc przewodnik jest, siłą rzeczy, potrzebny. Jeśli zaakceptuje się ten fakt, to można góry przenosić. Zachęcam wszystkich do uprawiania sportu. Wyjście z domu sprawia, że jesteśmy wśród ludzi, możemy się wspierać, wzajemnie sobie pomagać, wymieniać doświadczenia. Możemy też doświadczać zdrowej rywalizacji. Taka zdrowa, sportowa walka motywuje, sprawia że łatwiej nam stawić czoło przeciwnościom w życiu.

Co o uprawianiu sportu, zarówno tego wyczynowego, jak i amatorskiego, mają do powiedzenia inni sportowcy z niepełnosprawnościami?

Joanna Mazur (złota medalistka Mistrzostw Świata w Londynie na dystansie 1500 m, srebrna medalistka na 800 m, brązowa na 400 m - film z biegu z jej udziałem obejrzało na portalu Youtube kilkadziesiąt tysięcy osób, obiegł cały świat) – wypowiedź pochodzi z Programu „Pytanie na śniadanie” w TVP 2:

Sport to sposób na zrozumienie i pogodzenie się z utratą wzroku. To próba zaakceptowania sytuacji, w jakiej się znalazłam. To także rodzaj buntu, ucieczka od rzeczywistości, bo kiedy wzrok się pogarszał, bieganie pozwoliło mi bodaj na chwilę oderwać myśli, rozładować napięcie. Wyzwoliło we mnie radość. Mogłam przestać myśleć o utraconym wzroku, zająć się czymś innym, a to stało się sposobem na życie. Trzeba jednak wyjaśnić rolę przewodnika. Biegnie obok mnie, ale mi nie pomaga. Krótkimi komendami sygnalizuje np.: wiraż, wejście wyjście. Niczego mi nie podpowiada, nie przyśpiesza. Jest tylko moimi oczami. Ponieważ biegniemy razem, również otrzymał medal. I to jest piękne, bo, by razem współgrać, poświęcamy wiele czasu na treningi. Sport pomaga mi w życiu. Jeśli jestem dla kogoś inspiracją, jeśli ktoś dzięki temu stara się walczyć i nie poddaje się chorobie czy gorszym dniom, lenistwu, to bardzo mnie cieszy. Jest to dla mnie swojego rodzaju motywacja. Mam nadzieję, że dzięki temu inni niepełnosprawni znajdą pomysł na swoje życie, wyjdą z domu. Warto znaleźć coś, co nasz cieszy, co lubimy robić i iść w tym kierunku. Sport oferuje całą paletę możliwości osobom z dysfunkcją wzroku.

Tomasz Koźmiński (laureat nagrody „Lodołamacze”, działacz społeczny bardzo mocno zaangażowany w propagowanie i promocję sportu ludzi z niepełnosprawnościami, który wraz z grupą przyjaciół założył fundację For Heroes, pływa, podróżuje): Wysiłek fizyczny motywuje do życia, do pracy, daje energię. Ważna jest chęć rywalizacji, przełamywanie barier. Chęć pokazania się, zaistnienia ma także duże znaczenie. Sport integruje, buduje relacje. Spotkałem się z sytuacją, gdy piłkarze niewidomi grają z widzącymi. Zawodnicy widzący grają w goglach. Takie doświadczanie świata. To podnosi świadomość społeczną, pozwala widzącym zrozumieć nasze problemy, niejako trochę wejść w nasz świat i nie ma to nic wspólnego z litością. Widzieć można, ale wiedzieć i doświadczyć to zupełnie co innego. Ważne żebyśmy byli widoczni w społeczeństwie, a sport doskonale do tego się nadaje. Osoby pełnosprawne mogą od nas się wiele nauczyć. Ważna jest obecność w mediach, promowanie aktywności, ale na tym polu jest jeszcze wiele do zrobienia

Zdzisław Kabziński: Na treningach chłopcy często grają z opaskami na oczach. Traktują to zabawowo, jest to dla nich atrakcja. Moją intencją było po prostu urozmaicenie treningu. Zauważyłem jednak, że ma to głęboki sens. Jeśli dzieciaki prowadzą piłkę, strzelają na bramkę, kierując się tylko podpowiedziami, to wyostrzają im się inne zmysły. Ma to znaczenie np. przy ustawianiu ciała do wykopu czy strzału, pomaga przy nauce kontroli uderzenia, a konkretnie budowaniu dobrej świadomości właściwego kierunku. Muszą uważnie słuchać podpowiedzi, wyczuć dystans, ustawić odpowiednio stopy, złapać kierunek „na nos”, strzelić bramkę. Robię im między innymi rywalizację jeden na jeden. Zawodnicy mają opaski na oczach. Polega to na tym, że dwaj chłopcy rozgrywają piłkę. Każdemu z nich przypisana jest drużyna, oczywiście wszyscy poza nimi mają oczy odsłonięte. Zadaniem drużyn jest stać z boku i precyzyjnie podpowiadać zawodnikom, jak mają się ustawić, gdzie znajduje się piłka. W ten sposób można wypracować świadomość ciała. Wiadomo, że dwojgiem oczami widzi się więcej, dlatego podczas moich treningów czasem zawodnicy mają zasłonięte jedno oko. Dzięki wspomnianym ćwiczeniom nabierają nawyku rozglądania się, a nie patrzenia w jedno miejsce. Uczą się manewrowania ciałem. Jeśli odwrócimy głowę, zmieniamy pozycję ciała, wówczas  możemy zobaczyć więcej. Poza tym tego typu ćwiczenia wyrabiają koncentrację, koordynację ruchową.

Myślę, że osoby z dysfunkcją wzroku po przez uprawianie sportu czują się dowartościowane. Sport pomaga przełamywać bariery, pokonywać lęki. Ważna jest na przykład nauka upadków. Dlatego moim zdaniem dla niewidomych wskazane jest uprawianie judo. Jeśli ktoś podczas upadku podeprze się rękami z tyłu na sztywno, może je połamać. Ważne jest także trzymanie brody przy klatce piersiowej, wtedy nie uderzymy głową o beton. Żeby zamortyzować upadek, należy wystawić ręce w bok. Oglądałem piłkę nożną niewidomych. Podobają mi się zasady. Myślę, że ten sport rozwija odwagę, orientację przestrzenną i refleks. Dobrym pomysłem jest widzący bramkarz. Widziałem w Internecie bieg Joanny Mazur. Był to pełen profesjonalizm. Wrażenie zrobiło na mnie zgranie biegaczki z przewodnikiem. To było fantastyczne. Każdy widzący zawodnik ma strategię, którą wcześniej może zaplanować. Biegnąc widzi każdą, najmniejszą zmianę. Podczas ich biegu zauważyłem, że taktyka była wcześniej ustalona. Na ostatnim okrążeniu zawodniczka klasowała się na piątej, potem czwartej pozycji. Wydawało się, że nie będzie medalu. No i ten finisz we wspaniałym stylu. Zawodniczka i przewodnik doskonale się rozumieli. Widziałem, że po dotarciu do mety mieli jeszcze ogromny zapas. Chciałoby się powiedzieć: „mieli tę moc”. Asia wiedziała, jak rozłożyć siły. No i ten piękny krok, który nie odbiegał profesjonalizmem od zawodniczek widzących.

O paraolimpiadach media mówią niewiele, dzięki filmikowi na Youtubie sporo osób dowiedziało się, że taka rywalizacja istnieje. Cenię bardzo tych sportowców, bo myślę, że sama niepełnosprawność stawia bariery. Przecież mają do pokonania więcej trudności: słabość organizmu, niedomagania związane z chorobami, małe możliwości finansowe, wielu z nich ma tylko niskie renty, nie wszyscy przecież pracują. A zakup sprzętu to wielki wydatek. Oprócz tego niektórzy muszą sporo wydawać na leczenie związane ze schorzeniem. W większych miastach są możliwości treningowe, w mniejszych nie. Dużą trudność sprawia dotarcie na treningi. Niejednokrotnie mają ciężej przez trudności życia codziennego. To wymaga wielkiego hartu ducha. Ważne także jest wsparcie i świadomość rodziny. Sport, to, poza całą sferą wyczynową, także rehabilitacja, a, przecież dla tych, którzy żyją z niepełnosprawnością jest ona ważna przez całe życie.

