[fot. Zdjęcie przedstawiające zwinięte cumy leżące na molo]
Roman Roczeń, pieśniarz i gitarzysta, którego repertuar stanowią głównie utwory szantowe, zarówno covery, jak i kompozycje własne, pomysłodawca i organizator projektu „Zobaczyć morze” opowie Nam o zmaganiu z własnymi słabościami, o swoich pasjach oraz o prawdziwym obliczu morza

JP: Jesteś człowiekiem niezwykle aktywnym. Skąd czerpiesz siłę potrzebną do realizacji wszystkich Twoich pomysłów?
RR: Naprawdę uważam, że nie robię nic wyjątkowego. To nie jest żadna fałszywa skromność. Realizuję tylko jedno założenie. Brzmi ono: Nie daj się! To jest chyba sedno sprawy, bo brak wzroku wcale nie jest bułką z masłem, drobnostką. Pierwsze pytanie, jakie należy sobie zadać, to: „No dobrze, nie widzę i co dalej?”. Można się skupić na tym niewidzeniu i tak się w to zapatrzeć, że nie dostrzec niczego wokół. Można również, obok tego niewidzenia, dostrzec, że są jeszcze inne zmysły, że są wokół nas ludzie, wartości, idee. I nie ważne, czy szczytem naszych możliwości będzie, na chwilę obecną, pójście do sklepu położonego o 10 metrów dalej, niż ten, do którego chodzimy codziennie, czy skok na spadochronie. Chodzi o to, żeby znaleźć w sobie swój własny powód do realizowania hasła: Nie daj się!, powód do walki z samym sobą.
Oczywiście można polegać zawsze na innych. Przecież łatwiej jest poprosić o herbatę kogoś widzącego niż samemu ją sobie zrobić, ale można też spróbować i wygrać niezależność.
JP: Od kiedy trwa Twoje zmaganie z samym sobą?
RR: Od zawsze. Tylko ostatnio stało się chyba bardziej świadome. Rozumiem teraz niepełnosprawność, rozumiem też, jak ważna jest walka z nią.
Dwa lata temu miałem bardzo poważny wypadek, który skończył się dość szczęśliwie, choć pozostawił wiele spustoszenia w moim organizmie. Niefortunny upadek spowodował uszkodzenie rdzenia kręgowego na poziomie 2-go kręgu, co właściwie kwalifikuje do leżenia w łóżku do końca życia. Po wypadku zrozumiałem, jaką wartość ma walka o każdy ruch, takie zmaganie się ze sobą. Mój system nerwowy zapomniał, że do życia potrzebne są pewne podstawowe czynności. Przez półtorej miesiąca przebywałem pod respiratorem, miałem problemy z równowagą, musiałem nauczyć się chodzić. Do dziś myślę, że niezłym dowcipem Pana Boga jest strzelić mnie po rękach. Mam kłopot z rozpoznawaniem wielu rzeczy dotykiem, słabo wyczuwam temperaturę, czy coś jest suche lub mokre. Mógłbym się skupić na tym, jak bardzo jest mi źle w życiu, mam do tego pełne prawo. Tylko, czy będzie mi dzięki temu lepiej? Robienie wrażenia kogoś nieszczęśliwego przez moment daje poczucie powagi własnego stanu, ale jest niebezpieczne, złudne i nic pozytywnego z tego nie wynika.
Często ludzie pytają, dlaczego nie gram na gitarze, bo przecież chodzę, spotykam się z ludźmi, żyję normalnie. Jeżeli nie widzą krwi, połamanych kończyn, to znaczy, że człowiek jest zdrowy. Ciężko jest zmienić takie podejście i uważam, że nie można osobie, która nie przeszła przez tego typu chorobę, wytłumaczyć, jak to jest uczyć się wszystkich czynności od nowa. Nie wiem, jak mam im wytłumaczyć, że nie ma chyba na świecie kogoś, kto bardziej niż ja chciałby grać.
JP: Co Ci dało siłę, żeby dojść do siebie po wypadku?
RR: Żona i dzieci. Człowiek sam dla siebie jest, co prawda, największą wartością, ale trudno siebie samego sobą samym zainspirować do tego stopnia. Dużo dała mi także świadomość, że ludzie wierzą we mnie bardziej, niż ja sam. Pojawiła się seria wpisów w księdze gości na mojej stronie, w których ludzie ciągle wspominali, przesyłali słowa otuchy. Mimo, że dwa lata nie grałem, nie było mnie na scenie, wciąż pamiętali, bo zostawiłem w nich coś więcej niż samą muzykę.
JP: Jakie były początki Twojego zawodowego grania?
