Dodatek quicknav, czyli nawigacja w stylu Apple dla czytnika NVDA

 

Dodatki dla darmowego czytnika ekranu NVDA, trzeba przyznać, powstają jak grzyby po deszczu. Jedne są udane, inne mniej, jedne przynoszą nam rewolucyjne funkcje, inne po prostu ułatwiają życie. Opisywany tu dodatek dla jednych będzie zbyteczny, innym jednak zdecydowanie może uprzyjemnić przeglądanie stron internetowych. Mam tu na myśli wtyczkę quicknav, która pozwala na nawigację po stronach internetowych z użyciem tylko i wyłącznie strzałek kursora, klawisza CTRL oraz znaku -.

Jak to działa?

Po aktywacji dodatku (za pomocą kombinacji CTRL+-) możemy:

1)     Za pomocą kombinacji CTRL+strzałki w lewo/prawo przemieszczać się po wyborze elementów nawigacyjnych:

  • Headings – nagłówki,
  • Links – linki,
  • FormFields – pola formularza,
  • Block Quotes – cytaty,
  • Edit Fields – pola edycji,
  • Radio buttons – przyciski opcji,
  • Tables – tabele,
  • Unvisited links – nieodwiedzone linki,
  • List items – elementy listy,
  • Embedded objects – zagnieżdżone obiekty,
  • Annotations – adnotacje,
  • Separators – separatory,
  • Landmarks – punkty orientacyjne,
  • Graphics – grafiki,
  • Lists – listy,
  • Checkboxes – pola wyboru,
  • Combo Boxes – listy rozwijane,
  • Visited Links – odwiedzone linki,
  • Buttons – przyciski,
  • Text after link block – tekst za grupą linków,
  • Frames – ramki,
  • Words – słowa,
  • Characters – znaki.

Następnie strzałkami góra/dół przemieszczamy się po wybranym typie elementów, np. po nagłówkach, strzałkami lewo/prawo poruszamy się natomiast po liniach strony.

Komu to potrzebne?

Dodatek przyda się z pewnością tym, którzy swoją przygodę zaczynali od komputerów Apple, a teraz chcą lub muszą przenieść się na system Windows. Dostrzegam jeszcze jedną grupę osób, którym ten dodatek może być bardzo, ale to bardzo pomocny, mianowicie osoby posługujące się tylko jedną ręką. Dzięki temu, że klawisze nawigacyjne rozmieszczone są bardzo blisko siebie, jesteśmy w stanie sprawnie nawigować po zawartości całej strony internetowej, używając zaledwie pięciu palców, nic nas nie zmusza do odrywania ich i szukania litery h, by np. szybko przeskoczyć do następnego nagłówka, lub g, by przenieść się do kolejnej grafiki w odwiedzanym przez nas serwisie.

Jak zdobyć dodatek?

Obecnie wtyczka nie posiada swojego instalatora, jest to po prostu skrypt w języku Python, który musimy umieścić w odpowiednim miejscu.

W pierwszym kroku pobieramy paczkę z dodatkiem z serwisu GitHub. Kiedy już plik zostanie zapisany na naszym dysku, otwieramy go, naciskając Enter, wchodzimy do katalogu nvda-quicknav-master, a następnie kopiujemy plik quickNav.py do schowka za pomocą kombinacji ctrl+c. W kolejnym etapie naszej przygody, wywołujemy systemowe polecenie „Uruchom”. Najłatwiej to zrobić, korzystając z kombinacji klawiszy Windows+r. W okienku, które się otworzy, wprowadzamy następującą ścieżkę: „%appdata%\nvda\globalplugins” bez znaków „” i całość zatwierdzamy Enterem. Teraz wystarczy już tylko wkleić skopiowany wcześniej plik i uruchomić ponownie NVDA.

Mam nadzieję, że dodatek okaże się przydatny. To rozszerzenie traktujemy raczej jako ciekawostkę, wierzymy jednak, że dla kogoś może być ono użytecznym narzędziem.

 

Marian Trace 8

 

Sięgając pamięcią wstecz, jeszcze kilkanaście lat temu karty dźwiękowe były elementem wyposażenia naszego komputera, za który trzeba było osobno dopłacać. Każdy, decydując się na zakup takiego urządzenia musiał przede wszystkim przemyśleć, do czego będzie mu ono potrzebne. Inne wymagania ma przeciętny, domowy użytkownik, jeszcze inne realizator dźwięku, a zupełnie czego innego potrzebujemy kompletując wyposażenie radiowego stanowiska emisyjnego. W obecnych czasach, potrzeby typowych, domowych użytkowników zaspakajane są, można by rzec, z pudełka. Znaczna większość współcześnie sprzedawanych płyt głównych dla komputerów stacjonarnych posiada zintegrowane karty dźwiękowe, a prawdę mówiąc nie spotkałem się nigdy z laptopem, który byłby pozbawiony tego urządzenia. Zintegrowane karty mają za zadanie odtwarzać dźwięk oraz opcjonalnie go rejestrować i na tym właściwie kończy się ich rola. Zdecydowanie mniejszy nacisk położony jest na to, w jaki sposób ta czynność jest wykonywana, a tu można mieć już sporo zastrzeżeń, głównie z powodu szumów przetworników cyfrowo/analogowych obecnych w tego typu rozwiązaniach. Na całe szczęście także i w tym przypadku technika idzie do przodu, szumy są coraz mniej słyszalne, niemniej jednak nadal nie możemy mówić o profesjonalnym zastosowaniu tego typu rozwiązań. Nadal, jeśli chcemy na poważnie zająć się pracą z materiałem audio powinniśmy zainwestować w kartę, która będzie spełniała nasze oczekiwania.

Niemiecka precyzja

O firmie Marian – Digital Audio Electronics nawet i w środowisku profesjonalnych rozwiązań audio mówi się niewiele. Domeną tej firmy są karty dźwiękowe, które są w stanie zaspokoić potrzeby bardziej wymagających użytkowników, a tym, którzy potrzebują urządzenia, które po prostu wydobędzie dźwięk z naszego PC, paradoksalnie nie zdadzą się na wiele. Poszukując karty muzycznej dla siebie, zainteresowałem się produktami firmy Marian z jednego, prostego powodu. Mianowicie część tych urządzeń potrafi pracować jako kilka, zupełnie niezależnych od siebie kart muzycznych, charakteryzujących się identyczną jakością brzmienia, stosunkiem sygnału do szumu i innymi parametrami. Nie bez znaczenia była też opinia środowiska radiowców, w którym to Marian jest cenionym urządzeniem, charakteryzującym się znakomitym stosunkiem ceny do jakości i możliwości. Przy tej okazji wspomnę jeszcze, że rozważałem 2 modele o bliźniaczych możliwościach. Model Trace 8 oraz jego młodszą siostrę – kartę Seraph 8. Ta druga karta oferuje możliwość wyboru gniazd, jakie są użyte przy łączeniu urządzenia z resztą naszego studia, umieszczamy ją również w nowszym konstrukcyjnie gnieździe, tj. PCI Express. Koniec końców, zdecydowałem się jednak na sprawdzone rozwiązanie, czyli Trace 8, gdyż model ten idealnie wpasowywał się w resztę mojej obecnej instalacji studyjnej.