Marta Woźniak (Mistrzostwo Polski w showdownie w roku 2012): Uprawiam showdown. Często błędnie jest nazywany tenisem stołowym dla niewidomych. Jest to sport bardzo elitarny, jeszcze nie wpisany w konkurencje paraolimpijskie. Wymagania tego sportu to: słuch, refleks, koncentracja i szybkość, ponieważ piłka osiąga bardzo duże prędkości. Moim zdaniem, oprócz waloru integracyjnego, usprawnia echolokację. W moim wypadku współzawodnictwo rozwinęło wiarę we własne możliwości, co przełożyło się na codzienne życie. Dzięki uprawianiu sportu łatwiej mi się podnieść po porażce nie tylko sportowej, ale i życiowej. Trener wpajał nam zasadę: „Jeśli chcesz wygrywać, musisz umieć przegrywać.” Bardziej jednak podobają mi się sporty ogólnodostępne, w których można rywalizować lub ćwiczyć na równi z widzącymi. Takimi sportami są taniec czy kolarstwo. Udział w imprezach masowych daje poczucie dowartościowania, ponieważ sędziowie biorą pod uwagę umiejętności, a nie schorzenie.

Wspaniałym sportem jest ergometr wioślarski. Miałam tę przyjemność uprawiać go przez jakiś czas. Ćwiczymy na specjalnej maszynie, ramiona pracują jak przy wiosłowaniu. Zafascynowana byłam także kursami samoobrony zorganizowanymi przez Fundację Instytut Rozwoju Regionalnego. Prowadził je Andrzej Szuszkiewicz z Akademii Tradycyjnych Sztuk Walki Biały Smok w Krakowie. Dostosował on program szkoleniowy do możliwości niewidomych. Kurs trwał dwa tygodnie. Cztery godziny zajęć, dwie rano i dwie popołudniu. Prawdziwy wycisk. Pojęcia „nie mogę” czy „nie dam rady” nie funkcjonowały. Na każdym treningu robiliśmy po sto pompek, sto brzuszków. Wszystkie chwyty, duszenia, dźwignie, prowadzący pokazywał każdemu uczestnikowi zajęć z anielską cierpliwością. Problem w tym, że to wymaga regularnego ćwiczenia, a w Łodzi nie ma takich możliwości. Myślę, że takie umiejętności mogą bardzo się przydać w sytuacji zagrożenia. Po szkoleniu wróciłam do domu mocniejsza psychicznie, pewniejsza, stałam się bardziej asertywna. Miałam wdrukowane w umyśle: „Jesteś silna i ze wszystkim sobie poradzisz”. Po za tym, co tu dużo mówić, jeśli bez użycia siły powalę faceta o wadze 120’kg rozpiera mnie kobieca duma. Chcę jeszcze dodać, że teraz nie boję się wyjść z domu. Sama chodzę na basen i jeśli jestem gdzieś po raz pierwszy, to po prostu proszę o pomoc. Ratownicy pokazują, gdzie są szafki, szatnia, prysznice. Jeśli proszę, przychodzą po mnie po upływie mojego czasu, pomagają znaleźć klapki. Są naprawdę życzliwi.

Michał Michalak (strzelectwo bezwzrokowe): Możemy strzelać z broni długiej lub krótkiej. Strzelnica przypomina małą walizeczkę. Jej wieko po otwarciu stanowi tarczę, w której wbudowana jest karta sieciowa. Łączymy się z komputerem, do którego wgrywa się odpowiednie oprogramowanie. Na karabinku zamontowany jest laser. Odbija się on na tarczy, co odczytywane jest przez komputer. W słuchawkach słuchamy uważnie najwyższego dźwięku - lewo, prawo, góra, dół. Żeby znaleźć odpowiedni punkt – dziesiątkę, dziewiątkę czy ósemkę, musimy pilnować lufy karabinka. Chodzi o to, by być jak najbliżej środka. Gdy dojdziemy do dźwięku najwyższego, trzeba szybko nacisnąć spust. Dźwięki zmieniają się co chwilę. Trwają bardzo krótko. Jesteśmy ustawieni w określonej odległości przed tarczą. Na wykonanie strzału mamy 30 sekund. Komputer co dziesięć sekund odmierza czas, poprzez syntezę mowy otrzymujemy informację. Laser przesuwa się po tarczy, jeśli decydujemy się na strzał, przestaje świecić na tarczę. Wówczas komputer rejestruje to jako strzał. Uprawianie strzelectwa wymaga ogromnego skupienia, koncentracji, koordynacji ruchów, pewnej ręki, błyskotliwości umysłu. W tej konkurencji niewidomi i widzący mają porównywalne możliwości. Możemy być skoncentrowani, silni fizycznie, mamy szerokie horyzonty i umysły. Chciałbym, aby w Polsce baza treningowa była większa, zarówno dla sportowców wyczynowych, jak i amatorów. Sport wyzwolił we mnie ambicje, by stawać się lepszym, integracja, poznawanie ludzi, zawieranie przyjaźni to kolejne dobrodziejstwo. Dbając o precyzję w strzelaniu, stałem się bardziej precyzyjny w wykonywaniu czynności życia codziennego. Sport wyrobił we mnie upór w dążeniu do celu. W życiu codziennym przekłada się to na dokładność, solidność.

Różnorodność dyscyplin sprawia, że każdy może znaleźć coś dla siebie. Dzięki temu czujemy się dobrze w tym co robimy. To wyzwala radość życia, sprawia, że na jakiś czas znikają bariery. Nasza dysfunkcja nie przeszkadza nam w doskonaleniu się. Sądzę, że gdyby niewidomi szachiści zmierzyli się z widzącymi powiedzmy w rozgrywce szachowej w pamięci, to myślę, że nasi niewidomi mieliby przewagę i to nie z powodu wzroku, czy jego braku. Chodzi o wyćwiczony umysł. Jak wiadomo w sporcie chodzi też o sprawność ogólną,. Niewidomi, jak obecnie chyba prawie wszyscy, godzinami siedzą  przed komputerem. Nasza postawa jest często nieprawidłowa, ponieważ pochylamy się, opuszczamy głowę. Jest to niekorzystne dla kręgosłupa. No i oczywiście należy wspomnieć o braku ruchu, który powoduje otyłość.

Mieczysława Stępniewska grała w bowling, obecnie gra w kręgle klasyczne. Niektóre z długiej listy jej osiągnięć to: 2008 mistrzostwo Europy w Budapeszcie. 2006 pierwsze miejsce na zawodach bowlingowych. 20011 mistrzostwo świata na Słowacji.

Kiedy pojawiłam się w klubie Omega w łodzi właściwie nie miałam pojęcia co mogła bym robić. W naszym klubie jest bardzo wiele sekcji. Na to, że zajęłam się bowlingiem, a potem kręglami miała wpływ grupa. Ujęła mnie serdeczność i życzliwość tych ludzi. W wieku 22 lat straciłam wzrok. Nie widziałam sensu życia. Miałam bardzo wspierającą rodzinę, ale to nie wystarczało. W klubie znalazłam wsparcie i zrozumienie. Choruję na cukrzyce. Sport stał się dla mnie lekarstwem. Po treningach obniża się poziom cukru. Zahamowały się zmiany neurologiczne. Poprawiła się kondycja psychiczna. Podjęłam pracę, kocham ludzi, chce mi się żyć.

