Zawód - Masażystka zwierząt

Korzystanie z pomocy rehabilitanta jest dość powszechne. Rzecz jest albo droga, albo też wymaga spędzenia długiego czasu w oczekiwaniu na zaleconą terapię, ale w końcu jakoś dajemy radę. Po serii zabiegów wracamy do zdrowia. Jaka to ulga, gdy znika ból, możemy znów normalnie poruszać rękami, nogami, nie strzyka nam w kręgosłupie, prawda? Znacie to Państwo z własnego doświadczenia.

A co zrobić, gdy Wasz ukochany pies czy kot doznał kontuzji, uległ wypadkowi, czy też z powodu wieku stracił nagle sprawność fizyczną i poruszanie się to dla niego kłopot okupowany bólem? Serce boli. Jemu, naszemu mniejszemu bratu, też przydałaby się taka pomoc, jak i nam ludziom. Ale czy to możliwe? Oczywiście.

Przedstawiam Państwu Magdalenę Rutkowską, która pomaga zwierzętom poprawić lub przywrócić ich sprawność i kondycję fizyczną.

Agnieszka Pelczarska: Kim jesteś z zawodu?

Magdalena Rutkowska: Zajmuję się masażem leczniczym zwierząt.

A. P.: Przyznasz, że to dość niespotykany zawód.

M. R.: To prawda, chociaż fizjoterapia zwierząt, w tym masaż, cieszy się coraz większą popularnością i zainteresowaniem, zarówno opiekunów czworonogów, jak i lekarzy weterynarii.

A. P.: Gdzie się kształciłaś i w jakim zakresie?

M. R.: Początkowo planowałam zajmować się ludźmi. Wtedy, ponad 15 lat temu wydawało mi się to jedynym sposobem na zdobycie dobrego zawodu, który w przyszłości miał mi zagwarantować odpowiednie zarobki. Miałam też łatwość komunikacji z ludźmi i zdolności manualne. Wybrałam więc Technikum Masażu Leczniczego w mojej rodzinnej Łodzi.

A. P.: Kształciłaś się na rehabilitanta ludzkiego. Jak zatem doszło do tego, że zapragnęłaś pracować ze zwierzętami, a nie z ludźmi?

M. R.: Zawsze kochałam zwierzęta i miałam z nimi nieprzeciętnie dobry kontakt. Oczywiście marzyłam o pracy z nimi, ale nie miałam żadnego pomysłu na to jak osoba niewidoma może takie marzenie zrealizować. W IV, przedostatniej klasie technikum dotarło do mnie, że nie chcę masować ludzi. Byłam w tym dobra, ale zwyczajnie mnie to nie kręciło, a uważam, że ten zawód powinien być wykonywany z pełnym zaangażowaniem, nie tylko na zasadzie „odwalenia roboty” i „zgarniania kasy”.

To był o bardzo nieprzyjemne odkrycie, a że chwilowo nie potrafiłam znaleźć rozwiązania, zwyczajnie się załamałam. Miałam nawet, chyba 2-miesięczną przerwę w nauce. Całe szczęście później zdążyłam wszystko nadrobić. Później, czyli kiedy nagle wymyśliłam sobie nowy zawód, masażystki zwierząt. Pełną parą wzięłam się do roboty, bo od tej chwili znowu zaczęło mi zależeć na zdobyciu dyplomu z jak najwyższą notą.