Zawartość opakowania

W pudełku, oprócz jak to zwykle bywa kilkunastu kartek papieru, będących dokumentacją karty, otrzymujemy samo urządzenie i 2 przewody, a właściwie, 2 pęki przewodów. Karta wygląda bardzo niepozornie. To po prostu metalowa płytka, którą musimy umieścić wewnątrz naszego komputera w odpowiednim gnieździe. Kolejnym krokiem jest umocowanie jednej lub obu wiązek przewodów na tylnej ściance karty, wzmacniając całość poprzez dokręcenie stosownych wkrętów. O przeznaczeniu wiązki kabli, składającej się z sześciu przewodów nie będę w stanie wiele powiedzieć. Nadmienię tylko, że docenią ją z pewnością muzycy, bowiem umożliwi ona podłączenie do Trace 8 stosownych urządzeń pracujących w standardzie MIDI. Druga wiązka, to już znacznie więcej, bo aż 16 przewodów! W tym miejscu, gorąco polecam, aby poprosić o pomoc osobę widzącą i w jakiś sensowny sposób pogrupować te przewody w mniejsze, logiczne dla nas wiązki. Każdy, pojedynczy przewód zakończony jest tzw. dużym Jackiem, i jest jednym z kanałów wyjściowych lub wejściowych. Oczywiście osoba widząca bardzo łatwo rozpozna, który przewód do czego służy, jest to bowiem precyzyjnie opisane na koszulkach umieszczonych na każdym z kabelków. Ja pogrupowałem każdą parę stereofoniczną, sklejając je niezbyt ciasno taśmą klejącą, dodatkowo pary wyjściowe oznaczyłem wypukłymi punktami, jednak to oczywiście tylko przykład, z pewnością każdy z czytelników ma swoją metodę na odnajdowanie się w kablowym chaosie.

Instalacja i potencjalne problemy

Instalacja karty zdaje się być wprost trywialna. Po umieszczeniu urządzenia w slocie na płycie głównej naszego komputera, wystarczy, że uruchomimy program instalacyjny z dysku CD dostarczonego razem z urządzeniem, lub pobierzemy najnowsze oprogramowanie ze strony producenta i będziemy postępować zgodnie ze wskazówkami instalatora. Tyle w teorii, w praktyce było nieco inaczej. Oprogramowanie zainstalowało się faktycznie bez problemów, natomiast po kilkudziesięciu minutach pracy komputera system ni z tego, ni z owego uraczył mnie standardowym, niebieskim ekranem. Jako, że sytuacja taka nie była odosobnionym przypadkiem, powiem więcej, była regułą, a Google w tym temacie nie pomagało w żaden sposób, postanowiłem skontaktować się z producentem karty. Wypełnienie formularza kontaktowego na stronie www.marian.dee nie jest wcale tak łatwą sprawą, jeśli chcemy uczynić to rzetelnie. Musimy podać mnóstwo danych, dotyczących naszego sprzętu, m.in. model płyty głównej, typ procesora, ilość zainstalowanej pamięci RAM i wiele, wiele więcej. Jak się jednak okazuje, producent ma powody, by domagać się tak szczegółowych informacji dotyczących naszej konfiguracji sprzętowej. W moim przypadku konieczne było wyłączenie w BIOSie komputera opcji dotyczącej tzw. SERR messaging, która jest charakterystyczna dla urządzeń produkowanych przez firmy HP oraz Dell. To był jedyny problem, jaki napotkałem w trakcie korzystania z karty Marian Trace 8. Po zastosowaniu się do wskazówek, jakich udzielił mi pracownik pomocy technicznej, skończyły się uporczywe restarty komputera, a urządzenie przestało sprawiać jakiekolwiek problemy.

Praca z Trace 8

Wspominałem o tym, że użytkownicy, chcący używać kart firmy Marian jako standardowo pojmowanych kart dźwiękowych, mogą czuć się rozczarowani możliwościami tego urządzenia. Faktycznie, nie posiada ono żadnych przedwzmacniaczy, nie podłączymy tu również w prosty sposób głośników, bo też i nie temu służy ta karta! Trace 8 znajdzie swoje zastosowanie w studiach nagraniowych czy też radiowych, jako urządzenie zarówno do rejestracji, jak i odtwarzania materiałów audio. Urządzenie pojawia się w systemie jako kilka kart dźwiękowych, co daje nam niesamowitą elastyczność. Zwykle, jeśli mieliśmy do czynienia z kartami wielokanałowymi, pełnię swoich możliwości odkrywały dopiero przy współpracy z aplikacjami, potrafiącymi działać w profesjonalnym standardzie audio, czyli ASIO. Trace 8 zadziała z każdym programem, pracującym w środowisku Windows. Nie jest tu ważne, czy będzie to popularny Winamp, czy jakiś zaawansowany edytor audio lub system emisyjny. Każdy z tych programów będzie w stanie wysłać dźwięk na dowolną instancję Trace 8, jak i zarejestrować za jej pomocą materiał audio. Niestety, sporo do życzenia pozostawia dostępność oprogramowania sterującego kartą, którego na szczęście, przynajmniej w swoim modelu pracy z Trace 8 nie jestem zmuszony używać. Oprogramowanie pozwala na całkiem sporo, możliwe jest np. tworzenie podmiksu z kilku wejść karty i wysyłanie go na dodatkową, wirtualną szynę, możliwe jest też zmienianie nominalnej częstotliwości próbkowania karty, czy też źródła zegara, co może być przydatne, jeśli pracujemy z wieloma kartami firmy Marian. Niestety, wszystkie te możliwości nie są dostępne w prosty sposób, wymagają klikania wirtualnym wskaźnikiem myszy i pamięciowego opanowania interfejsu karty. Z pewnością, jeśli komuś bardzo będzie zależało, będzie w stanie się tego wszystkiego nauczyć, ale nie jest to intuicyjne rozwiązanie. Na niewątpliwą uwagę zasługuje fakt, że oprogramowanie Trace 8 umożliwia zachowanie dowolnej konfiguracji do pliku, a następnie wczytanie jej w późniejszym czasie. Jeśli zatem zdarzy się tak, że będziemy musieli z pewnych przyczyn okresowo zmieniać ustawienia naszej karty, możemy przygotować sami lub z czyjąś pomocą odpowiednie scenariusze konfiguracyjne, a następnie swobodnie nimi żonglować, gdyż jest to funkcja w pełni dostępna.

Dla kogo jest ta karta?

Z pewnością nie dla wszystkich. Każdy, kto zapragnie wydać około 1550 zł, bo tyle właśnie obecnie kosztuje Trace 8, powinien się dokładnie zastanowić, w jakim celu chce dokonać tego zakupu. Karta ta sprawdzi się idealnie w sytuacji, kiedy do dyspozycji mamy cały studyjny osprzęt, a sercem naszego studia jest rozbudowany mikser. Jeśli Trace 8 ma być pierwszym, a przy okazji jedynym przejawem inwestycji w nasze studio, zdecydowanie polecam przeznaczyć te środki na sprzęt innego typu, choćby taki, który umożliwi nam podłączenie mikrofonu. Karta firmy Marian nie posiada wejść z przedwzmacniaczami, jest w stanie wysyłać i odbierać sygnały o poziomach liniowych, a zatem takich, które wymagać będą późniejszej obróbki. Tak jak wspomniałem wyżej, wszelkie mankamenty wynagradza jednak i to z nawiązką faktem, że w praktyce na jednej, niewielkiej płytce, otrzymujemy w rzeczywistości 4 karty dźwiękowe, z którymi w naszym systemie możemy zrobić absolutnie wszystko. Mimo, że Trace 8 nie jest już najmłodszą konstrukcją, producent nadal wydaje do niej aktualizacje sterowników i oprogramowania, dzięki czemu karta jest w stanie współpracować z najnowszymi wersjami systemów operacyjnych. Skoro o systemach mowa, dodam jeszcze, że z urządzenia korzystam w środowisku Windows, jednak użytkownicy komputerów Apple również mogą zainstalować Trace 8 w swoich maszynach. Najnowsze oprogramowanie, wg producenta jest kompatybilne z następującymi systemami Apple: 10.4 (Tiger), 10.5 (Leopard), 10.6 (Snow Leopard). Podsumowując, dla mnie karta okazała się doskonałym wyborem, czy jednak podobnie będzie w przypadku szanownych czytelników? Każdy musi odpowiedzieć sobie na to pytanie we własnym zakresie, bowiem urządzenie zdecydowanie nadszarpnie domowy budżet.