Wszyscy musimy pamiętać, że niepełnosprawni nie są inni, nie stanowią jednolitej kategorii ludzi. Po prostu wszyscy różnimy się między sobą. Niepełnosprawni nie są ani lepsi ani gorsi, a liczne sukcesy potwierdzają, że każdy człowiek przy odpowiednim zaangażowaniu i wysiłku może przekraczać kolejne granice, odnosić kolejne zwycięstwa. W sukcesach obecnych i przyszłych zwycięzców i olimpijczyków widać wytrwałą pracę nauczycieli i trenerów. Jej efekty są zwielokrotnione wdzięcznością bliskich. Prowadzą nie tylko do zaszczytów, ale również integrują niepełnosprawnych ze społeczeństwem.” – Aleksander Kwaśniewski

WS: Jak odniesiesz się do tego cytatu?

Tomasz Koźmiński: Trzeba zbudować wizerunek sportowca z niepełnosprawnością. Moim zdaniem jesteśmy traktowani po macoszemu. Niedawno odbywały się Mistrzostwa Świata w Lekkoatletyce, nasi zdobyli 9 medali. Wielkie wydarzenie, a w mediach cisza. A przecież nasze państwo powinno się szczycić takimi ludźmi. Obecnie sporo się dzieje w kraju i na świecie, a media milczą. Nasi sportowcy godnie reprezentują nasz kraj, a nie stworzono dla nich sensownego systemu stypendiów. W fundacji, w której działam, mamy niepełnosprawnego ruchowo paraolimpijczyka. Jego stypendium to 150 zł. Śmieszne prawda? Komitet olimpijski to zamknięte środowisko, które trzyma się razem, co wynika w dużej mierze z problemów finansowych. Moim zdaniem nie ma dobrych rozwiązań systemowych. Jeśli ktoś chce uczestniczyć w paraolimpiadzie, musi przejść utartą drogę. Musi być członkiem kadry, uczestniczyć w zawodach międzynarodowych, a dopiero potem następuje ewentualna kwalifikacja. Nie ma ustalonych norm. Każdy traktowany jest indywidualnie. A gdyby tak dziennikarze, bodaj po to, żeby doświadczyć, zrozumieć, zechcieliby zagrać np. w koszykówkę z ludźmi na wózkach czy w piłkę nożną z niewidomymi. To dopiero buduje wizerunek. Muszę jednak powiedzieć, że w naszym środowisku często występuje postawa roszczeniowa. Zdarzało się, że organizowaliśmy różne zajęcia, ponosiliśmy koszty, a osoby, które zadeklarowały uczestnictwo, nie pojawiały się. Nasi sportowcy muszą być widoczni. Wciąż jeszcze jest dużo lęku, jeśli chodzi o imprezy masowe. Zmagamy się z obawami o bezpieczeństwo startujących niepełnosprawnych, jak i uczestników. A przecież jesteśmy dorośli, a więc lęk, że zrobimy sobie czy komuś krzywdę jest nieuzasadniony. Nasi zawodnicy, mimo, że jest trochę lepiej, wciąż przecierają szlaki. Trzeba pokazywać aktywnych sportowców, żeby społeczeństwo wiedziało, że jesteśmy, jacy naprawdę jesteśmy. Moim zdaniem, by poprawić sytuację finansową czy ogólną, trzeba zrobić badania, na jakie dyscypliny jest największe zapotrzebowanie. Ważne by, obok sportu wyczynowego, propagować w środowisku osób z niepełnosprawnością sport jako doskonały sposób rekreacji czy rehabilitacji. W wielu miastach nie ma oferty dla niepełnosprawnych. Przydałyby się dostosowane, niezbyt drogie baseny czy inne obiekty sportowe, godzina zajęć na hali kosztuje 80 zł. A przecież trenować trzeba kilka razy w tygodniu po kilka godzin. Były przypadki, że osoby niepełnosprawne były wypraszane z siłowni.

Bartosz Bierowiec: Żeby uprawiać sport dla siebie, tak naprawdę trzeba tylko dobrych chęci. Jeśli mówimy o sporcie profesjonalnym, to trzeba powiedzieć, że podstawowym problemem sportowców z niepełnosprawnością jest niska nośność medialna. Sport z niepełnosprawnością w tle nie różni się zaangażowaniem, koniecznością trenowania. Trzeba przejść standardowe badania lekarskie, testy, być pod opieką jeszcze większej ilości lekarzy niż pełnosprawni sportowcy. Potrzebne są pieniądze na specjalistyczny sprzęt, często bardzo drogi. Profesjonalne uprawianie sportu wymaga takiegoż samego zaplecza. By znaleźć na to wszystko środki, musi być oddźwięk medialny. Wystarczy przypomnieć, jak wyglądały relacje z paraolimpiad. Żeby znaleźć pełne informacje, trzeba było głęboko szukać.

Na igrzyskach w Rio startowali nasi sportowcy. Telewizja pokazywała konkurencje paraolimpijskie, w których Polacy nie brali udziału. Nie powinno być tak, że słyszy się tylko o Lewandowskim czy innych gwiazdach. Sportowcy z niepełnosprawnością wkładają często dużo większe zaangażowanie w trening, starty, muszą pokonać więcej trudności, ale nic z tego nie mają. A muszą przecież walczyć o tzw. Lodówkę. Jak każdy mają codzienne finansowe problemy. Mój przykład jest znamienny. Mam rodzinę, dwoje dzieci, każdego dnia staję przed wyborem. Ile pieniędzy mogę wydać na trening, czy sprzęt, a z drugiej strony muszę mieć pieniądze na ubrania dla dzieci, opłaty itd. Niestety w wielu przypadkach ludzie odpowiedzialni za to, by sportowcom niepełnosprawnym stworzyć warunki, w praktyce tego nie robią. Według mnie sport niewidomych i słabowidzących, zarówno w swej funkcji rehabilitacyjnej, jak i w wymiarze wyczynowym jest równie ważny. Nie można tego rozdzielać. Proszę wyobrazić sobie Rafała Wilka. Jest on jednym z najwybitniejszych sportowców niepełnosprawnych. Nie mówię tu tylko o słabowidzących i niewidomych, ale w ogóle. Miał poważny wypadek na żużlu. Złamanie kręgosłupa. Stracił władzę w nogach. Nie wiadomo czy bez sportu by się pozbierał. To, że wcześniej był czynny pozwoliło mu się podnieść. Wbrew pozorom biegi narciarskie są dla osób z dysfunkcją wzroku jedną ze stosunkowo bezpiecznych dyscyplin sportowych. Należy tu zaznaczyć, że ryzyko w kalkulowane jest w każdą dziedzinę sportową. Chciałbym, by za pięknymi słowami szły czyny. Mam nadzieję, że przyjdą czasy, w których wszyscy nasi sportowcy będą mieli spokojne głowy. Nie będą musieli z trudem walczyć o możliwości reprezentowania kraju. Marzeniem wielu z nich jest, by nie trzeba było walczyć o finanse, by wysokie miejsca były gratyfikowane.

Bartosz Bierowiec ma swoje zaplecze, sztab ludzi, ale działają oni bezinteresownie, na zasadzie wolontariatu. Czy tak powinno być? Czy ich marzenia to utopie?

 

Zdzisław Kabziński radzi

Na koniec garść porad. Może się przydadzą. Na pewno, ćwicząc, będziemy zdrowsi. Już przecież Jan Kochanowski powiedział: „Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz.”

WS: W większych miastach są kluby niewidomych sportowców. Oferta jest bardzo szeroka: lekkoatletyka, pływanie, blind football - piłka nożna dla niewidomych, showdown – gra podobna do tenisa, kolarstwo tandemowe, goalball – piłka toczona, kręgle klasyczne, bowling - pochodna kręgli, taniec sportowy czy towarzyski, szachy, warcaby, brydż, itd. Każdy, jeśli tylko ma chęci, może znaleźć coś dla siebie. Co poradziłbyś ludziom, którzy mają opory, by wyjść z domu, albo mają problemy z dotarciem, bo mieszkają na wsiach lub w małych miasteczkach?