A. P.: A co na to nauczyciele, Twoi znajomi i przyjaciele? Jak odnosili się do Twojego pomysłu na życie?

M. R.: Z ciekawością, ale też i niepokojem, że zamiast iść sprawdzoną, utartą ścieżką zawodową, wymyśliłam coś szalonego, na co może w ogóle nie będzie zapotrzebowania. Wszyscy zastanawiali się, jak ja na chleb zarobię. W tym czasie nasza domowa spanielka doznała częściowego niedowładu i automatycznie stała się moją pierwszą pacjentką. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że chcąc pracować ze zwierzętami muszę zdobyć dodatkową wiedzę w zakresie ich anatomii, fizjologii, schorzeń itd. Zrobiłam rekonesans i wiedziałam już, że nie mam najmniejszej szansy na studia weterynaryjne, ponieważ jestem całkowicie niewidoma. Nie dałam się zniechęcić i jeszcze w czasie nauki w technikum pożyczałam, skanowałam i czytałam podręczniki weterynaryjne i zootechniczne. Jako przedmiot maturalny wybrałam też biologię, bo idealnie pasowała do moich planów na przyszłość.

A. P.: Skończyłaś szkołę – Technikum Masażu i co dalej?

M. R.: Wzięłam swój dyplom i poszłam do jednej z większych lecznic dla zwierząt w Łodzi. Powiedziałam właścicielowi, że chcę u nich pracować i proponuję żeby przyjął mnie na 3 miesiące wolontariatu. Był zaskoczony, ale zaryzykował i się zgodził.

Na początku obawiałam się trochę, czy nie wyjdę na tzw. głupa. Przecież nie jestem weterynarzem, dokształcałam się sama, miałam ogromny niedosyt wiedzy, mnóstwo pytań i wątpliwości, czy nie popełnię jakiegoś błędu i nie zaszkodzę zwierzakowi. Okazało się jednak, że efekty mojej pracy były wręcz zadziwiające. Już na sam początek dostałam pacjentów, których rokowania były niekorzystne. Takie wrzucenie mnie na głęboką wodę stresowało, ale i bardzo motywowało. Szybko pojawiły się pierwsze sukcesy, zwierzaki wracały do zdrowia i sprawności, a ja byłam zasypywana przez opiekunów prezentami i jeszcze przed upływem tych pierwotnie ustalonych trzech miesięcy zaczęłam normalnie zarabiać swoją pracą. Nadal dokształcałam się teoretycznie i praktycznie. Oczywiście musiałam dostosować sam masaż i ćwiczenia, zmodyfikować techniki i chwyty.

Ukończyłam również kilka dodatkowych kursów dla techników masażystów, bo zależało mi na poznaniu jak największej palety możliwości, które potem będę mogła zaadaptować do pracy ze zwierzętami. Tu muszę przyznać, że rozczarowało mnie trochę podejście typu: przyjdziesz na kurs, to się przekonasz, o co chodzi. Ja wcześniej chciałam wiedzieć, czy metoda wymaga interakcji z pacjentem, wydawania komend, uczenia specyficznych ruchów i innych rzeczy, o których z góry wiadomo, że po prostu nie mają zastosowania podczas zabiegów na zwierzętach. Po co mam marnować miejsce na kursie, czas wykładowcy, mój własny, i oczywiście pieniądze? Nie zawsze to dociera do organizatorów, a szkoda.

A. P.: Jak układała się Twoja współpraca z weterynarzami?

M. R.: Bardzo dobrze. Przecież wszystkim nam chodziło o to samo. O leczenie zwierzęcych pacjentów wszelkimi dostępnymi metodami.

Z lekarzami weterynarii miałam kontakt już wcześniej i to nie tylko, jako opiekunka domowych futrzaków. Dużej pomocy udzieliła mi Dorota Sumińska, która jeszcze przed ukończeniem przeze mnie szkoły średniej pomagała mi zdobywać potrzebną wiedzę weterynaryjną. Kiedy już rozpoczęłam pracę w zawodzie również udzielała mi wsparcia, a nawet gościła w u siebie, w domu pełnym zwierząt. Miałam także okazję współpracować z nią kilka razy w gabinecie i masować jej pacjentów. Jestem też bardzo zadowolona ze współpracy z lekarzami weterynarii z wielu lecznic w Łodzi i okolic. Niezależnie od lecznicy, w jakiej w danym czasie pracowałam, a to się zmieniało, odsyłali do mnie swoich pacjentów. Konsultowaliśmy poszczególne przypadki, wymienialiśmy się opiniami, ustalaliśmy wspólnie przebieg leczenia itd. Czemu mówię o tym w czasie przeszłym? Obecnie mieszkam w Irlandii Północnej, a tu poziom weterynarii jest ogólnie znacznie niższy niż w Polsce, a weterynarze  niestety zamknięci na nowe rozwiązania. Za to ludzie zajmujący się bezdomnymi zwierzętami to grupa, z jaką tu najintensywniej współpracuję.

