Sceny z życia małżeńskiego

Od redakcji

Wszystko zaczęło się od „Opowieści mojej żony”. Zaśmiewaliśmy się z dzieciakami nad tą doskonale napisaną a przy tym jakże zabawną lekturą i wtedy, zaczynając właśnie moją przygodę z Tyfloświatem, pomyślałem sobie, że dobrze byłoby, gdyby to właśnie moja żona, osoba patrząca na ten nasz tyflo świat nieco z boku, napisała coś o tym jak technologie asystujące wyglądają od tej drugiej, widzącej strony. Broniła się długo, że niby epikryzę to ona mi może napisać, ale żeby zaraz historyjkę i żeby jeszcze ktoś chciał to przeczytać… Tekst wreszcie powstał. Oddaję go w ręce czytelników w postaci niezmienionej, choć tu i tam chciałoby się autorce zarzucić podstawową wprost nieznajomość zagadnień, o których pisze. Może jednak głos ten uświadomi osobom walczącym o lepszą jakość rozwiązań technologicznych przeznaczonych dla osób z niepełnosprawnościami, że technologie wspierające, czy rozwiązania poprawiające dostępność będą rzeczywiście dobre dopiero wtedy, gdy my, użytkownicy tych rozwiązań, oraz ci wszyscy, którzy te rozwiązania tworzą, uświadomimy sobie, że należy je tworzyć i projektować w sposób nie dyskryminujący osób pełnosprawnych, że powinno się je tworzyć z myślą o poprawie jakości życia każdego, kto z jakiegokolwiek powodu zechce z rozwiązań tych skorzystać

To wszystko przecież nie działa

Marzę sobie o takim GPS, żeby wreszcie móc trafić gdzie chcę. Także w obcym mieście, gdzie nigdy wcześniej nie byłam, a ponieważ jestem w podróży służbowej to zbierałam się w ostatnim momencie i nie miałam czasu się przygotować. Nie chcę pytać ludzi, bo zwykle udzielają sprzecznych informacji. A może jestem za granicą i nie znam hiszpańskiego. Albo dwuletnia nauka francuskiego w szkole podstawowej okazuje się niewystarczająca i człowiek naraża się na lekceważące „Oh-la-la” Francuzów. A skoro się już rozmarzyłam, to chciałabym też trafić np. do wydziału geodezji w urzędzie miasta albo do jakiegoś biura w urzędzie wojewódzkim (na przykład wydziału zajmującego się kształceniem podyplomowym)gdzie gubię się już za pierwszym zakrętem. Przydałby mi się taki gadżecik, taki jak mają niewidomi. Taki, który doprowadza ich tam gdzie chcą. Z którego skorzysta każdy, także słabowidzący, czy ktoś starszy, który trochę się zgubił w mieście, gdzie się urodził. Albo nastolatek, który prędzej obejdzie rynek 10 razy, niż zapyta kogoś o drogę.

Ale nic z tego. Ponieważ sprzęty przeznaczone dla niewidomych NIE Działają. A nawet jeśli działają to nie działają.

Powiecie, że nie mam racji?

  1. Jedziemy szybko i radośnie autostradą A4 zbliżając się do Węzła Sośnica (dla tych którzy nie byli – podobno  największego węzła drogowego w Europie). Ciemno, latarnie świecą rzęsiście we wszystkie strony i na różnych poziomach. Ale gdzieś trzeba zjechać a zjazdów do Gliwic jest więcej niż jeden. I wtedy „niewidomy GPS”   udziela informacji w rodzaju „za 200 m ulica taka i siaka” i milknie. Nie daje się uruchomić w żaden sposób, nie wzrusza go nawet propozycja, żeby właściciel tego „super GPS” wysiadł sobie i spróbował trafić gdziekolwiek. (A żona wcale nie musi wiedzieć, że nawigacja piesza, to coś całkiem innego niż nawigacja samochodowa a te aplikacje dla niewidomych nie są robione z myślą o kierowcach. Argument zadziałał na krótką chwilkę.).

Kolejny restart nie poprawia sytuacji. GPS może powiedzieć, gdzie jesteśmy ale nie mówi gdzie iść, żeby dotrzeć do celu. A co mi po informacji, że za 200 m ulica Lenartowicza, skoro nie znam żadnej ulicy w tym mieście i nie wiem jakie ulice otaczają teatr. Na nic, tak nigdzie nie trafimy. Dzieci nerwowe, my także, robi się coraz później. Do niczego taka nawigacja, idziemy „na nosa”. Uff, zdążyliśmy. Mogę marzyć dalej, że kiedyś GPS poprowadzi mnie i/lub mojego męża tam gdzie chcemy.