Na koniec kilka danych technicznych urządzenia:

  • Osiem symetrycznych wejść i wyjść analogowych, (opcjonalnie we i wy niesymetryczne) na zewnętrznych gniazdach TRS ¼".
  • Przetwarzanie A/C i C/A 24 bity/192 kHz.
  • Stosunek sygnał/szum na wejściu 108 dB(A), na wyjściu 113 dB.
  • Poziomy sygnału na wejściu i wyjściu do 15 dBu.
  • Programowe wzmocnienie/tłumienie sygnału na wejściu w zakresie +18/-62 dB, na wyjściu od 0 do -48 dB.
  • Trzy wyjścia MIDI, jedno wejście MIDI.
  • Mikser DSP z funkcją pełnej pamięci nastaw.
  • Poziom zniekształceń nieliniowych w torze wejściowym: 0.002%/-94 dB.
  • Poziom zniekształceń nieliniowych w torze wyjściowym: 0.001%/-100 dB.
  • Tłumienie przesłuchu międzykanałowego w torze wejściowym: >100 dB.
  • Tłumienie przesłuchu międzykanałowego w torze wyjściowym: >110 dB.
  • Impedancja wejściowa: 10 kOhm.
  • Impedancja wyjściowa: 75 Ohm.
  • Opcjonalnie wejście i wyjście Wordclock/Superclock, z programową regulacją impedancji we/wy do 75 Ohm i zabezpieczeniem przed przekroczeniem napięcia.
  • Możliwość łączenia kaskadowego z innymi urządzeniami z rodziny Trace.

Michał Dziwisz

Menedżer urządzeń Android

 

Utrata smartfona, czy to z powodu kradzieży, czy zwykłego zgubienia, to poważny problem. Tracimy bowiem nie tylko ważne dla nas narzędzie pracy, ale także przedmiot o istotnej wartości. Ponadto, co nie mniej ważne, narażamy nasze prywatne dane na dostęp ze strony osób trzecich. Przecież powszechną praktyką jest obecnie przechowywanie w naszych telefonach wszystkiego od kontaktów po hasła i dane niezbędne do skorzystania z bankowości internetowej. Nic więc dziwnego, że gdy nadzieje na odzyskanie sprzętu są nikłe, wpadamy w panikę, ponieważ ktoś, oprócz urządzenia, może także przejąć dostęp do naszej wirtualnej tożsamości. Jednym z oczywistych kroków, który wielu użytkowników będzie chciało zastosować, jest zgłoszenie sprawy na policję i jest to posunięcie słuszne. W wielu przypadkach urządzenia udało się odnaleźć. Są jednak pewne środki, które można  powziąć samodzielnie, a z pomocą przyjdzie nam usługa Google o nazwie Menedżer Urządzeń Android.

Pod adresem www.google.pl/android/devicemanager znajdziemy niewielką stronę internetową usługi. Prezentuje ona listę urządzeń podłączonych do naszego konta Google wraz z informacją o ich ostatnim znanym położeniu oraz datą i godziną ustalenia tej informacji. Możemy ręcznie zażądać odświeżenia lokalizacji GPS urządzenia za pomocą przycisku „Lokalizuj” lub, także za pomocą odpowiedniego przycisku, zmienić nazwę telefonu na bardziej rozpoznawalną niż domyślna. Dwie kolejne ciekawe funkcje menedżera to „Zadzwoń” oraz „Włącz blokowanie i wymazywanie”. Pierwsza okazuje się przydatna w sytuacjach, gdy mamy wrażenie, że telefon zawieruszył się nam gdzieś w pobliżu. Wystarczy wtedy nacisnąć przycisk, a telefon zacznie dzwonić domyślnym dzwonkiem rozmów przez pięć minut z maksymalną głośnością, o ile jest w danym momencie podłączony do Internetu i może odebrać wywołanie. Dzwonek wyciszamy, odblokowując ekran. Druga z tych opcji pozwala na ustalenie nowego hasła blokady, które będzie trzeba wpisać, by urządzenie odblokować. Jeżeli już do reszty straciliśmy nadzieję na odzyskanie naszego Androida, możemy także zmusić go do usunięcia ze swej pamięci wszystkich naszych danych. Robimy to również w sekcji „Włącz blokadę i wymazywanie”. Po zapoznaniu się z listą typów danych, które utracimy, i jej akceptacją, urządzenie zostanie oczyszczone, gdy tylko znajdzie się w zasięgu Internetu i odbierze sygnał. Jeżeli boimy się o swoją prywatność, na przykład w sytuacji gdy do naszego urządzenia podpięte jest współdzielone konto Gmail lub z jakichś innych przyczyn chcemy wyłączyć menedżerowi dostęp do naszego urządzenia, musimy udać się do ikony ustawień Google, następnie przejść do sekcji, „Bezpieczeństwo”, gdzie pod nagłówkiem Menedżer Urządzeń Android odhaczamy wszystkie opcje.

Menedżer posiada także dedykowaną aplikację, za pomocą której możemy wykonać wszystkie te czynności z poziomu innego urządzenia z Androidem, jednak ma ona opinię aplikacji niestabilnej i pełnej błędów.

To wszystko, co menedżer ma nam do zaoferowania. Niewiele, ale wystarczająco dużo, by efektywnie uchronić się przed zgubnymi skutkami zaginięcia naszego telefonu lub tabletu, a w niektórych sytuacjach nawet go odnaleźć. Oby te funkcje nie były nam potrzebne zbyt często.

Paweł Masarczyk

Etherpad – prosty sposób na grupową edycję dokumentów

 

Czasem dochodzi do sytuacji, w której rozmawiamy z grupką znajomych lub współpracowników o jakimś pomyśle i każdy ma na ten temat coś do powiedzenia. Efektem tego są długie dyskusje, pełne coraz lepszych koncepcji, coraz śmielszych planów na zawojowanie świata tym, co pochłonęło naszą uwagę. Powszechnie jednak wiadomo, iż dyskusje mają to do siebie, że kiedyś się kończą, a jeśli chcemy nasz projekt zrealizować, a nie tylko o nim mówić, warto także spisać pewne wnioski, mając na uwadze choćby fakt, że pamięć ludzka jest zawodna i coś może nam po prostu umknąć. Oczywiście, każdy może w takiej sytuacji tworzyć własne notatki, można też jednego z członków zespołu obdarzyć zaszczytnym mianem skryby i zlecić mu spisywanie wszystkich naszych pomysłów. Można również, to chyba najlepsze z rozwiązań, skorzystać z narzędzia, umożliwiającego nam grupową edycję dokumentów.

Etherpad, bo prosto znaczy efektywnie

Opisywane narzędzie nie może być z pewnością traktowane jako zamiennik programu MS Word, jeśli zależy nam na stworzeniu elegancko wyglądającego dokumentu i chcemy do tego celu użyć przeglądarki, lepiej skorzystać z propozycji Google i jednego ze składników pakietu Google Docs. Etherpad charakteryzuje jedno – prostota obsługi. Program możemy zainstalować na naszym własnym serwerze, pobierając stosowne pliki ze strony twórców, możemy również skorzystać z tego, co oferują nam otwarte serwery Etherpada. Jednym z takich komputerów jest serwer fundacji Mozilla, zlokalizowany pod adresem: https://etherpad.mozilla.org/https://etherpad.mozilla.org/. Po wejściu na stronę wybieramy odnośnik opisany jako „Create new public pad” i to w zasadzie tyle, właśnie stworzyliśmy nasz dokument do pracy grupowej! Jeśli chcemy podzielić się takim dokumentem z naszymi współpracownikami, to wystarczy, że skopiujemy jego adres z paska przeglądarki. Każdy, kto otrzyma taki odnośnik, będzie mógł dowolnie modyfikować treść naszego dokumentu, tak więc dodawać i kasować tekst, dokonywać na nim bardzo prostego formatowania. Etherpad wyposażony jest także w wersjonowanie. Jest to mechanizm, umożliwiający zapisanie dokumentu w jakimś istotnym stanie, a następnie przywrócenie lub po prostu przejrzenie takiej jego wersji. Opcje formatowania Etherpada, trzeba to przyznać, nie prezentują się bogato. Wprawdzie narzędzie to obrosło wieloma różnorakimi wtyczkami, które możemy instalować w przypadku, gdy program znajduje się na naszym serwerze, jednak dla przykładu Etherpad oferowany przez Mozillę posiada tylko następujące opcje zmiany wyglądu tekstu:

  • Bold (ctrl-B) – pogrubienie,
  • Italics (ctrl-I) – pochylenie,
  • Underline (ctrl-U) – podkreślenie,
  • Strikethrough – przekreślenie,
  • Toggle Bullet List – lista wypunktowana,
  • Indent List – lista z wcięciami,
  • Unindent List – lista bez wcięć.