A. P.: Osoba niewidoma pracująca w zawodzie masażysty to nic nadzwyczajnego. To jeden z najbardziej dostępnych zawodów dla osób z dysfunkcją wzroku. W przychodniach czy szpitalach spotyka się osoby niewidome, pracujące w zawodzie masażysty czy fizjoterapeuty. Ale niewidomy masażysta zwierząt to coś nowego i rzadko spotykanego. Jak weterynarze odnosili się do Twojej niepełnosprawności i jak odnajdywałaś się w tym środowisku?

M. R.: Mój brak wzroku nie przeszkadzał pacjentom, więc koledzy i koleżanki z pracy też potraktowali to jak coś normalnego. Musieliśmy ustalić tylko kilka zasad, szczególnie dotyczących organizacji przestrzeni, bo lecznica potrafi w jednym momencie przekształcić się w istny labirynt, ze stosami worków karmy na środku, kontenerkami na zwierzęta "wyrastającymi" na drodze, mieszaniną ludzi, psów i kotów, wydawałoby się, że zajmujących całkowicie korytarz, którym akurat muszę przejść. To wszystko da się ogarnąć, a kiedy masuję czworonożnego pacjenta nie ma znaczenia czy widzę, czy nie. Znajomi weterynarze rozpowszechniają też znane masażystom informacje, że oczywiście nie ma to jak niewidomy masażysta, bo nikt inny nie ma takiego wyczucia itp. Może to i przesadzone, ale miłe.

A. P.: A opiekunowie zwierząt jak odnosili się do tego, że nie widzisz?

M. R.: Niektórzy dowiadywali się dopiero podczas drugiego lub trzeciego zabiegu. Miałam obczajone miejsce pracy, nie wszyscy wiedzieli wcześniej, że nie widzę i trudno im było to od razu wykryć. Dowiadywali się czasem w zabawny sposób, kiedy przynosili mi zdjęcie RTG, żebym rzuciła okiem lub nie pamiętając nazwiska weterynarza odsyłającego ich do mnie, zaczynali opisywać jak ów wygląda. Nigdy nikt nie próbował oszukać mnie przy płaceniu za zabieg, a z niektórymi klientami zaprzyjaźniłam się i utrzymujemy kontakt nawet teraz, kiedy jestem za granicą. Oczywiście tu również poznałam nowych zwierzolubów, z podobnym do mnie poziomem prozwierzęcego szaleństwa.

A. P.: Jak przebiega wizyta u masażysty?

M. R.: Pierwsza wizyta jest najtrudniejsza, bo zwierzak nie wie, co się będzie działo. Zawsze, z resztą podczas kolejnych zabiegów także, zaczynam od przywitania się z psem. Przyklękam przy nim, pozwalam się obwąchać, pozwiedzać pomieszczenie, oswoić się z nową sytuacją. Najważniejsze jest to, aby pacjent czuł się bezpiecznie, bo wtedy zaczyna fajnie współpracować. W tym samym czasie rozmawiam z opiekunem, robię wywiad, pytam o wiek, objawy, diagnozę weterynarza, historię leczenia psa lub kota itp. Potem diagnozuję pacjenta własnoręcznie. Jeśli kwalifikuje się do masażu, ustalamy szczegóły i rozpoczynamy terapię. Małe psy i koty masuję na stabilnym, dość wysokim stoliku, większe zwierzaki na podłodze, na sporym materacu, gdzie i opiekun może przysiąść podczas zabiegu.