Z: Zacznę od tego, że medale są ważne, ale nie najważniejsze. Bardziej cieszyłbym się, gdyby w Polsce wszyscy, którzy mają chęci mogli uprawiać sport. Na stu sportowców wyczynowych medal zdobędzie kilku, a dziesięć tysięcy sprawnych, pełnych pogody i chęci do życia ludzi to prawdziwy kapitał. Rywalizacja jest ważna, sport wyczynowy też, ale zdrowy styl życia ważny jest ponad wszelką miarę. Jak mówiłem wcześniej, lepiej zapobiegać niż leczyć. Zresztą te sprawy są nieporównywalne. A trenować można w domu w różny sposób. Chociaż myślę, że wyjście do ludzi jest naprawdę bardzo potrzebne. Jeśli ktoś ma możliwości, może zakupić sprzęt. Są to różnego rodzaju bieżnie, rowery stacjonarne, orbitreki. Mamy bieżnie rolkowe i elektroniczne. Możemy regulować tempo, nachylenie – czyli podbieg większy lub mniejszy, można też ustawić rodzaje treningu: trening interwałowy – z przyspieszeniem, trening górski z podchodzeniem, może być też spacer. W zależności, co chcemy osiągnąć, treningi można przeplatać. Na jednej bieżni mamy do dyspozycji całą gamę programów treningowych.

Rowery stacjonarne: jeździmy stojąc lub siedząc, w każdym wypadku pracują inne partie mięśni. Jest także możliwość ustawienia jazdy pod górkę, można też zmieniać siłę oporu. Świetne do ćwiczeń w domu są także orbitreki. Jest to urządzenie do ćwiczeń, zwane również rowerem eliptycznym czy trenażerem. Łączą w sobie zalety bieżni, rowerka stacjonarnego i steppera. Orbitreki pozwalają naśladować ruchy właściwe dla wycieczek górskich, jazdy na rowerze oraz biegów narciarskich. A więc wszystkie te dyscypliny sportu są zamknięte w jednym urządzeniu. Do dyspozycji są też hantle, sztangi, podpórki do brzuszków i pompek. Można też użyć zwykłych butelek napełnionych wodą czy worków z piaskiem, świetny sposób to trenowanie z oporem własnego ciała.

Tym którzy chcieliby ćwiczyć sami, bez urządzeń polecam mini zestaw ćwiczeń. Na początku trzeba się rozgrzać. Może to być marsz w miejscu, z unoszeniem wysoko kolan. Następnie różnego rodzaju wymachy, odmachy nóg i ramion. Dawniej popularne były krążenia. Obecnie nie są zalecane, ponieważ dowiedziono, że są szkodliwe dla naszych stawów. Można też wykonać skłony, skipy – wysokie podnoszenie kolan, pięt, uderzanie piętami o pośladki. Następnie podskoki, wyskoki. Potem możemy przejść do przysiadów. Ważne by wykonywać je prawidłowo, wtedy nie są szkodliwe. Aby to w miarę zweryfikować podnosimy ręce do góry, by kręgosłup był neutralny, biodra wypchnięte do przodu, pośladki i mięśnie brzucha naprężone. Teraz powoli wykonujemy opuszczenie tułowia. Należy zgiąć powoli kolana do momentu, aż poczujemy, że już nie dajemy rady. Nic na siłę. Potem możemy wykonać pompki, brzuszki czy innego rodzaju ćwiczenia, które znamy. Życzę wszystkim powodzenia i zachęcam do uprawiania sportu. Sam niestrudzenie propaguję go w rodzinie i wszędzie, gdzie mogę.

Wiesława Stolarczyk

Call Recorder – sprzętowy rejestrator rozmów telefonicznych dla naszego iPhone'a

 

Telefony z Androidem przeważnie to mają, a jeśli nie mają, istnieje wiele sposobów, by je do tego zmusić. Teoretycznie w przypadku telefonu z nadgryzionym jabłkiem sposobów na nagrywanie rozmów telefonicznych też jest kilka, żaden jednak nie jest ani intuicyjny, ani wygodny i zmusza nas do polegania na dostępie do Internetu. A co, jeśli takiego dostępu nie mamy? Być może za jakiś czas Apple pozwoli na rejestrację rozmów telefonicznych z poziomu jakiejś aplikacji systemowej, póki jednak to nie nastąpi, musimy radzić sobie inaczej.

Wybawienie nadchodzi z Taiwanu

Jakiś czas temu jedna z tajwańskich firm postanowiła wyprodukować zewnętrzny rejestrator rozmów telefonicznych dla urządzeń firmy Apple. Produkt, oprócz swojej podstawowej funkcji, ma pozwalać również na kontrolowanie odtwarzania muzyki, a przy okazji ma pełnić rolę czytnika kart SD - tak na wszelki wypadek, gdyby w naszym telefonie zabrakło pamięci. Wszystko za jedyne 150 dolarów, łącznie z kosztami przesyłki. Zainteresowany opisem i skuszony obietnicą łatwego nagrywania rozmów telefonicznych, postanowiłem zakupić to urządzenie, w końcu to tylko jednorazowy wydatek, a z pewnością ułatwi mi pracę.

Przykra niespodzianka od firmy kurierskiej

Przesyłka została opłacona, paczka wyruszyła w drogę. Gdy znalazła się w Polsce, otrzymałem informację od świadczącej usługę kurierską firmy DHL SMS informujący o tym, że za chęć zakupu rejestratora do iPhone'a przyjdzie mi jeszcze dopłacić ponad 130 PLN. Początkowo myślałem, że to jakaś próba oszustwa, kontakt z infolinią rozwiał jednak wszelkie wątpliwości, podatek nie opłaci się sam, a ja mogę jedynie wybrać, czy płacę gotówką czy przelewem.

Wygląd urządzenia

Call Recorder przychodzi do nas w pudełeczku, które bardzo przypomina to, w jakie fabrycznie pakowane są słuchawki Apple. Pudełeczko zapakowane jest dość solidnie, musimy użyć dość dużej siły, aby uwolnić je z plastikowego blistra. Samo urządzenie to niewielkich rozmiarów kostka. Z jednej strony znajduje się gniazdo Lightning, z drugiej slot na kartę SD i gniazdo słuchawkowe, standardowy mały Jack. Na obudowie Recordera znajdują się także 4 przyciski, które dość trudno wcisnąć.

Pierwsze podłączenie

Aby wszystko zadziałało zgodnie z planem, należy Call Recorder podłączyć do wejścia Lightning naszego iPhone'a. W trakcie pierwszego przyłączenia zostaniemy zapytani, czy chcemy pobrać zewnętrzną aplikację do obsługi naszego akcesorium ze sklepu AppStore. Należy wyrazić na to zgodę, w przeciwnym razie zostaniemy jedynie z gustowną, plastikową kostką do podłączania słuchawek.