Tekst, nad którym pracujemy możemy także za pomocą odpowiednich odnośników zapisać do kilku formatów. Niestety, w przypadku tego, co oferuje Mozilla w trakcie pisania tego artykułu działały tylko HTML oraz zwykły tekst, co jednak do większości zastosowań jest wystarczające.

Etherpad a dostępność

Zważywszy na nasze audytorium, nie mogę pominąć tego, jak też z Etherpadem radzą sobie używane przez niewidomych technologie wspomagające. Zdecydowanie najlepiej w tej kategorii wypada duet NVDA i przeglądarka Internet Explorer, zarówno w wersji 8, jak i 11. Jeśli chodzi o Mozillę Firefox to oczywiście korzystanie z Etherpada przy użyciu NVDA jest możliwe, jednak, ze względu na zbyt dużą gadatliwość tego duetu, będzie ono męczące. Nie mam też dobrych wiadomości dla użytkowników iPhone’ów. Twórcy Etherpada lojalnie uprzedzają, że narzędzie nie jest jeszcze w pełni kompatybilne z systemem iOS i niestety, dotrzymują słowa. O ile bowiem po dłuższych bojach, związanych z wyczyszczeniem kolorowania tekstu, udało mi się do dokumentu stworzonego przy pomocy Etherpada coś dopisać, o tyle o komfortowej edycji fragmentu ze środka tekstu, póki co możemy jedynie pomarzyć. Tak czy inaczej myślę, że przynajmniej dla części czytelników opisywane tu narzędzie okaże się pomocne i sprawi, że czy to w pracy, czy też w bardziej twórczych dyskusjach, zapanowanie nad chaosem myśli i pomysłów okaże się łatwiejsze, czego serdecznie życzę!

Michał Dziwisz

Panasonic TX-L32E6E - telewizor z funkcją dostępności

 

Rok temu stałem się szczęśliwym posiadaczem 32-calowego telewizora LED firmy Panasonic, model TX-L32E6E. Telewizor wyposażony jest we wbudowaną z myślą o użytkownikach niewidomych funkcję przewodnika głosowego. Poniżej spróbuję w kilku słowach podzielić się z Państwem swoimi wrażeniami.

Gdy tylko doszły mnie słuchy, że firma Panasonic postanowiła wypuścić na polski rynek telewizor, który osoba niewidoma będzie wstanie samodzielnie obsłużyć, zalała mnie fala radości. Postanowiłem, że przy najbliższej nadarzającej się okazji kupię sobie to cudo techniki.

Zamówiłem, zapłaciłem i zabrałem się do rozpakowywania świeżo dostarczonego nabytku. Oswajanie nowego sprzętu zacząłem od samodzielnego montażu podstawki (istnieje też opcja powieszenia na ścianie). Po bezpiecznym ulokowaniu telewizora na stoliku przystąpiłem do podpinania kabli z tyłu urządzenia.

Po odwróceniu telewizora tyłem do siebie, od prawej strony widoczne są gniazda. Na bocznej krawędzi mamy: dwa gniazda USB, jedno gniazdo słuchawkowe o złączu 3,5 milimetra, a idąc nieco wyżej, slot na kartę CI. Następnie, kierując się w lewo, już na tylnej obudowie, zobaczymy standardowe gniazdo antenowe i trzy wejścia HDMI. Na końcu znajdziemy głośnik.

Muszę tu podkreślić, że - ku mojemu niekłamanemu zdumieniu – mimo swojego zaskakującego położenia, głośnik emituje bardzo czysty akustycznie dźwięk.

Poniżej głośnika umieszczono wejście do połączenia telewizora z Internetem, zaś nieco niżej gniazda typu cinch. Idąc dalej, w lewo znajdziemy wejście na kabel zasilający oraz przyciski  pozwalające na manualne sterowanie podstawowymi funkcjami telewizora, takimi jak zmiana kanałów czy głośności. Prawa, patrząc od przodu, boczna krawędź telewizora pozbawiona jest wszelkich slotów i przycisków.

Chciałbym podkreślić, że każda osoba niewidoma sprawna manualnie i posiadająca podstawową wiedzę techniczną, powinna poradzić sobie z samodzielnym montażem podstawki, jak i podłączyć całe okablowanie.

Po podłączeniu anteny do gniazda telewizyjnego można przystąpić do pierwszej konfiguracji telewizora. Od tego momentu niezbędny jest pilot zdalnego sterowania. Pilot jest dość długi, ma bardzo dobrze wyczuwalne i wyraźne przyciski, które nie zlewają się w jeden lity blok. Ponadto kluczowe klawisze standardowo zostały oznaczone wyczuwalną kropką. Wszystko to sprawia, że dość szybko i bez większych problemów można zapamiętać topografię przycisków i nauczyć się obsługi pilota. Istotną i jakże wygodną kwestią pozostaje fakt, iż pilot i telewizor rewelacyjnie ze sobą współpracują. Nie ma konieczności dokładnego celowania pilotem w czujnik podczerwieni.

Posiadacze iPhone-a, mogą sobie zapewnić alternatywnego pilota, pobierając z AppStore dedykowaną dla telewizorów firmy Panasonic aplikację. Jest ona darmowa i spełnia funkcję pilota. Pozwala ponad to na bezproblemowe obsługiwanie telewizora nawet wtedy, gdy znajdujemy się w innym pomieszczeniu. Rozwiązanie to jest bardzo przydatne zwłaszcza wtedy, gdy używa się słuchawek bezprzewodowych, można przykładowo przebywać w kuchni i oglądać film ze stojącego w pokoju telewizora. Jednakże, aby telewizor współpracował z iPhone-em, konieczne jest, by oba urządzenia były podłączone do tej samej sieci Wi-Fi. Jedyną niezbędną czynnością, umożliwiającą komfortowe korzystanie z aplikacji, jest zaetykietowanie przycisków.

Niestety w tym miejscu kończy się samodzielność osoby niewidomej i zaczynają przysłowiowe schody. To oczywiście prawda, że podczas pierwszego uruchomienia telewizora pojawia się w pewnym momencie tak zwany samouczek, który za pomocą mowy syntetycznej przedstawia działanie przewodnika głosowego. Praktyka jednak ma niewiele wspólnego z teorią. Okazuje się bowiem, iż osoba niewidoma, nie jest w stanie sama przejść przez etap wstępnej konfiguracji telewizora. Żadna bowiem z pojawiających się kolejno opcji, takich jak wybór języka, połączenie z siecią Wi-Fi, czy wreszcie samo wyszukiwanie kanałów nie jest udźwiękowiona. Jak dla mnie - mimo tego, że konfigurację wstępną robi się raz - stanowi to bardzo duże niedopatrzenie ze strony producenta.

Kiedy już - dzięki pomocy „życzliwego oka” - skonfigurujemy telewizor i zaprogramujemy wszystkie kanały,  możliwe jest korzystanie z urządzenia.

Aby przewodnik głosowy działał poprawnie, istotny jest jednak pewien niebywale ważny szczegół. Przewodnik głosowy będzie działał dopiero wtedy, gdy będziemy korzystać z naziemnej telewizji cyfrowej lub dostawca telewizji kablowej umożliwi korzystanie z modułu CI. Przewodnik głosowy nie obsługuje dekoderów do odbioru telewizji cyfrowej.