Uniwersalnie frustrujące

Za radą męża włączyłam sobie odbieranie i kończenie rozmów przyciskami telefonu. Opcja przydatna przecież wszystkim została w telefonach firmy Samsung ukryta w ustawieniach dostępności. Niby dobrze, bo przecież niepełnosprawni jej potrzebują, bo im z pewnością łatwiej nacisnąć przycisk niż na wyczucie głaskać ekran w nadziei, że zareaguje jak należy, ale z drugiej strony dziwi, że nikt nie pomyślał, iż ustawienie takie powinno być łatwo dostępne dla wszystkich, bo ułatwi życie każdemu, kto jak powiedzmy lekarz izby przyjęć potrzebuje w trybie natychmiastowym odebrać telefon.

Chcecie innych przykładów?

Często spotykam się w swej pracy z osobami starszymi. Chciałyby korzystać z czytnika ekranu, ale w ograniczony sposób. Nie potrzebują pomocy w wybieraniu numeru czy pisaniu sms’a, ale oznajmianie głosem syntetycznym kto dzwoni byłoby dla nich bardzo wygodne. Jest aplikacja dla Androida, Która dokładnie to robi, ale albo robi nie zawsze, albo nie w każdym modelu telefonu, albo wreszcie zainstalowanie jej dla osoby po siedemdziesiątce jest zwyczajnie przeszkodą nie do przejścia. Inni znów chcieliby korzystać w pewnych sytuacjach z powiększenia, ale nie chcą na stałe ustawiać opcji dla słabowidzących. Niestety. Wszystkie te rozwiązania, jeśli nawet istnieją, to ich uruchomienie jest skomplikowane a niezawodność bardzo dyskusyjna.

Apple lekiem na całe zło

Niewidomi mówią, że to czy tamto nie działa jak należy, bo to przecież Android, a jak ktoś chce, żeby było dostępne i łatwo i uniwersalnie, to powinien w ogóle mieć urządzenie z jabłkiem. Mąż też mi tak powiedział. Dałam się więc namówić kilka lat temu na kupno Ipada. Potrzebowałam czegoś poręcznego, szybkiego i takiego, żeby mi się góra materiałów do bardzo trudnego egzaminu zmieściła. Za Ipadem przemawiało ponadto to, że miał być dobrze obsługiwany po niewidomemu. (Czasami coś nawet na tym tablecie robiłem, przeczytałem kilka książek, ale jak się okazało platforma mobilna od Apple ani taka łatwa w użyciu ani taka uniwersalna nie jest). Mąż Ipada używać zwyczajnie nie lubi. Twierdzi, że urządzenie jest tak osobiste, iż musiałby mieć tam wszystko poukładane wedle swoich preferencji i upodobań. To jeszcze można zrozumieć, ale czemu i tutaj z tych niby uniwersalnych rozwiązań wspierających wygodnie skorzystać się nie da?

Chcecie przykładu?

Niedziela. Czytam sobie artykuł w Polityce. Chciałam, żeby mąż posłuchał, bo tekst ciekawy. Lubimy czytać różne rzeczy a potem o nich rozmawiać. Aplikacja jest wygodna, wzrokowe korzystanie z niej jest dość przyjemne. Gorzej, jeśli chcesz się podzielić artykułem z niewidomym małżonkiem, albo zwyczajnie bolą cię oczy i nie chce ci się wpatrywać w nieprzyjemnie drażniące światło ekranu. Włączyłam VoiceOver, machnęłam po ekranie palcami jak należy. Pierwsza strona tekstu przeczytała się bez zarzutu, ale już przejście na kolejną przy włączonym screenreaderze okazało się zwyczajnie niemożliwe. I co? Wyszło na moje. Jak jest dla niewidomych, to po prostu nie działa.

Na koniec wypada chyba tylko powiedzieć, że rozwiązania poprawiające dostępność treści dla osób z niepełnosprawnościami powinny być tworzone w taki sposób, który umożliwi korzystanie z nich także osobom bez niepełnosprawności. Tworzenie treści cyfrowych jak i całego otoczenia umożliwiającego bezkolizyjne funkcjonowanie w cyberprzestrzeni w sposób dostępny dla osób z niepełnosprawnościami powinno oznaczać poprawę jakości korzystania z tych treści przez wszystkich.

 

Projekt współfinansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych oraz Gminy Miejskiej Kraków