A. P.: Podczas swojej pracy poznałaś wielu pacjentów, ale również ich opiekunów. Na czym polega i jak wygląda praca z opiekunem?

M. R.: Rola opiekuna jest tu bardzo istotna. To on zajmuje się zwierzęciem w domu i na spacerach. To on obserwuje zmiany, wykonuje zalecone przeze mnie ćwiczenia i najczęściej robi wszystko, co w jego mocy, aby zwierzak powrócił do zdrowia. Jestem pełna podziwu dla tych ludzi. Nawet, jeśli czasem są przewrażliwieni, reagują przesadnie, to podchodzę do tego z pełną wyrozumiałością. Fakt, przez to często daję się namówić do pracy w święta i o różnych porach dnia, ale bywa, że tylko tak możemy zorganizować zabieg, bo wiadomo, że ludzie też pracują, dojeżdżają do mnie z daleka i trzeba być w tej sytuacji elastycznym.

A. P.: Co powinno zaniepokoić opiekuna i skłonić do pomyślenia o rehabilitacji swojego zwierzaka?

M. R.: Jeśli ktoś zauważy, że zwierzę kuleje, na trudności z chodzeniem, wskakiwaniem do samochodu lub na kanapę, problem z chodzeniem po schodach, nienaturalną postawę ciała, np. garbi się i mocniej niż zwykle przenosi ciężar na przód ciała, ma zaburzenia równowagi i koordynacji ruchowej, to te objawy powinny zaniepokoić i skłonić do wizyty u weterynarza, bo mogą świadczyć o kłopotach ortopedycznych lub neurologicznych, a wtedy często istnieje możliwość pomocy poprzez rehabilitację.

A. P.: Magdo, opowiedz nam, proszę, coś o swoich pacjentach. Kogo miałaś w swoich rękach?

M. R.: W większości są to psy i koty, chociaż zdarzały się też tchórzofretki, króliki, świnki morskie, a ostatnio rozpoczęłam przygodę z masowaniem koni.

A. P.: Na co skarżą się Twoi pacjenci?

M. R.: Zwierzęta mają naturalną tendencje do ukrywania swojego cierpienia, słabości, niepełnosprawności. Dlatego właśnie warto być uważnym obserwatorem, wyczulonym na sygnały świadczące o tym, że nasze zwierzę coś boli, coś mu dolega. Tak jak my, zwierzęta są nękane przez różne schorzenia, choroby przewlekłe, zwyrodnieniowe, związane z wiekiem, trybem życia, uwarunkowane też przynależnością do danej rasy, jak skłonność do spondylozy u owczarków niemieckich czy dyskopatii u jamników. Otyłość też negatywnie wpływa na kondycję naszych pupili. Życie w mieście, bieganie po betonie, bez odpowiedniej amortyzacji dla stawów i śliskie podłogi w domach są kolejnymi zagrożeniami. Oczywiście bardzo ważna jest dieta zwierzęcia, dostosowana do jego wielkości, wieku, aktywności i tu nie opłaca się wybierać taniego jedzenia, chociaż często wcale nie musimy kupować weterynaryjnej karmy i pamiętajmy, że producenci też kombinują, zmieniając minimalnie skład pokarmu, umieszczając na opakowaniu śliczne zdjęcie pieska rasy, dla której to niby karma jest specjalnie przygotowana. Jeśli poczytamy skład, to może się okazać, iż różnica w cenie jest całkowicie niewspółmierna do różnicy w składzie karmy, jaką stosowaliśmy do tej pory, jeśli była odpowiednio dobrana. Wiem, rozgadałam się, ale to wszystko jest niesamowicie ważne, a dzięki stosowaniu zwykłej profilaktyki udaje się uniknąć wielu problemów.