Co więc oferuje przewodnik głosowy?

Jeżeli już mamy naziemną telewizje cyfrową albo moduł CI, jesteśmy w stanie sprawdzić, jaki kanał aktualnie oglądamy. Funkcja ta przydaje się bardzo, gdy na kilku kanałach jednocześnie emitowane są reklamy. Oprócz nazwy kanału przewodnik głosowy odczyta nam standardową treść, tzw. info platformy cyfrowej. Dowiemy się zatem, jaki program aktualnie jest nadawany i w jakim przedziale czasowym. Możemy sobie ponadto sprawdzić opisy interesujących nas programów lub przeczytać recenzje filmów. Dostępna jest szczegółowa informacja o programie telewizyjnym na najbliższe siedem dni. Generalnie cały przewodnik ETG (przewodnik po programach) jest dostępny dla przewodnika głosowego.

Głos, który został użyty w przewodniku, to bardzo dobrze znany wszystkim osobom niewidomym Vocalizer Agata. W pełni samodzielnie możemy sobie ustawić preferowaną głośność przewodnika i szybkość syntezy mowy. W palecie możliwości oferowanych przez przewodnik głosowy znajduje się również szeroki wybór języków obcych (do samodzielnego ustawienia).

Niestety poza poruszaniem się po przewodniku ETG i możliwością ustawienia ścieżki z audiodeskrypcją (o ile jest oczywiście dostępna w danym programie), tak naprawdę przewodnik głosowy w telewizorze osobie niewidomej w niczym więcej nie będzie już pomocny. Do zmiany pozostałych ustawień telewizora potrzebne jest już sprawne oko.

Bardzo dużą wadą telewizora jest to, że w momencie zmiany natężenia głosu Agata podaje nam informacje, iż właśnie robimy głośniej bądź ciszej. Jednocześnie z wypowiedzią Agaty zanika bezpowrotnie głos aktualnie oglądanego programu. Zjawisko całkowitego wyciszenia ścieżki dotyczy niestety każdego wypowiadanego przez Agatę komunikatu. Jak dla mnie, stwarza to dyskomfort.

Ponieważ ten model Panasonica wyposażony jest w dostęp do Internetu, użytkownik w standardzie może korzystać z licznych aplikacji, między innymi: TVN Player, Skype, YouTube, Iplex, przeglądarki WWW, odtwarzacza radia, centrum pogody, notowań giełdowych itp. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu, żadna ze znajdujących się na pokładzie aplikacji nie jest dostępna dla Agaty. W tym momencie na ratunek przychodzi iPhone. Dzięki niemu (po wcześniejszym sparowaniu z telewizorem) możliwe staje się korzystanie z YouTube. Trzeba tylko połączyć telewizor z aplikacją YouTube w iPhonie, a wtedy bez problemów wyszukamy konkretny film na telefonie, który potem odtworzymy na telewizorze. Możemy przy tym nawigować, przewijać i zatrzymywać oglądany program.

Podsumowując

Po rocznym okresie korzystania z telewizora z przewodnikiem głosowym, uważam, że mimo wszystko, jest to dobry zakup. Daleko mu jeszcze do pełnej dostępności, ale chwała firmie Panasonic za to, iż zauważyła potrzeby osób z dysfunkcją wzroku. Jak napisałem powyżej, omawiany model telewizora ma sporo zauważalnych braków, ale mimo wszystko sądzę, że jest jednak wart zakupienia. Jeżeli ktoś z Państwa w będzie w najbliższym czasie wymieniał sobie odbiornik telewizyjny, to polecam uwadze ten konkretny model telewizora.

Grzegorz Błaziak

Zostań Mistrzem Cyfrowego Włączenia!

 

Fundacja Instytut Rozwoju Regionalnego zapraszam na wirtualną platformę wzajemnego wsparcia - https://digiplace4all.eu/pl/

Realizując międzynarodowy projekt "Europejscy Mistrzowie Cyfrowego Włączenia" chcemy pomóc osobom z niepełnosprawnościami w nabyciu umiejętności cyfrowych niezbędnych w przejściu z kształcenia zawodowego do dalszej edukacji i zatrudnienia na otwartym rynku pracy.

Podstawą działania nowej platformy jest idea wzajemnego wsparcia. Ten rodzaj wzajemnej relacji osób równych sobie, dzielących podobne doświadczenia i problemy, jest istotą i sercem projektu i planowanej platformy.

Pragniemy tworzyć nowe źródło nabywania i wymiany wiedzy o niezbędnych współcześnie technologiach, w tym technologiach asystujących, instytucjach wspierających, prawodawstwie, źródłach dofinansowania.

Digiplace4all to platforma internetowa, której treści tworzone są bezpośrednio przez jej użytkowników, czyli przez Państwa.

Niezwykle istotnym elementem DigiPlace4All jest budowanie sieci wzajemnego wsparcia. Tworzenie takich sieci zmniejszy problem wykluczenia cyfrowego osób z niepełnosprawnościami.

Projekt bazuje na osiągnięciach wcześniejszego projektu Gateway i znacząco je rozwija, korzystając z zasobów internetowych dotyczących technologii asystujących.

W prace zespołu projektowego zaangażowani są czterej partnerzy, prowadzący w ramach swojej działalności kształcenie zawodowe – NCBI (Irlandia), PheonixKM (Belgia), FIRR (Polska) i Interprojects (Bułgaria) – którzy będą tworzyć społeczności DICE w swoich krajach i wspierać ich rozpowszechnianie się na poziomie międzynarodowym. Do zespołu projektowego należy również IADT, koordynator projektu Gateway, który pomoże transferować jego osiągnięcia. NCBI, posiadając ponad 10-letnie doświadczenie w koordynowaniu i udziale w projektach finansowanych z UE, jest koordynatorem projektu DICE. Poszczególni partnerzy wyróżniają się szczególnymi umiejętnościami w pozyskiwaniu beneficjentów, tworzeniu i rozwijaniu dostępnych treści informatycznych, ewaluacji, kontroli jakości i rozpowszechnieniu informacji i technologii.

Zawartość strony projektu i jej narzędzia społecznościowe pomogą członkom społeczności rozwijać i nieustannie wzmacniać wzajemne relacje, dzielić doświadczenia, wiedzę i umiejętności. Zapewni to istnienie stałego i zawsze dostępnego źródła informacji i wsparcia, umożliwiającego użytkownikom ciągły rozwój umiejętności pomiędzy etapami kształcenia, a także po zakończeniu kursów. Mistrzowie Cyfrowego Włączenia z każdej grupy docelowej zostaną promotorami możliwości, jakie daje społeczność DICE, w trakcie i po zakończeniu okresu finansowania projektu. Społeczność DICE będzie działała na szczeblu międzynarodowym dzięki stworzeniu innowacyjnych relacji “bliźniaczych” między ośrodkami kształcenia i szkolenia zawodowego w krajach partnerskich.

Platforma jest ogólnodostępna, jest trwałym źródłem wzajemnego wsparcia, przekładającym się na wzrost włączenia cyfrowego osób niepełnosprawnych. Chcemy tworzyć dynamiczną społeczność, opartą na bliskich, bezpośrednich relacjach dla osób z niepełnosprawnościami, edukatorów, pracodawców a także osób zaangażowanych w problem niepełnosprawności.

Projekt nr. 2013-1-IE1-LEO05-06094 realizowany jest przy wsparciu Komisji Europejskiej w ramach Programu ,,Uczenie się przez Całe Życie", Leonardo Da Vinci - Transfer Innowacji.

 

Wirtualne Pulpity

 

Wraz z premierą systemu Windows 10 wśród bardziej zaawansowanych i wymagających użytkowników dość dużą radość wywołało pojawienie się funkcji tzw. wirtualnych pulpitów, które, choć dostępne już wcześniej, nie były natywną funkcją Windows, za to systemy konkurencyjne, takie jak choćby różne dystrybucje Linuksa, oferowały tego typu rozwiązania już od dawna. Skoro wirtualne pulpity zawitały na dobre także i w najczęściej używanym przez niewidomych systemie operacyjnym, przyjrzyjmy się temu, co tak naprawdę oznacza ta nowa funkcja dla użytkowników czytników ekranu i jak można z niej skorzystać nie tylko w dziesiątej odsłonie „Okienek”.