Wygląd Call Recordera

Czas najwyższy nieco uważniej przyjrzeć się urządzeniu, które posłuży nam do nagrywania rozmów. Jak zapewnia producent, można je wykorzystać na wiele sposobów, od czytnika kart SD począwszy, na pilocie do sterowania multimediami skończywszy. Jest to przy okazji ciekawe rozwiązanie dla użytkowników iPhone'a 7, który został pozbawiony gniazda słuchawkowego, Call Recorder takowe posiada. Jak wspomniałem, jest to niewielkich rozmiarów plastikowa kostka. Urządzenie zaprojektowane jest w ten sposób, że, przynajmniej w moim przypadku, nie przeszkadza mu dodatkowa obudowa ochronna iPhone'a. Nie jestem w stanie zagwarantować, że tak będzie w każdym przypadku, osobiście jestem zwolennikiem plecków, a posiadacze etui z klapką mogą już nie mieć tyle szczęścia. Call Recorder podłączamy do naszego iPhone'a za pomocą złącza Lightning. Nie ma znaczenia, w jaki sposób odwrócimy urządzenie, ale najlepiej, jeśli przyciski będą po tej samej stronie co wyświetlacz, ułatwi nam to z pewnością pracę. Przy założeniu, że iPhone trzymamy przyciskiem Home do siebie, a przystawka jest podłączona w zalecany przeze mnie sposób, idąc od prawej strony znajdziemy następujące przyciski:

  • Nagrywanie - wyczuwalnie oddzielony od reszty
  • Głośniej
  • Play / pauza.
  • Ciszej

To wszystkie przyciski, jakie składają się na wyposażenie Call Recordera i z wyjątkiem klawisza do nagrywania działają zawsze, gdy tylko urządzenie jest połączone z naszym iPhonem.

Jak działa Call Recorder?

Urządzenie to swego rodzaju zewnętrzna karta dźwiękowa, przypinana do naszego iPhone'a. Jest to jego największa wada, gdyż niestety, proces nagrywania wymaga od nas podłączenia słuchawek. Producent zaleca, aby były to oryginalne słuchawki dostarczone z iPhonem, a ja muszę się z nim w tej kwestii zgodzić. Testowałem Recorder na kilku innych zestawach słuchawkowych i zwyczajnie nie był w stanie ich rozpoznać, uniemożliwiając tym samym rejestrację rozmów.

Gdy mamy podłączony Recorder i słuchawki, operacja nagrywania jest bardzo prosta. Wystarczy uruchomić aplikację Call Recorder (w iOS 10 uruchamiała się sama, w iOS 11 nie chce tego robić), a następnie wcisnąć przycisk nagrywania. Kolejne wciśnięcie przycisku nagrywania powoduje wstrzymanie rejestracji, kolejne jej wznowienie. Nasz głos i głos rozmówcy rozdzielone są względem siebie na 2 różnych kanałach stereo, co jest bardzo dobrym posunięciem, ułatwia bowiem odseparowanie głosu rozmówcy celem nagrania go np. do wywiadu radiowego. Niestety, Call Recorder nagrywa również dźwięki naszego VoiceOvera, jeśli zatem zależy nam na materiale bez "efektów specjalnych" dobrze jest wyłączyć zawczasu mowę, a włączyć ją dopiero po nagraniu. Zauważyłem również, że Call Recorder na początku i końcu nagrania potrafi czasami dodawać bardzo uciążliwe trzaski, na całe szczęście nie robi tego w środku rozmowy, a przynajmniej jeszcze mi się tak nie zdarzyło.

Czy komuś polecam zakup Call Recordera?

Jeśli ma ku temu jakieś bardzo wyraźne powody, to tak. Urządzenie nie jest tanie, a konieczność zapłacenia podatku dodatkowo powiększa jego cenę. Bardzo dużym minusem jest konieczność posiadania bezprzewodowych słuchawek firmy Apple i to, że Recorder nie współpracuje z dowolnymi słuchawkami kompatybilnymi z iPhonem. Z moich testów wynika niestety, że słuchawki, które działają prawidłowo po podłączeniu bezpośrednio do telefonu, nie chcą współpracować z Recorderem, wyjątek stanowią wspomniane już słuchawki Apple. Co trzeba jednak przyznać, to Recorder istotnie nagrywa, jakość dźwięku jest na zadowalającym poziomie, choć okazjonalnie pojawiają się trzaski lub przydźwięki, prawdopodobnie wynikające z nienajlepszej jakości przetwornika, który został wykorzystany do budowy urządzenia. Plusem Recordera jest z pewnością to, że umożliwia nagrywanie dźwięku nie tylko z aplikacji telefon, ale z praktycznie rzecz biorąc dowolnej innej, zainstalowanej w naszym telefonie. Możemy nagrywać rozmowy przeprowadzane z użyciem FaceTime, WhatsApp, Vibera czy Skype'a. Jeśli komuś jest to potrzebne, z pewnością doceni możliwości Recordera, pozostałym czytelnikom proponuję jednak przeznaczyć te prawie 800 złotych na inne cele.

Michał Dziwisz

Uruchamiamy własny serwer NVDA - Aktualizacja

 

Dodatek do NVDA, pozwalający na pracę zdalną to w moim przekonaniu niezwykle użyteczne narzędzie. Dzięki niemu jestem w stanie wykonywać wiele czynności bez potrzeby fizycznej obecności przy serwisowanym komputerze, czyli dokładnie w ten sam sposób, w jaki robią to osoby widzące korzystając z programów takich jak Tight VNC czy TeamViewer. Elementem, którego od samego początku brakowało i nadal brakuje w oficjalnym pakiecie jest możliwość uruchomienia własnego, niezależnego od NVDA serwera, co obiecywali twórcy dodatku. Na szczęście ze względu na otwarty kod źródłowy prace nad serwerem zostały podjęte niezależnie od oficjalnego rozwiązania NVDA Remote i każdy chętny może uruchomić swoją własną instancję serwera NVDA Remote. Jako, że oprogramowanie serwera do poprawnego działania wymaga przeprowadzenia kilku dodatkowych operacji, w niniejszym tekście postaram się opisać tę procedurę krok po kroku wierząc, że będzie ona dla kogoś przydatna. W tym miejscu mała uwaga: Opisywać będę tylko i wyłącznie proces instalacji serwera w środowisku Windows, gdyż wierzę, że osoby zaprzyjaźnione z systemami GNU Linux poradzą sobie z tym bez większych problemów.

Potrzebne komponenty

Zaczynamy od pobrania serwera:

https://codeload.github.com/jmdaweb/NVDARemoteServer/zip/master

Korzystając z tego odnośnika pobierzemy zawsze aktualną paczkę z najnowszą wersją serwera, więc warto zapisać sobie gdzieś to łącze i od czasu do czasu aktualizować.

Serwer napisany jest w języku python, dlatego należy pobrać także interpreter tego języka.

https://www.python.org/ftp/python/2.7.13/python-2.7.13.msi

W trakcie instalacji warto zaznaczyć opcję „Add python.exe to path”, w tym celu w kroku wyboru komponentów instalacyjnych stajemy strzałką kursora na tej pozycji, wciskamy spację i wybieramy "entire feature will be installed on local harddrive”.

Dodatkowo, należy jeszcze zainstalować Microsoft Visual C++ Compiler for Python 2.7, który jest dostępny pod adresem:

https://www.microsoft.com/en-us/download/confirmation.aspx?id=44266

Gdy już zainstalowaliśmy wszystkie zewnętrzne komponenty, pozostaje nam jeszcze doinstalować 2 moduły Pythona, mianowicie py2exe i pywin32. W tym celu otwieramy konsolę cmd i wpisujemy następujące polecenia, zatwierdzając każde klawiszem enter.

cd c:\python27

pip install py2exe

pip install pypiwin32

Za pomocą pierwszej komendy przechodzi się do katalogu instalacyjnego Pythona, a dwie pozostałe wywołują menedżera pakietów Pip i instalują odpowiednie komponenty.

Teraz wystarczy już tylko wpisać

python c:\NVDARemoteServer-master\setup_windows.py py2exe zakładając, że katalog z komponentami serwera umieściliśmy w lokalizacji c:\NVDARemoteServer-master, całość wygenerowanych plików będzie się znajdować w podkatalogu dist.

Generujemy własny certyfikat

Ważną ze względów bezpieczeństwa czynnością, jest wygenerowanie własnego certyfikatu dla naszego serwera. W tym celu uruchamiamy plik NVDARemoteCertificate.cmd z podkatalogu dist, a następnie postępujemy zgodnie ze wskazówkami kreatora, czyli po prostu wypełniamy odpowiednie pola naszego certyfikatu.