RR: To bardzo stare czasy. Muzyka towarzyszyła mi zawsze. Przyszedł taki czas, że zapanowała moda na muzykę w pubach. To była najlepsza forma. Ten sposób grania umożliwia otrzymanie pełnej informacji zwrotnej o tym, co się robi. Szybko zrozumiałem, że cały przemysł „około niepełnosprawny”, czyli festiwale niepełnosprawnych, nie są dla mnie. W Polsce nie ma promocji, prawdziwej promocji, muzyków niewidomych. Nie myśli się o tym, że jeśli znajdzie się kogoś, kto jest zdolny, to trzeba go, jak najszybciej, wypchnąć do świata artystów, bo świat niewidomych i świat artystów to dwa różne światy. On może się z tym zmierzyć i wygrać lub wrócić do niewidomych, bo mu tam cicho i bezpiecznie. Nie neguję przydatności różnych warsztatów artystycznych, jest to potrzebna forma rehabilitacyjna, ale należy rozróżnić rehabilitację i zawodowe granie.
Miałem dużo szczęścia. Nigdy moje „być albo nie być” nie zależało od czapki, nie musiałem grać na ulicy. Wielu moich widzących kolegów brało lub gra i zarabia w ten sposób, ale ja jestem raczej tradycjonalistą.
[fot. Okładka płyty Romana Roczenia – W przerwie, podpis: Roman Roczeń – W przerwie]
Od początku grałem w pubach. Jest to dla mnie bardzo zdrowy układ. Ludzie przychodzą mnie posłuchać i przy okazji zostawiają pieniądze w pubie. Współpracuję z ludźmi, których nie stać na charytatywność. Ja śpiewam, zarabiam, oni mi płacą, ale zarabiają więcej. Zwykły mechanizm ekonomiczny, który jest moim zdaniem bardzo fair. Nikt nikogo nie zmusza do przyjścia. Na najciekawszy jednorazowy występ artystyczny, można kogoś namówić, przekonać, ale przez 7 lat, tydzień po tygodniu, tak się nie da. Jest kilka takich miejsc, w których gram od kilku lat. W klubie „7-ka” koncertuje od 9 lat.
W trakcie grania w pubach, przyszedł czas na Festiwal Szantowy w Giżycku w 2000 roku. Przegapiłem termin składania kaset demo, lecz tak się złożyło, że członkiem jury był mój znajomy i zgodził się przyjąć nagranie. Wygrałem ten festiwal.
[fot. Zdjęcie przedstawiające jacht, podpis: Jacht na pełnym morzu]
JP: Jakie to uczucie grać i śpiewać dla tysięcy ludzi?
RR: Festiwal to nie mój pierwszy występ przed szerokim gronem, była przecież „Szansa na sukces” i Sala Kongresowa. Oczywiście to wspaniałe uczucie, bo człowiek ma świadomość, że jest tam, gdzie chciałoby być wielu. Jednak, jeśli chodzi o taki prawdziwy kontakt z ludźmi, wolę te mniejsze miejsca, gdzie można z odbiorcami być bliżej.
Gdy gram w pubie, poznajemy się z publicznością powoli, budujemy napięcie, tempo, wzajemną relację. W takich wielkich rozdaniach, gdy mam tylko trzy piosenki, nie ma miejsca na taką bliskość.
JP: Pochodzisz ze Szczytna, jednak zdecydowałeś się zamieszkać w Warszawie. Nie przerażało Cie duże miasto?
RR: Przez osiemnaście lat przebywałem w Laskach, stąd do Warszawy było mi blisko. W latach osiemdziesiątych, powędrowałem do Olsztyna. Wydawało mi się, że tam, blisko domu, zbudujemy z kolegami fajną grupę. Nie wyszło. Okazało się jednak, że dawny kierownik zespołu muzycznego przy PZN-ie szuka ludzi do pracy w drukarni. Mimo, że kierownik spółdzielni, w której wtedy pracowałem, nie zgodził się na rozwiązanie umowy i musiałem porzucić pracę, nie zastanawiałem się długo. Byłem wtedy na etapie, w którym potrafiłem się spakować i przeprowadzić bez namysłu na drugi koniec Polski.
Jestem człowiekiem aktywnym, a w Warszawie zawsze dużo się dzieje. Jest stąd blisko we wszystkie strony świata.
JP: Pukałeś od pubu do pubu?
RR: Nie umiem robić takich rzeczy. Pomogło mi szczęście i moi koledzy z Olsztyna. Znaleźli miejsce do grania dla siebie, leczy ich zespół był za duży, żeby móc się pomieścić w pubie. Otrzymałem propozycje grania tam w duecie z ich gitarzystą.