Czym właściwie jest wirtualny pulpit?

Słysząc słowo „Pulpit”, najczęściej skupiamy się na najbardziej widocznym z punktu widzenia użytkownika Screenreadera elemencie tego obszaru, czyli liście ikon. Jest to miejsce, gdzie przeważnie zaczynamy korzystanie z naszych ulubionych programów, miejsce, z którego uruchamiamy ostatnio edytowane dokumenty, czy też w którym trzymamy skróty do naszych ulubionych lokalizacji sieciowych. Pulpit tymczasem składa się jeszcze z kilku elementów, choćby przycisku start, paska zadań czy, umieszczony obok zegara, zasobnik systemowy, gdzie znajdują się ikony rezydujących w pamięci naszego komputera, uruchomionych właśnie programów.

Wirtualizacja pulpitu w systemie Windows 10 nie oznacza bynajmniej, że otrzymamy dostęp do kilku obszarów, w których będziemy mogli przechowywać różnego rodzaju skróty. Oznacza jedynie dostęp do kilku pasków zadań, na których uzyskamy możliwość pozostawienia różnych grup uruchomionych programów. Dla przykładu, możemy stworzyć 1 wirtualny pulpit do pracy, drugi do zabawy, a trzeci do uruchamiania programów, do których będziemy chcieli zaglądać bardzo rzadko, a więc swego rodzaju rupieciarnię.

Wirtualne pulpity przed Windows 10

Jak napisaliśmy powyżej, wirtualne pulpity były czymś, z czego mogliśmy skorzystać już dużo wcześniej, ale potrzebne były nam do tego zewnętrzne programy. Jednym z nich jest narzędzie Desktops z pakietu Sysinternals. Program umożliwia stworzenie do czterech wirtualnych pulpitów, a następnie przełączanie się pomiędzy nimi za pomocą skrótów klawiszowych lub ikony z zasobnika systemowego.

Narzędzie nie wymaga instalacji, po pobraniu paczki i wypakowaniu jej zawartości w dowolnym miejscu na dysku naszego komputera, należy jedynie zaakceptować umowę licencyjną i już możemy korzystać z wirtualnych pulpitóu.

Wszystko, co potrzebne nam będzie do konfiguracji naszego środowiska, znajdziemy używając menu kontekstowego na ikonie „Desktops”, znajdującej się w zasobniku systemowym naszego pulpitu. W okienku „Options” zdefiniujemy, czy program ma uruchamiać się przy starcie systemu oraz wybierzemy sposób przełączania się między wirtualnymi pulpitami. Do dyspozycji mamy kombinację takich klawiszy jak CTRL, ALT, Windows, Shift oraz klawiszy funkcyjnych od F1 do F4 lub cyfr z tego samego zakresu. Druga pozycja opisana jako „Select Desktop” pozwoli nam wybrać wirtualny pulpit w sytuacji, kiedy nie zdecydujemy się na zdefiniowanie skrótów klawiszowych. Pierwsze wybranie nowego wirtualnego pulpitu spowoduje jego utworzenie.

Desktops a czytniki ekranu

Przed przystąpieniem do omówienia współpracy poszczególnych czytników ekranu z narzędziem Desktops, dodam tylko, że program ma pewne drobne, aczkolwiek w dłuższej perspektywie irytujące ograniczenie. Niestety, nie jest możliwe uruchomienie kilku kopii tego samego programu w różnych wirtualnych pulpitach, tak więc np. jeśli chcemy na jednym pulpicie trzymać otwartą przeglądarkę ze stronami służbowymi, na drugim zaś z prywatnymi, to muszą być to inne przeglądarki, np. Internet Explorer do pracy, a Firefox do spraw prywatnych.

Powyższe ograniczenie nie dotyczy za to czytnika ekranu NVDA. Wymaga on bowiem,  by na każdym wirtualnym pulpicie była uruchomiona osobna jego kopia. Mało tego, jeśli w danym momencie kopia NVDA z wirtualnego pulpitu nr 1 będzie miała coś do powiedzenia wtedy, gdy będziemy znajdować się na wirtualnym pulpicie nr 2, wypowie to bez względu na wszystko, zatrzymując na chwilę mowę kopii NVDA znajdującej się na pulpicie nr 2.

Window-Eyes nie wymaga uruchamiania kolejnych kopii wraz z pojawianiem się kolejnych wirtualnych pulpitów, jednak w porównaniu z pierwszym pulpitem, na kolejnych zachowuje się wyraźnie bardziej ociężale. Najgorzej w tym zestawieniu wypada czytnik JAWS, nie radzi sobie bowiem w żaden sposób z wirtualnymi pulpitami, a próba uruchomienia kolejnych jego kopii powoduje wyświetlanie komunikatu o błędzie.

A jak to działa w dziesiątce?

Trzeba powiedzieć, że jest nieco lepiej.

Tutaj NVDA nie wymaga uruchamiania osobnych kopii dla poszczególnych pulpitów wirtualnych, a Window-Eyes nie zwalnia jak miało to miejsce wcześniej. Niestety, ograniczenie dotyczące wielu wystąpień programów na różnych paskach zadań, nadal obowiązuje.

 

pSlidy - slajdy w przeglądarce internetowej

 

Zapewne część z niewidomych czytelników spotyka się czasem z koniecznością przygotowania prezentacji w postaci slajdów. Niemal wszyscy starają się przygotować ją w Microsoft PowerPoint, który jest programem całkiem dobrym, ale dostępnym już umiarkowanie. Do tego zbyt mało mamy informacji zwrotnej, by wiedzieć, czy prezentacja wygląda dobrze. Można jednak przygotować prezentację w HTML i wyświetlać ją w przeglądarce internetowej, a wielkością czcionek sterować na bieżąco. Przedstawiam Państwu Slidy - slajdy oparte o HTML, arkusze stylów CSS i język skryptowy JavaScript.

Prawie jak w PowerPoint

Prezentacja przygotowana w standardzie Slidy składa się z jednego pliku HTML, który zawiera wszystkie elementy tekstowe zawarte w prezentacji. W nagłówku linkowane są dwa niezbędne elementy zewnętrzne: arkusz stylów CSS i skrypt JavaScript, które odpowiadają za wyświetlanie i nawigację w prezentacji. W prezentacji można osadzać wszystkie te elementy, które obsługuje przeglądarka internetowa, na przykład grafiki, animacje i filmy. W środku plik HTML jest niemal takim samym plikiem, jak każdy inny, chociaż zawiera pewne dodatkowe klasy, pozwalające na modyfikowanie zachowań niektórych elementów.

Po wyświetleniu mamy do dyspozycji kilka skrótów klawiaturowych:

  • spacja przesuwa nas do kolejnego slajdu lub warstwy w danym slajdzie,
  • klawisze "s" i "b" pozwalają na zmniejszanie i powiększanie czcionek,
  • klawisz "f" pozwala na włączenie lub wyłączenie stopki slajdu,
  • klawisz "c" wyświetla automatycznie wygenerowany spis treści prezentacji,
  • klawisz "a" przełącza na wyświetlanie wszystkich slajdów,
  • strzałki w lewo i prawo przesuwają prezentację do przodu i w tył.

Wprawdzie niektóre z tych skrótów kolidują ze skrótami czytników ekranu i trzeba pamiętać o ich przepuszczaniu, jednak najważniejszy, to znaczy spacja do puszczenia kolejnego slajdu, działa. Trzeba jedynie pamiętać, by punkt uwagi nie obejmował elementu aktywnego, na przykład łącza.