Zarządzanie serwerem

Do kontroli naszego serwera posłuży plik service_manager.cmd, dzięki któremu możemy nasz serwer uruchomić, zatrzymać, zainstalować go jako usługę systemową, usunąć usługę, zatrzymać bądź wznowić jej działanie. Możemy także zadecydować o logowaniu zdarzeń.

Pamiętajmy o porcie

W sytuacji, gdy nasz komputer nie jest podłączony bezpośrednio do Internetu a korzystamy z pośrednictwa routera, należy pamiętać o przekierowaniu portu 6837, w przeciwnym wypadku do naszego serwera będą miały dostęp tylko i wyłącznie komputery z sieci lokalnej. Z drugiej strony, jeśli nie chcemy z nikim dzielić się naszym serwerem, należy zablokować ten port, bowiem wystawiając serwer do Internetu nie mamy w zasadzie żadnej kontroli nad tym, kto ma prawo z niego korzystać. W każdym razie nie pozwala na to oprogramowanie samego serwera.

Michał Dziwisz

Grzech zaniechania, czyli jak nie kupić linijki brajlowskiej

 

Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz?

To jakże stare pytanie przychodzi mi na myśl, gdy piszę o róż nich rozwiązaniach ułatwiających życie osobom z dysfunkcją wzroku, choć do napisania poniższego skłoniły mnie właściwie dwie rzeczy. Po pierwsze od niedawna jestem szczęśliwym posiadaczem monitora brajlowskiego BrailleEdge, a po drugie odbyłem z moim redakcyjnym kolegą bardzo interesującą rozmowę o starych notatnikach brajlowskich.

Od czego zacząć?

Może od projektowania uniwersalnego. Na różnych konferencjach poświęconych dostępności wiele mówi się o projektowaniu uniwersalnym. Wszyscy mają dbać o dostępność wszystkiego dla wszystkich i będzie pięknie. Ale, jak mówiło się w starym dowcipie, jak wszyscy to wszyscy… twórcy rozwiązań dla niewidomych też. I tu zaczyna się problem.

Urządzenia specjalistyczne są drogie i tak być musi bo… listę argumentów znamy i nie będziemy jej tutaj powtarzać. Ale: czy aby na pewno niespecjalistyczne komponenty tych urządzeń muszą być technologicznie zapóźnione albo zwyczajnie zrobione po najmniejszej linii oporu?

Chcecie przykładów?

Oto one. Notatnik ElBraille pracuje pod kontrolą systemu Windows, ale pamięci RAM jest w nim tak mało, że korzystanie z urządzenia jest co najmniej niekomfortowe; BrailleNoteTouch ma wprawdzie system Android na pokładzie, ale zastosowana wersja jest obecnie mocno przestarzała, a integracja oprogramowania z systemem może w najlepszym razie być uznana za powierzchowną. BrailleSense Polaris jest wprawdzie urządzeniem o dobrej specyfikacji hardwarowej, ale system ma już przestarzały, a recenzje oprogramowania nie zachęcają do zakupu.

Może więc monitory brajlowskie spisują się lepiej?

Przez kilka miesięcy zastanawiałem się, co kupić. Do wyboru mamy dwie opcje: monitor, który jest czystym terminalem brajlowskim lub monitor z dodatkowymi funkcjami.

Każde z tych rozwiązań ma swoich zwolenników i przeciwników.

Zwolennicy czystego terminala powiedzą, że lepiej mieć urządzenie brajlowskie, które obsłuży wiele urządzeń i będzie dobrze ze wszystkimi współpracowało, niż takie, które będzie mieć na pokładzie jakieś aplikacje, ale kosztem wyższej ceny i gorszej współpracy z czytnikami ekranu. Zwolennicy drugiego rozwiązania stwierdzą, że możliwość np. czytania ebooków bez konieczności uruchamiania do tego telefonu czy komputera znacząco poprawia wygodę korzystania z linijki brajlowskiej. Obie grupy w tym sporze zdają się mieć słuszność, ale jak to się ma do projektowania uniwersalnego? Przecież nikt poza niewidomym nie będzie chciał korzystać z możliwości czytania brajla czy pisania brajlem. Okazuje się, że związek jest i to dość istotny. O ile w przypadku czystych terminali brajlowskich można mówić, że problem jest bardzo ograniczony do niewidomego podwórka, bo przecież brak dobrej obsługi linijek brajlowskich przez czytniki ekranu, czy to spowodowany brakiem dobrych sterowników sprzętowych, czy też brakiem dobrych rozwiązań po stronie czytnika ekranu, dotyczy tylko niewidomych użytkowników tych urządzeń, o tyle w przypadku urządzeń, które mają spełniać jakiekolwiek dodatkowe funkcje można już mówić o ewidentnym grzechu zaniechania.

Wybierając urządzenie brajlowskie, rozważałem zakup linijki firmy Baum lub Hims. Recenzje nie zachęcały do zakupu żadnego z powyższych produktów. Każdemu z nich brakowało czegoś istotnego. Czemu więc nie OrbitReader? Przynajmniej jest tani. Tani, ale na razie w Polsce niedostępny, choć nawet jeśli byłby do kupienia u polskiego dystrybutora, trzeba by powiedzieć, że nie podoba mi się z tego samego powodu, co urządzenia firm wymienionych powyżej.

Podstawowym powodem posiadania monitora brajlowskiego jest możliwość czytania treści tekstowych za pomocą palców, czytania ich w formie brajlowskiej. Wszystkie linijki brajlowskie pokazują całkiem nieźle znaki brajla. BrailleEdge ma nawet możliwość wyboru z pewnej liczby tablic brajlowskich, co pozwala na czytanie dokumentów zapisanych na karcie pamięci urządzenia nawet wtedy, gdy napisano je różnymi alfabetami. Ale tu kończy się wszystko, co dobre. Żaden z monitorów brajlowskich, wyposażonych w funkcję czytnika dokumentów, nie posiada na pokładzie czytnika z prawdziwego zdarzenia. Ciekawe, że urządzenie kosztujące kilkanaście tysięcy złotych nie może być zaprojektowane tak, by znalazło się w nim miejsce na aplikacje, które osoba widząca kupi sobie za kilkaset złotych.

Można chyba mówić, że takie projektowanie urządzeń brajlowskich ma wręcz cechy wykluczające. Oczywiście, że pliki w formatach EPUB, MOBI czy PDF przeczytamy na współpracujących z monitorem brajlowskim smartphone’ach, tabletach czy komputerach, ale czy naprawdę konieczne jest, żebyśmy z powodu ślepoty mieli gorzej niż nasi widzący współpracownicy, koledzy, członkowie rodzin? Oni do czytania uruchamiają jedno urządzenie elektroniczne. Czy urządzenie w cenie używanego samochodu musi być w tak oczywisty sposób niedorobione? Odpowiedzcie sobie sami.

Damian Przybyła

 

Idole 2017 rozdane

 

Jak co roku tak i tym razem, choć Reha for the Blind in Poland odbyła się wcześniej niż zwykle, czekaliśmy na rozdanie nagród i wyróżnień Idol.

Tegoroczna Reha w odróżnieniu od poprzednich edycji, była wydarzeniem trzydniowym, a nagrody Idol wręczano w oprawie bardziej uroczystej niż zwykle. Wręczenie nagród było bowiem jednym z elementów wielkiej gali zorganizowanej pierwszego dnia imprezy na warszawskim Torwarze. Nowością tegorocznej edycji było ponadto przyznanie nagród w nowej kategorii, tzw. Idoli Specjalnych. Czy kategoria ta wejdzie na stałe do listy kategorii, w których przyznawane są Idole, czy też może pojawiła się ona jednorazowo jako swego rodzaju jubileuszowa wisienka na torcie? zobaczymy w przyszłości.