A. P.: Jak pacjenci znoszą Twoje zabiegi?

M. R.: Z reguły bardzo dobrze. Najczęściej są wyluzowani, szczególnie, jeśli to już nie pierwszy zabieg i pacjent wie, czego się może spodziewać. Zdarzają się zwierzaki bardzo nerwowe, którym trudno wytrzymać nawet kilka minut i wiercą się podczas zabiegu, ale najczęściej przyzwyczajają się dość szybko. Przychodzą też zwierzaki, które od razu się układają i np. wyciągają do mnie bolącą łapę. Ludzie zwracają też uwagę na zrelaksowanie swoich zwierzaków, co nawet bywa utrwalane na zdjęciach. Zaskakująco grzeczne są też koty.

A. P.: Magdo, opowiedz nam coś o masażu. Jakie jest jego zastosowanie i skąd się wywodzi?

M. R.: Historii masażu, jako takiego, może tu nie będę przytaczać, ale masowanie zwierząt też nie jest całkowitą nowinką. Oczywiście w większości przypadków był on stosowany w celu polepszenia sprawności zwierząt pracujących (małpy zbierające orzechy z palm), sportowych (konie i psy wyścigowe oraz zaprzęgowe). Kiedyś modne było oklepywanie koni wierzchowych skórzanymi pasami, teraz praktycznie się od tego odeszło. Jeśli chodzi o masaż koni i psów to duże osiągnięcia ma tutaj Geary Whiting z Kalifornii. Stosuje on zabiegi na bazie Shiatsu. Popularny na świecie jest też T-touch, stworzony przez Lindę Tellington, ale wielu zwolenników tej metody sprowadza zabieg do pomiziania zwierzaka, czasem nawet nie ręką, ale np. piórkiem, więc jakoś nie budzi to mojego zaufania, jako masaż leczniczy, chociaż takie były założenia autorki i podobno T-touch powstał we współpracy z neurologiem. Nie oceniam. Wiem też, że podobnie jak to jest z kursami masażu dla ludzi, ofert jest całe mnóstwo, jednakże wartościowych, faktycznie podnoszących poziom naszych umiejętności już nie tak wiele.

A. P.: Jak działa masaż na organizm

M. R.: Zwierzęta mają szybszy od nas ludzi metabolizm, krócej żyją, a ich anatomia i fizjologia jednak trochę różni się od naszej. Niezależnie od tego masaż doskonale poprawia sprawność układu ruchu, przyspiesza regenerację po urazach, pomaga wzmacniać mięśnie, uelastycznia więzadła, działa przeciwbólowo itd. itp. Spora część naszych czytelników to masażyści, więc nie chce ich zanudzać czymś, o czym doskonale wiedzą, a tu analogii między terapią ludzi i zwierząt jest mnóstwo. W końcu my też jesteśmy zwierzętami. Za to chyba warto podkreślić, że zwierzaki z reguły bardzo szybko reagują na terapię. Jeżeli są niepełnosprawne np. w wyniku wypadku, zazwyczaj potrafią się przystosować do nowej sytuacji i radzą sobie tak świetnie, że na prawdę aż warto brać z nich przykład. Po prostu robią wszystko, co jest w danej sytuacji osiągalne. Bardzo dobre efekty daje masaż u szczeniąt i kociąt. Wspaniale przyspiesza rozwój motoryczny, koordynację ruchową, dzięki temu zwierzątko z problemami w tym zakresie ma szansę zrównać się poziomem rozwoju z resztą rodzeństwa i nie jest odtrącone. Największą grupę moich pacjentów stanowią oczywiście zwierzęta w podeszłym wieku, kiedy odzywają się wszelkie dolegliwości. Im też można bardzo poprawić komfort życia i znacznie ulżyć nawet w przewlekłych, zaawansowanych schorzeniach. Nie można też pominąć działania na emocje pacjenta. Masaż wpływa na zwierzę z podobną intensywnością jak w przypadku ludzi, więc warto go wykorzystywać, jako uzupełnienie pracy z nerwowym, lękliwym, nieufnym zwierzęciem. Pomaga znormalizować reakcje na dotyk i budować zaufanie do ludzi, co szczególnie ważne u psów i kotów po przejściach, które były wcześniej krzywdzone.