[fot. Zdjęcie przedstawiające bocianie gniazdo – widok z dołu, podpis: Bocianie gniazdo]
JP: Szanty i morze są ze sobą nierozerwalnie związane. Jak były początki projektu „Zobaczyć morze”?
RR: O początkach przedsięwzięcia krążą legendy, nie ma w tym jednak nic magicznego. W 2000 roku, postanowiłem sprawdzić, o czym tak naprawdę śpiewam, czy mój przekaz jest wiarygodny i prawdziwy. Byłem wtedy na etapie pokonywania własnych niemożności. Na jednym z festiwali, zupełnie przypadkowo, usiadł naprzeciw mnie Marek Szurawski. Pomyślałem sobie, bądź dzielny, zapytaj… i zapytałem, czy mógłbym z nim popłynąć na wyprawę, na którą zapraszał ze sceny. Stwierdził, że nie ma problemu. Nie czekałem, aż się rozmyśli. Jakiś czas potem, wyznał mi, że tak naprawdę to, w związku z moim udziałem w rejsie, miał same obawy, ale przyparłem go do muru i nie wiedział, jak się zachować. Jego stwierdzenie, że nie ma problemu, dało mi jednak do myślenia. Stwierdziłem, że skoro on nie widzi przeszkód, to te przeszkody są we mnie i sam muszę je zwalczyć. I zrobiłem coś, co było początkiem „Zobaczyć morze”.
Mój pierwszy rejs miał się rozpocząć w Walencji, do której trzeba było dojechać autokarem. Ten natomiast startował spod Centrum Wychowania Morskiego w Gdyni. Potraktowałem całą te wyprawę, jak wyzwanie. Najpierw musiałem jechać pociągiem do Gdyni, następnie znaleźć budynek CWM, właściwy autokar i, co najtrudniejsze, nauczyć się przebywania z ludźmi na bardzo małej powierzchni. Trudne było także poproszenie kogoś, żeby pomógł znaleźć toaletę itp. Takie rzeczy są dla niewidomych niezwykle krępujące. Przyjechaliśmy na miejsce i okazało się, że przecież muszę zapoznać się z jachtem i wszystkim, co się na nim znajduje, a wokół nie ma nikogo, kto wie, jak w tym pomóc niewidomemu. Wydawało mi się to naprawdę skomplikowane, ale poradziłem sobie i z tym wyzwaniem, a potem już tylko smakowałem morze.
JP: Oglądając relacje telewizyjne, choćby z poszczególnych edycji „Zobaczyć morze”, odnosi się wrażenie, że jacht to jedna wielka plątanina lin, drążków i cała masa dziwnych urządzeń. Jak się odnalazłeś wśród żeglarskich akcesoriów?
RR: Żeglarstwo jest jednym z najlepszych sportów, w których spotykają się widzący i niewidomi uczestnicy. Zasady w nim panujące są zgodne z codziennymi oczekiwaniami osób niewidomych. Wszystkich żeglarzy uczy się na początku utrzymania porządku. Wszystko na jachcie ma swoje miejsce. W sytuacji awaryjnej, gdy robi się ciemno lub zaczyna bujać, nie ma czasu na szukanie potrzebnych sprzętów czy lin. Podobnie jest z osobami niewidomymi, choć może nie są one pedantyczne z natury, to z czasem uczą się porządku, bo jest im wtedy po prostu łatwiej żyć.
[fot. Jacht z opuszczonymi żaglami, podpis: W górę żagle]
JP: Stwierdziłeś, że jeśli Ty poradziłeś sobie podczas rejsu, to inny mogą spróbować żeglarstwa?
RR: Tak. Ja np. nie jestem żeglarzem. W tematyce okołomorskiej najbardziej lubię muzykę morza. Nie interesują mnie węzły, mile i osiągi. Po prostu lubię pływać. Pomyślałem, że inni też powinni mieć okazję spróbować. Na początku traktowałem pomysł w kategoriach żartu. Chciałem zebrać grupę znajomych i zorganizować wspólny rejs. Tak powstała pierwsza grupa niewidomych, którzy wieli udział w „Zobaczyć morze”. Okazało się, że taka wyprawa jest doskonałą formą rehabilitacji, która wykorzystuje dwa narzędzia – jacht i morze. Najważniejsze jest to, że podczas rejsu każdy spotyka swojego największego przeciwnika – samego siebie. Zapraszając ludzi na jacht, daję im możliwość posiedzenia w kubryku, gdzie nic się nie wydarzy lub zmierzenia się z własnymi słabościami i zdobycia nowych doświadczeń. To, jaką formę wybiorą, czy zmierzą się z sobą, zależy tylko i wyłącznie od nich.