A oto tegoroczna lista nagrodzonych:

1)     Edukacja:

  • I miejsce: dr Kamila Miler-Zdanowska. Nagrodę przyznano za wybitne osiągnięcia w dziedzinie tyflopedagogiki, oraz działalność na rzecz osób z dysfunkcją wzroku.
  • II miejsce: Biuro ds. Osób Niepełnosprawnych Uniwersytetu Szczecińskiego,
  • III miejsce (równorzędnie): ociemniały, pracujący w jednym z liceów w Lublinie, nauczyciel Maciej Białek oraz doradca zawodowy z Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Owińskach, Łukasz Mroziński. Pan Maciej Białek, mimo utraty wzroku w. Okresie aktywności zawodowej, kontynuuje pracę nauczyciela w jednym z lubelskich liceów, a jako bardzo dobry nauczyciel jest ceniony tak przez uczniów jak i współpracowników.

2)     Firma/instytucja:

  • I miejsce: Niewidzialna wystawa,
  • II miejsce: Muzeum Pana Tadeusza we Wrocławiu,
  • III miejsce: Wojewódzki Ośrodek Sportu i Rekreacji Im Majewskiego w Drzonkowie; Muzeum Drugiej Wojny Światowej w Gdańsku.

3)     Idol Środowiska:

  • I miejsce: za przekraczającą granice środowiska osób z dysfunkcją wzroku działalność na rzecz osób z niepełnosprawnościami - Tomasz Koźmiński (Pozwalając sobie na odrobinę prywaty w tym miejscu serdecznie gratulujemy nagrody wieloletniemu współpracownikowi naszej redakcji!),
  • II miejsce: Dariusz Linde,
  • III miejsce: Wojciech Makowski; Przemysław Bielecki.

4)     Media:

  • I miejsce: za zaangażowanie w popularyzację sportu osób niepełnosprawnych oraz działalność na rzecz przybliżania wydarzeń sportowych osobom z dysfunkcją wzroku - Dariusz Szpakowski,
  • II miejsce: Krzysztof Skowroński,
  • III miejsce: Teatr Telewizji.

5)     Urząd:

  • I miejsce: Tomasz Pactwa – Dyrektor Biura Pomocy i projektów społecznych w Warszawie. Laureat podejmuje wiele działań na rzecz uczynienia Warszawy miastem przyjaznym dla osób z niepełnosprawnościami,
  • II miejsce: Urząd Miasta Gdyni,
  • III miejsce: Regionalny Ośrodek Polityki Społecznej w Kielcach.

6)     Wystawca Roku:

  • I miejsce: Miasto Stołeczne Warszawa,
  • Wyróżnienia: Centrum Nauki Kopernik, Fundacji Szansa dla Niewidomych.

7)     Produkt roku

  • I miejsce: aplikacja YourWay,
  • Wyróżnienia: Altix za urządzenie TouchIt; Inside Vision - InsideOne – tablet ze zintegrowanym monitorem brajlowskiMyEye – firmy Orcam.
  • Wyróżnienia dla produktów dla osób słabowidzących: Compact 6HD – firmy Optelec oraz EasyReader – aplikacja firmy Dolphin dostępna obecnie w wersji dla systemów iOS, oraz dla systemu Android.

 

Jak już wspominaliśmy powyżej, w tegorocznej edycji nagrody Idol pojawiła się dodatkowa kategoria - Idole Specjalne. Nagrody w tej kategorii otrzymały osoby, które zdaniem jury całą swą działalnością zasłużyły się w sposób szczególny sprawie niewidomych. W tej kategorii wyróżniono: Stanisława Kotowskiego, Donatę Kończyk, Artura Pozorka, Pawła Kacprzyka, Martę Zielińską i Krzysztofa Zanussiego.

 

AdBlock, czyli pozbywamy się reklam

 

Temat, który pragnę poruszyć w niniejszym artykule może z różnych przyczyn wydawać się dość kontrowersyjny. Jednak z drugiej strony, zagadnienie pozbywania się reklam jest na tyle powszechne, że każdy wszelkiego rodzaju aspekty etyczne powinien rozważyć samodzielnie. W niniejszym tekście postaram się omówić kilka narzędzi, dzięki którym pozbędziemy się większości reklam ze stron internetowych, oczyszczając je i ułatwiając, a w niektórych przypadkach wręcz umożliwiając osobom niewidomym nawigację po nich. Blokery reklam są dodatkami do przeglądarek internetowych, znajdziemy je także w urządzeniach mobilnych, a ostatnimi czasy natywne rozwiązania do pozbywania się reklam zaczęli wprowadzać najwięksi, m.in. Google w swojej przeglądarce Chrome. Wierzę, że po lekturze poniższego tekstu każdy czytelnik zostanie uzbrojony  w wiedzę, dzięki której będzie w stanie świadomie walczyć z zalewającym nas potokiem reklam.

Zanim zablokujesz reklamy, dobrze się zastanów

Zanim zacznę opisywać narzędzia umożliwiające blokowanie reklam, napiszę w kilku słowach, dlaczego należy rozważyć, czy takie postępowanie jest uczciwe.

Po pierwsze, reklamy są źródłem finansowania serwisów internetowych. Koszty opłacenia serwera internetowego, programisty strony, autora tekstów i treści muszą zostać z czegoś pokryte. Zwykle są to właśnie reklamy, pozwalające na cieszenie się internetowymi treściami za darmo. Alternatywą jest wprowadzenie tzw. Pay Wall’s, czyli mechanizmów, dzięki którym skorzystanie z usług danego serwisu możliwe będzie tylko i wyłącznie po uiszczeniu opłaty. Zwykle nie są to wygórowane kwoty, ale przecież korzystamy z wielu stron, jeśli za każdą odwiedzaną witrynę mieli byśmy płacić choćby złotówkę, na koniec miesiąca wyszedłby nam z tego całkiem pokaźny rachunek. Zdarzyć się może również, że autor strony jest sprytny i wykryje fakt stosowania przez nas mechanizmu blokującego. W takiej sytuacji nie będziemy mieli wyjścia, koniecznym będzie odblokowanie wyświetlania reklam, przynajmniej na stronie takiego spryciarza.

Dlaczego warto blokować reklamy?

Skoro pobawiłem się już w „adwokata diabła”, wymienię kilka powodów, dla których ja używam różnego rodzaju blokerów reklam, kiedy tylko mogę.

Po pierwsze - szybkość. Strony internetowe, na których zablokujemy reklamy, wyświetlają się znacznie szybciej. Reklamy przeważnie ładowane są z serwerów zewnętrznych, tak więc nasza przeglądarka musi wczytać więcej kodu z różnych miejsc w sieci, a w takiej sytuacji, łączny czas, jakiego potrzebować będziemy na załadowanie danej strony internetowej, równy będzie czasowi, jaki zajmie załadowanie najwolniejszego ogniwa, którym z dużym prawdopodobieństwem będzie jakiś przeciążony serwer reklamowy.

Po drugie - czytelność. Reklamy utrudniają korzystanie ze stron internetowych zarówno widzącym, jak i niewidomym. Korzystając z czytnika ekranu, musimy nierzadko zapoznać się z treścią całej strony internetowej, nauczyć się jej wyglądu. Gdy w treści nagle pojawia się nieoczekiwany element w postaci reklamy, może być to bardzo uciążliwe i dezorientujące.

Po trzecie - prywatność. Wiele mówi się o tzw. profilowaniu użytkowników, a reklamy to elementy, które przyczyniają się do tego najbardziej. Nic w tym dziwnego, w końcu reklamodawcom zależy, by wiedzieć, do jakich użytkowników dotarła ich oferta. Jeśli zależy nam na większej anonimowości lub nie chcemy się dzielić z nieznanymi instytucjami informacjami o swoich preferencjach czy sieciowych przyzwyczajeniach, blokowanie reklam również będzie w tym pomocne.