A. P.: Jakie zwierzęta kwalifikują się do zabiegu masażu?

M. R.: Wskazania to: dyskopatia, spondyloza, zespół końskiego ogona, dysplazje stawów łokciowych i biodrowych, porażenia i niedowłady, choroby zwyrodnieniowe stawów. To długa lista. Zwierzaki ulegają też wypadkom, urazom, cierpią na zwichnięcia, także wrodzone i nawracające. Wspomniana przeze mnie wyżej otyłość powoduje już tyle kłopotów, że opiekunów grubych zwierząt zachęcam do wizyty diagnostycznej, żebyśmy z góry mogli wychwycić, co może się niedobrego rozwinąć w kwadratowym psie lub kocie.

A. P.: A czy są jakieś powody, dla których nie można wykonywać u zwierząt zabiegu masażu?

M. R.: Tak. Ostre stany zapalne, wysoka gorączka, cieczka i ruja (głównie ze względu na zachowanie suczki lub kotki oraz innych pacjentów), świeże złamania, otarta, np. przez niewłaściwie założony gips skóra, i inne jej uszkodzenia oraz oczywiście choroby zakaźne. Masuję też suki i kotki w ciąży, oczywiście, jeśli przyszła mama jest spokojna i zabieg ją odpręża, nie stresuje. Nowotwory też są przeciwwskazaniem, ale tu podobnie jak u ludzi czasem pacjentowi pozostało już bardzo niewiele życia i jeśli masaż mu doraźnie pomaga, to się go wykonuje.

A. P.: Wspominałaś tu wcześniej o tym, że musiałaś zaadaptować techniki masażu stosowane w zabiegach na ludziach, do zabiegów masażu wykonywanych na zwierzętach. Czym różni się masowanie ludzi od masowania zwierząt?

M. R.: Tutaj przede wszystkim mamy skórę intensywnie owłosioną, za to luźniej związaną z tkankami leżącymi, poniżej, więc łatwiej jest przesuwać rękę razem ze skórą. Pracuje się trochę bardziej pod kątem. Trzeba też unikać odrywania ręki podczas wykonywania ruchu, żeby nie drażnić mieszków włosowych i nie spowodować dyskomfortu u pacjenta, a przy dłuższym występowaniu takiego błędu nawet do stanu zapalnego mieszków włosowych. Czyli głaskać pod włos nie powinno się, ale masować można, tylko umiejętnie. Opracowywanie poszczególnych partii ciała, stawów itd. też się różni. Pies ma o wiele głębszą panewkę biodrową i sam staw też jest głębszy, więc chociażby z tego powodu trzeba zmienić sposób zabiegu. Pamiętajmy również, że psy są czworonogami i palcochodami, więc samo zjawisko chodu wygląda u nich inaczej; odmiennie rozkłada się ciężar, inaczej rozwijają się napięcia w ciele. Koty są zwierzętami bardzo elastycznymi, ale mają kilka naprawdę wrażliwych punktów, gdzie używając niewielkiej siły możemy zrobić kotu krzywdę.

Generalnie apeluję do tych, którzy nie są masażystami, bo ci ostatni już raczej sami są na to wyczuleni, by mieli na uwadze, że nieumiejętnym masażem można narobić więcej szkody niż pożytku. Nawet, jeśli w książce były precyzyjne rysunki, co i jak wykonać, a miła pani na filmie wyraźnie wszystko demonstrowała. Nie da się nauczyć masażu korespondencyjnie czy przez Internet. Chciałabym kiedyś stworzyć szkołę rehabilitacji zwierząt z prawdziwego zdarzenia. Z porządnymi stacjonarnymi zajęciami i oczywiście grupą mądrych kompetentnych nauczycieli.