Przygotowanie prezentacji

Do przygotowania prezentacji możemy wykorzystać opisywany wcześniej język Markdown i konwerter Pandoc. Podczas pisania kodu prezentacji trzeba jedynie pamiętać, by każdy slajd zaczynał się od nagłówka poziomu pierwszego, to znaczy od tytułu poprzedzonego pojedyńczym krzyżykiem "#". Jeżeli nie potrzebujemy tytułów dla slajdów, to sam krzyżyk też wystarczy.

Po przygotowaniu zawartości wystarczy wydać polecenie:

pandoc -s -t slidy -o prezentacja.html prezentacja.md

Po chwili otrzymamy gotowy do użycia plik HTML, po otwarciu którego wyświetli się prezentacja. Może się zdarzyć, że tekst paska wyświetlanego na dole slajdów będzie po angielsku (Help, Content) i wówczas należy wyedytować plik HTML i odnaleźć w nim ciąg lang="en" i zamienić go na lang="pl". W ten sposób zdefiniowany zostanie język dokumentu, więc i pasek będzie przetłumaczony na język polski.

Komputer, na którym wyświetlana jest prezentacja, powinien mieć dostęp do sieci, ponieważ pliki CSS i JavaScript są pobierane z Internetu. Jeżeli nie będzie go miał, to prezentacja wyświetli się w postaci zwykłego dokumentu internetowego z domyślnym formatowaniem. Jest jednak sposób na rozwiązanie tego problemu, polegający na umieszczeniu obu zewnętrznych plików na dysku komputera. Aby wszystko zadziałało zgodnie z naszymi oczekiwaniami, do linii poleceń trzeba dodać jeszcze jeden odpowiadający za tę operację parametr: "--self-contained". Całe polecenie wygląda wówczas następująco:

pandoc -s --self-contained -t slidy -o prezentacja.html prezentacja.md

Możliwości i ograniczenia

Slidy ma możliwości i ograniczenia związane ze standardem HTML. Z jednej strony - wyświetli się na każdej przeglądarce, chyba że będzie to wyjątkowo stare rozwiązanie. Pozwala na wygodne i proste osadzanie grafik, formatowanie tekstu, kolorowanie i podobne zabiegi za pomocą stylów zawartych w kodzie. Z drugiej jednak osadzanie innych multimediów, na przykład filmów, może być trudne i nie zawsze działać prawidłowo.

Jeżeli jednak prezentacja składa się z tekstu i grafiki, nie powinna nastręczać żadnych problemów. Co więcej – edytując kod HTML i nadając elementom pewne dodatkowe atrybuty, możemy osiągnąć ciekawe efekty wizualne. Na przykład, dodając do listy numerowanej lub punktowanej klasę "incremental", możemy wyświetlać spacją kolejne elementy, które będą się pojawiać magicznie na ekranie.

<ul> 
<li>pierwszy element</li> 
<lidrugi element,</li> 
<li>trzeci element</li> 
</ul>

Korzystając z Pandoc, kod listy mamy już wygenerowany i musimy tylko dopisać w odpowiednim miejscu klasę "incremental", by osiągnąć efekt. W podobny sposób możemy zaprojektować zmieniające się grafiki, budując pozorną animację. Zmieniające się wykresy w prezentacji mogą wyglądać bardzo efektownie.

Warto pamiętać

Podczas tworzenia, testowania i wyświetlania prezentacji Slidy trzeba pamiętać o dwóch ważnych rzeczach.

Po pierwsze - przeglądarka Internet Explorer blokuje wykonywanie skryptów, gdy plik uruchamiany jest z komputera, a nie wprost z Internetu. To zabezpieczenie można wyłączać czasowo lub na stałe, ale trzeba o tym pamiętać. Inne przeglądarki nie mają tej przypadłości, a ja szczególnie polecam przeglądarkę Firefox. Prezentacje działają doskonale także w Google Chrome, Operze i Safari. Dla prezentacji otwieranych w sieci równie dobry jest MS Internet Explorer.

Drugi problem może się pojawić podczas samodzielnej prezentacji. Na jednej z konferencji pokazywałem prezentację i dopiero po jej zakończeniu ktoś mnie poinformował, że tekst był napisany malutkimi literkami w lewym górnym rogu ekranu. Po sprawdzeniu okazało się, że w przeglądarce były wyłączone style, więc wszystko było wyświetlane w wielkościach i kolorach domyślnych. Dlatego zawsze warto odpytać czytnik ekranu, jakiej wielkości czcionki są wyświetlane. Wielkości powyżej 20 punktów oznaczają, że style są obsługiwane. Dokładnie ten sam efekt braku obsługi stylów pojawi się w sytuacji, gdy zabraknie nam połączenia z Internetem, a lokalnie nie mamy zapisanego arkusza stylów i skryptu JS. Dlatego na samodzielne prezentacje sugeruję jednak stosowanie wersji "self contained".

Przykładowa prezentacja

Aby nie być gołosłownym, odsyłam do prezentacji w formacie Slidy o Slidy. Pokazuje ona nie tylko możliwości Slidy, ale także bogatszą instrukcję obsługi niż ten tekst. Niestety - dostępna jest tylko po angielsku i wymaga przynajmniej podstawowej wiedzy na temat języka HTML i arkuszy stylów. Za to można w niej znaleźć informacje na temat modyfikowania kolorów, czcionek i osadzania logotypów oraz wiele innych przydatnych informacji.

Nie tylko Slidy

Slidy nie jest jedynym rozwiązaniem dla tworzenia prezentacji w HTML. Innymi obsługiwanymi przez konwerter Pandoc są:

  • Slideous,
  • DZSlides - oparty o HTML5 i CSS 3, co daje duże możliwości konfiguracyjne i osadzania mediów,
  • reveal.js, - oferowany wraz z edytorem online,
  • S5 HTML slides. - system zbliżony do Slidy i częściowo z nim kompatybilny.

Każde z tych rozwiązań ma swoje wady i zalety, więc warto się nimi zainteresować. Na początek polecam jednak Slidy ze względu na jego prostotę i kompatybilność z wieloma przeglądarkami internetowymi oraz z czytnikami ekranu. Dzięki obsłudze atrybutu ALT można grafikom i innym obiektom przyporządkować teksty alternatywne. Wreszcie - takie prezentacje są bardzo małe i lekkie, a od użytkowników nie wymagają posiadania specjalnego oprogramowania, na przykład programu PowerPoint. Zapraszam zatem Czytelników do tworzenia i dzielenia się prezentacjami w Internecie.

Markdown - proste formatowanie dokumentów

 

W mojej pracy piszę bardzo dużo tekstów, w tym dosyć obszernych, posiadających pewną strukturę. Nadawanie struktury dokumentom jest zresztą zawsze korzystne. Dokumenty takie mają podział na części, którym nadawane są śródtytuły, zawierają listy numerowane i punktowane oraz inne elementy. Przez lata teksty takie pisałem za pomocą edytora Word, ale w pewnym momencie uznałem, że nie jest to narzędzie zbyt wygodne dla osoby niewidomej. Co prawda czytniki ekranu pozwalają na zachowanie kontroli nad formatowaniem, ale bezwzrokowa kontrola wyglądu i struktury dokumentu była dosyć uciążliwa. Zacząłem szukać i wreszcie odkryłem to, czego potrzebowałem – język prostych znaczników o nazwie Markdown.

Struktura budowana w prosty sposób

Markdown został zaprojektowany przez Johna Grubera i Aarona Swartza jako język znaczników upraszczający formatowanie dokumentów. Idea wzięła się stąd, że języki formatowania jak HTML, XML, SGML i inne opisujące strukturę dokumentów są mało czytelne dla człowieka i można w nich łatwo popełnić błąd. Za wzór prostoty autorzy przyjęli formatowanie listów elektronicznych i na nich oparli główne założenia składni.