Czym blokować?

Sposobów na blokowanie reklam jest wiele. Najłatwiejszym z perspektywy użytkownika jest odpowiedni dodatek do przeglądarki. Najpopularniejszym rozwiązaniem tego typu jest AdBlock Plus. Na stronie dodatku znajdziemy jego wersje dla najpopularniejszych przeglądarek (Mozilla Firefox, Google Chrome, Safari w systemie Mac OS, Internet Explorer, Microsoft Edge) znajdziemy również jego edycję dla systemu Android. Instalacja dodatku nie różni się niczym od instalacji podobnych rozszerzeń w używanej przez nas przeglądarce. To, co różni AdBlocka w zależności od używanej przeglądarki, to sposób dostępu do jego opcji konfiguracyjnych. Z moich doświadczeń najwygodniej jest korzystać z tego rozszerzenia w przeglądarce Mozilla Firefox, gdyż dodatek lokuje swoje opcje w menu Narzędzia. Aby właściwie korzystać z AdBlocka należy najpierw zrozumieć, jak właściwie działa taki dodatek. To nie jakaś czarna magia, czy zaawansowana, sztuczna inteligencja napędza mechanizmy blokujące reklamy. To raczej po prostu odwieczna walka między firmami reklamowymi a zirytowanymi internautami i mrówcza praca tych ostatnich. AdBlock działa w oparciu o reguły tworzone przez użytkowników sieci. Dzięki specjalnym listom, aktualizowanym na bieżąco, dodatek wie, jakie komputery serwują reklamy i od jakich trzymać naszą przeglądarkę z daleka. Sami możemy oczywiście tworzyć własne filtry. Najłatwiejszym na to sposobem jest ustawienie się na stronie z reklamami i użycie kombinacji Ctrl+Shift+i, co spowoduje wyświetlenie wszystkich blokowalnych elementów na tej stronie, każdy z nich możemy zablokować przy pomocy opcji znajdujących się w menu kontekstowym.

Jeśli chodzi o listy, to najistotniejsza z naszego punktu widzenia jest Polska Lista Filtrów Reklam do AdBlock Plus. Dodanie filtrów do naszego AdBlocka nie stanowi większego problemu, wystarczy wejść na stronę listy, a następnie uaktywnić odnośnik Subskrypcja polskiej listy “AdBlockList.org”. Polskie serwery to nie jedyne, blokowaniem których powinniśmy się zainteresować. Na szczęście wszystkie najważniejsze listy dostępne są w tym samym miejscu, co Polska, tak więc z dodaniem ich do AdBlocka nie będzie problemu.

Gdy coś nie działa, a strona informuje nas o tym, że blokując reklamy nie będziemy w stanie korzystać z jej zawartości, nie pozostaje nam nic innego, jak tylko pogodzić się z losem i odblokować przynajmniej część reklam. Wszystko uczynimy z menu AdBlocka dostępnego z menu Narzędzia przeglądarki. Ze swojej strony radzę, by odblokowywać jak najmniej ile się tylko da, zaczynając zawsze od domeny strony, którą odwiedzamy. Nie warto już na starcie przepuszczać adresów serwerów reklamowych, bowiem na serwowane z nich treści będziemy narażeni na każdej stronie internetowej, pod którą są podpięte.

Blokowanie reklam w systemie iOS

W przypadku mobilnego systemu Apple rozwiązań mamy kilka. Po pierwsze, istnieje wiele rozszerzeń blokujących do przeglądarki Safari. Po drugie, istnieje kilka przeglądarek z wbudowanymi mechanizmami blokującymi reklamy. Osobiście korzystam z trzeciego, moim zdaniem najbardziej kompleksowego rozwiązania, mianowicie płatnej aplikacji Ad Block, autorstwa polskiej firmy FutureMind. Program ten od swojej najnowszej wersji działa w dwóch trybach. Po pierwsze jako rozszerzenie do przeglądarki Safari. Po drugie jako lokalny serwer DNS. Filtrowanie reklam w tym trybie odbywa się już na etapie rozwiązywania adresów sieciowych, tak więc zaoszczędzamy zarówno czas, jak i nadal cenny w przypadku urządzeń mobilnych transfer.

Niestety, od wersji systemu operacyjnego iOS 11 AdBlock okazjonalnie samoistnie się wyłącza. Aby sprawdzić, czy jesteśmy chronieni przed reklamami, należy upewnić się, czy na pasku statusu aktywne jest połączenie VPN. Jeśli takiego komunikatu nie ma, należy AdBlocka wyłączyć i ponownie włączyć, taka operacja zapewnia nam spokojną pracę na kilka dni. Dodatkowo, ze względu na to, że najnowszy AdBlock działa jako serwer DNS możemy dowolnie zmieniać na naszym iPhone ruch sieciowy, decydować pod jakie adresy trafią jakie zapytania, słowem również nieźle namieszać. Dla ciekawskich AdBlock umożliwia również logowanie wszelkich zapytań DNS, istnieje więc w końcu prosty sposób na sprawdzenie, z jakimi komputerami komunikuje się nasz telefon. Osobiście przejrzałem taki dziennik i muszę przyznać, że ruch generowany przez iPhone jest całkiem spory, szczególnie ten, który jest nawiązywany z serwerami Apple.

Na zakończenie

Narzędzia blokujące reklamy ułatwiają życie, czynią strony internetowe bardziej dostępnymi i ogólnie sprawiają, że świat jest prostszy. Pamiętajmy jednak o tym, że za tę prostotę przyjdzie nam kiedyś zapłacić i to dosłownie. Polska jest krajem, gdzie reklamy blokuje się na potęgę, a to z pewnością nie podoba się firmom, które na emisji reklam zarabiają. Z czasem dojść może po prostu do tego, że coraz mniej treści w Internecie otrzymamy za darmo, za większość wartościowego contentu już teraz przecież musimy płacić, bo przychody z reklam nie pokryją wszystkich kosztów. Z drugiej strony, nikt nie miałby nic przeciw mało uciążliwym reklamom, ale takich jest i będzie coraz mniej. Nie pozostaje zatem nic innego, jak wykorzystywać dostępne środki umożliwiające ułatwienie sobie życia, a jeśli jakiś serwis wyjątkowo przypadnie nam do gustu, warto odblokować przy jego domenie emisję reklam.

Nadchodzi czas cyborgów?

 

Portal CoolBlindTech opublikował właśnie interesujący materiał na temat gadżetu, który z pewnością zainteresuje osoby słabowidzące. Bioniczna soczewka pomoże w leczeniu chorób takich jak zaćma, ale być może i całkiem zdrowi zechcą sobie ją wszczepić ze względu na dodatkowe funkcje. Soczewka sprawi, że noszenie okularów przestanie być w ogóle potrzebne, ponieważ jej posiadacz zobaczy wszystko w najlepszy możliwy sposób niezależnie od odległości. Ponadto będzie można zobaczyć w niej obraz ze swojego smartphone bez konieczności patrzenia na ekran, a dwaj użytkownicy soczewek podzielą się łatwo obrazami. To tylko najprostsze przychodzące do głowy możliwości nowego rozwiązania, nad którym pracują inżynierowie z Ocumetics Technology Corporation. Wszczepienie soczewki będzie możliwe z wykorzystaniem standardowej procedury, takiej jak przy wszczepianiu soczewek w leczeniu zaćmy. Soczewka nie rozwiąże wszystkich problemów okulistycznych. W przypadku np. zniszczonego nerwu wzrokowego wszczepienie jej będzie niecelowe. Ocenia się, że koszt gadżetu w momencie premiery rynkowej wyniesie około 3 tysiące dolarów.

Źródło: https://coolblindtech.com/bionic-lens-improves-eyesight-beyond-normal-vi...

 

Projekt współfinansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych oraz Gminy Miejskiej Kraków