A. P.: Magdo, wspominałaś tu o dobroczynnym wpływie masażu na organizm zwierzęcia. Ciekawa jestem, jakie są twoje odczucia podczas wykonywania zabiegów. Czy to jedynie praca fizyczna plus wiedza z zakresu weterynarii? Co czuje Twoje serce?

M. R.: Jak pamiętasz właśnie od potrzeby serca się zaczęło i nadal to, co najbardziej podoba mi się w mojej pracy to kontakt ze zwierzętami, które potrafią w prosty i szczery sposób okazywać emocje.

Za to ja muszę być spokojna, opanowana i to autentycznie, bo zwierzaka nie tak łatwo oszukać pozornym uśmiechem i jeśli faktycznie gotujemy się w środku ze złości lub się boimy, nie ukryjemy tego przed zwierzęciem.

Co do strachu mam to szczęście, że nigdy nie bałam się nawet dużych zwierząt. Nie próbuję ich też na siłę zdominować, tylko koncentruję się na pozytywnym kontakcie, zapewnieniu pacjentowi bezpieczeństwa i komfortu.

Dzięki temu wszystkiemu już wiele agresywnych w stosunku do innych ludzi zwierzaków było moimi pacjentami, z którymi nie miałam najmniejszych problemów.

Jak wspomniałam wcześniej, zajmuję się także zwierzętami bezdomnymi, mieszkającymi w schroniskach lub w domach tymczasowych. Od początku założyłam sobie, że będę część swojej pracy wykonywać woluntarystycznie, właśnie na rzecz bezdomniaków. Robiłam to w Polsce, współpracując z różnymi prozwierzęcymi organizacjami. Robię to także tutaj i dzięki temu popularyzuję masaż zwierząt w Irlandii Północnej.

A. P.: Gdyby ktoś zachwycił się tym zawodem i chciał pójść w Twoje ślady, to, jaki kurs, czy szkołę mogłabyś polecić?

M. R.: Teraz nie pytaj mnie o kurs, jaki mogę polecić zainteresowanym wykonywaniem mojego zawodu, bo niestety nie znam takiego, który mogłabym z czystym sumieniem zarekomendować. To nie znaczy, że taki nie istnieje, ale także zagraniczne kursy są niejednokrotnie zwykłą ściemą, bo nikt mi nie wmówi, że człowiek nie mający wcześniej żadnego doświadczenia, nagle kończy weekendowy lub nawet tygodniowy kurs zbiorowy i staje się profesjonalnym masażystą, zna wystarczająco dobrze teorię i praktykę.

A. P.: Magdo, gdzie teraz pracujesz?

M. R.: W tej chwili pracuję w Lisburn, w Irlandii Północnej. Mam własną działalność. Uprzedzam pytanie o powrót do Polski. W NI jestem ponad 3 lata. Nigdy nie planowałam zostać tu na stałe, ale myślałam o przeniesieniu się po kilku latach na południe Europy. W zeszłym roku odwiedziłam Polskę i chyba od tamtej pory ciągle myślę o powrocie. Konkretnej daty jeszcze nie wyznaczyłam, bo dzieje się tu sporo ciekawych rzeczy i trudno tak wszystko rzucić z dnia na dzień, ale tęsknię za rodziną, przyjaciółmi i marzę o swoim domku na wsi, oczywiście w Polsce.

A. P.:, Dziękuję Ci Magdo za udzielenie wywiadu i czekamy na Ciebie w kraju. Do zobaczenia!

M. R.: Było mi bardzo miło, ja również dziękuję za rozmowę. Do zobaczenia w Polsce.

 

Tych z państwa, dla których artykuł ten okazał się interesujący i którzy pragnęliby dowiedzieć się więcej o mojej rozmówczyni i jej zawodzie, zapraszam do odwiedzenia strony internetowej Magdaleny Rutkowskiej.

www.animal-massage.com

Strona internetowa jest w dwóch językach: angielskim i polskim.

 

Projekt współfinansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych oraz Gminy Miejskiej Kraków