Przygotowany dokument, sformatowany w Markdown, można przekonwertować do innych formatów. Początkowo robiono to skryptem napisanym w języku PERL, a wynikiem był plik HTML. Jednak Markdown tak się przyjął, że powstało o wiele więcej konwerterów, a sam język włączono do wielu systemów CMS jako ich element podstawowy lub rozszerzenie. Rozszerzenia takie powstały dla Wordpressa, Drupala i innych systemów zarządzania treścią. Istnieje też wtyczka do klienta poczty Thunderbird, która potrafi przekształcić kod Markdown w HTML w edytowanym właśnie emailu. Zastosowań dla Markdown jest sporo i wciąż pojawiają się nowe.

Składnia Markdown

W składni Markdown stosowane są elementy, które są oczywiste dla człowieka, gdy je tylko zobaczy. Na przykład listę punktowaną buduje się przez poprzedzanie każdego elementu znakiem "-" lub "*":

- pierwszy element,
- drugi element,
- trzeci element.

Listę numerowaną tworzy się zaś pisząc po prostu kolejne numery przed elementami:

1. Pierwszy element.
2. Drugi element.
3. Trzeci element.

Wprost z poczty elektronicznej pochodzi oznaczanie cytatów, do których używany jest znaczek ">":

> Tutaj znajduje się cytat, który będzie odpowiednio oznaczony w kodzie i sformatowany inaczej, niż zwykły tekst.

Poszczególne akapity oddziela się od siebie pustą linią, a nagłówki tworzy poprzedzając tytuł odpowiednią liczbą znaczków "#". Pojedynczy krzyżyk oznacza poziom pierwszy nagłówka, dwa krzyżyki - drugi i tak dalej.

#Tytuł pierwszego poziomu
##Tytuł drugiego poziomu

W treści można umieszczać także łącza i dostępne są tutaj dwie metody. Pierwsza z nich pozwala na wstawienia łącza w bardzo prosty sposób poprzez umieszczenie go w nawiasach ostrych:

<http://informaton.pl>
<jacek.zadrozny@post.pl>

Drugi sposób pozwala na utworzenie łącza z dowolnym tekstem do kliknięcia. Tekst, który należy kliknąć, umieszcza się w nawiasach kwadratowych, a adres zasobu w nawiasach okrągłych, bezpośrednio po zamykającym kwadratowym.

[Link do serwisu Informaton](http://informaton.pl)

Wreszcie warto wspomnieć o możliwości tworzenia linii rozdzielających fragmenty tekstu przez wstawienie kilku znaków "-" lub "*". Jeżeli chcemy jakiś fragment tekstu wyróżnić, to wystarczy otoczyć go gwiazdkami: pojedynczymi dla zwykłego wyróżnienia i podwójnymi dla silnego. Zazwyczaj zwykłe wyróżnienie formatowane jest kursywą, a silne - czcionką pogrubioną.

Tutaj mamy *fragment wyróżniony* w tekście.
A tutaj **fragment silnie wyróżniony** w tekście.

W tekście można osadzać także grafiki w sposób analogiczny do tworzenia linków. Informację o grafice poprzedza się znakiem wykrzyknika "!", a następnie w nawiasach kwadratowych wpisywany jest tekst alternatywny, a w okrągłych - adres do grafiki. Adres może być względny i jeżeli plik znajduje się w tym samym folderze, to wystarczy podać jego nazwę.

![Biało-czerwona flaga Polski](flaga_pl.jpg)

Specyfikacja Markdown zawiera jeszcze kilka elementów, na przykład inny sposób tworzenia nagłówków, ale te zaproponowane przeze mnie są wygodniejsze dla osób niewidomych.

Edytowanie pliku źródłowego

Do edycji pliku źródłowego w Markdown można użyć notatnika systemowego lub każdego innego, który pozwala na zapisanie zwykłego tekstu. Rozszerzenie pliku nie ma specjalnego znaczenia, jednak warto nadawać mu rozszerzenie *.md, gdyż upraszcza to późniejsze wpisywanie komend konwertujących. Ja najczęściej korzystam z edytora EdSharp, który doskonale sprawdza się w różnych sytuacjach. Czasem, zwłaszcza wtedy, gdy pojawiają się problemy z kodowaniem znaków, korzystam także z programu Notepad++.

Podczas pisania warto oddzielać poszczególne bloki tekstu pustą linią, na przykład tytuł rozdziału od pierwszego akapitu, czy akapit od listy numerowanej. Teoretycznie Markdown tego nie wymaga, ale zdarzają się problemy z rozpoznawaniem, gdzie zaczyna się i kończy dany obiekt tekstowy. Ta dodatkowa linia rozwiązuje ten problem.

Najbezpieczniejszym kodowaniem znaków w Markdown jest UTF-8 bez BOM. Część konwerterów radzi sobie z niemal dowolnym kodowaniem, ale inne mogą mieć problemy. Do tych ostatnich należy mój ulubiony Pandoc, o którym napiszę w kolejnym tekście. UTF-8 bez BOM jest standardowo obsługiwane przez edytory pod systemem Windows, w tym systemowy notatnik. W razie problemów z kodowaniem polecam przekodowanie tekstu za pomocą edytora Notepad++, który jest w tym niezawodny.

Wypróbuj Markdown

Jednym ze sposobów na wypróbowanie Markdown jest zainstalowanie rozszerzenia do programu pocztowego Thunderbird o nazwie Markdown Here. Po jego instalacji możesz w treści emaila pisać kodami Markdown, a potem szybko skonwertować całość do formatu HTML. W dowolnym momencie otwierasz w treści emaila menu kontekstowe i wybierasz polecenie "Markdown toggle". Treść zamieniana jest na format HTML, w którym można wysłać list. Jeżeli trzeba coś jeszcze poprawić lub dodać, to wystarczy wybrać to samo polecenie i wracamy do kodu Markdown.

Do testowania można użyć także edytorów dostępnych online, na przykład Markdown Editor, StackEdit i wielu innych. Dla osób zarządzających stroną na Wordpress interesującą może być wtyczka WP-Markdown. Pozwala ona na edycję postów za pomocą znaczników Markdown zamiast w kodzie HTML lub edytora wizualnego. Pisanie w HTML jest uciążliwe i można łatwo popełnić błąd, a korzystanie z wizualnego edytora - pomimo że jest on dostępny - nie jest jednak szczytem wygody. WP-Markdown może wybitnie w tym pomóc. Dużą zaletą tej wtyczki jest fakt, że w bazie nie jest zapisywany kod Markdown, ale właśnie HTML, więc wtyczkę można bez problemu i w każdym momencie odinstalować. Konwersja dokonywana jest w locie i nie pozostawia śladów w systemie.

Można też wypróbować Write Monkey - wyspecjalizowany edytor tekstowy, którego głównym zadaniem jest obsługa Markdown. Po napisaniu tekstu wystarczy uruchomić polecenie "Markdown export" i wybrać eksportowanie do edytora Word, by to właśnie w nim otworzył się gotowy plik. Sam edytor też jest wart polecenia, szczególnie że jest darmowy i nie wymaga instalowania.

Czy warto?

Stosowanie Markdown może być dobrym rozwiązaniem dla tych, którzy tworzą regularnie i dużo treści. Zapanowanie nad formatowaniem bez wzroku jest trudne, chociaż możliwe. Jednak różnorodne narzędzia pozwalają na konwersję kodu Markdown do ogromnej liczby formatów: HTML, DOCX, ODT, RTF, LaTeX, Wiki, Docbook, a nawet prezentacji w postaci slajdów. Od użytkownika wymaga zaś niewiele – nauczenia się kilkunastu elementów składni języka i używania edytora tekstu zamiast Worda. Niewidomy użytkownik może poświęcić swój czas pisaniu i nadawaniu struktury dokumentowi, zamiast toczyć boje ze stylami. Po pewnym czasie i nabraniu wprawy okazuje się, że pisanie Markdownem jest szybsze i wygodniejsze od edycji wizualnej. Dokumentu wynikowego nie trzeba się wstydzić, bo zawsze wygląda on przynajmniej przyzwoicie, a czasem wręcz dobrze.

Jacek Zadrożny

 

Projekt współfinansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych oraz Gminy Miejskiej Kraków