JP: Zdarzały się osoby, które chciały bezpiecznie przeczekać rejs na koi?
RR: Oczywiście, byli tacy, którzy nic nie chcieli robić. Ale były też osoby, które mówiły, że na sterowaniu się nie znają, ale mogą obierać ziemniaki. Nie chodzi przecież o to, by wszyscy znali się na wszystkim. Chodzi o to, by dać coś z siebie, by spróbować. Rysiek Sawa, maratończyk, schodząc z jachtu, powiedział, że dzięki rejsowi dowiedział się, że żeglarstwo nie jest jego sportem, ale to też jest jakaś wartość. Dzięki udziałowi w „Zobaczyć morze”, może to powiedzieć z pełną odpowiedzialnością i nikt nie zarzuci mu, że nie wie, o czym mówi. Morza nie zrozumiemy oglądając je w telewizji, czy słuchając opowieści i relacji, trzeba posiedzieć w środku tego wszystkiego, na własnej skórze doświadczyć chorobę morską, a także błogość, jaka nastaje, gdy dolegliwości mijają.
Gdy człowiek zrobi coś, czego do tej pory nie próbował, zdaje sobie sprawę, że stać go na wszystko. Wierzę w to, mam na to dowody, że jeżeli tylko chcą, ludzie Ci zabierają to przekonanie ze sobą i inaczej patrzą na życie.
Mam za sobą skoki spadochronem, loty paralotnią, długo jeździłem sam stopem. Czynności pozornie niebezpieczne i nieosiągalne dla osoby niewidomej, ale jak widać, udało się.
JP: Szukałeś dreszczu emocji, czy chciałeś sobie coś udowodnić?
RR: Też zawsze się o to pytałem. Nie wiem, ale raczej nie jest to kwestia szukania adrenaliny. Może po prostu kolekcjonuje wrażenia. Najlepiej pamiętam skok spadochronowy. Właściwie to namówił mnie na niego kolega. Pomysł padł we wtorek, a ja od wtorku do piątku kombinowałem, jak się wykręcić. Wymyśliłem chyba milion powodów, lecz kiedy pomysłodawca wprost powiedział mi, że się wykręcam, nie miałem już wyjścia, bo do gry weszła ambicja. Gdy byliśmy na miejscu, gdy pojawił się instruktor, potem samolot, pomyślałem, że pora na strach się skończyła i teraz albo wezmę się w garść i będę się świetnie bawił albo zepsuję sobie i innym zabawę. Kiedy spadaliśmy, stwierdziłem, że jeżeli nawet spadochron się nie otworzy, to i tak nie zdążę nawet poczuć upadku o ziemię.
JP: Czy ciężko było skompletować widzącą część załogi?
RR: Nabór widzącej części załogi trwał pięć lub sześć dni. Oczywiście, jak w życiu, okazało się, że niektórzy nie zdawali sobie sprawy, w czym biorą udział i wyszło to na jaw na jachcie. Nigdy nie będę miał stuprocentowej pewności, że ludzie, których zabieram na rejs, to Ci odpowiedni. Nikt tego nie wie. Staram się dbać o to, by była to na tyle duża grupa osób, że jeżeli nawet cześć uczestników powie, że nie będzie czegoś robić, to nie stanie się to kosztem bezpieczeństwa. Zawisza jest jachtem, który w sytuacji krytycznej poprowadzi nawet sześcioosobowa załoga. Nasza liczy czterdzieści, więc margines bezpieczeństwa jest duży. Ja, oczywiście, muszę mieć zaufanego kapitana, pewnego bosmana i oficerów. A relacje i umiejętność współpracy. wykształcą się same. Cała reszta to morze, jacht i czas.
JP: Załoga przeszła jakieś szkolenia? Zapoznała się wcześniej z budową i wyposażeniem jachtu?
RR: Nie. Okazało się, że jeden dzień wystarczy. Oczywiście, każda wachta musi poznać swoje żagle. Zawisza ma dziesięć żagli, a ich obsługa jest rozdzielona na cztery wachty. Na początku chodzi o to, by nowa załoga poprzymierzała się do wszystkich czynności. Każdy człowiek jest inny, zdarzają się wachty bardziej żeglarskie, ale też te bardziej kambuzowe. Nikogo do niczego nie można zmuszać. Jeden lepiej czuje się stawiając żagle, drugi sprzątając, gotując, śpiewając czy snując nocne opowieści. Żeby postawić żagle wystarczą trzy osoby. Wachta składa się z ośmiu. Tym trzem osobom może być trochę trudniej lub trochę łatwiej, w zależności od tego, czy reszta im pomoże. Z czasem okazuje się, że niewidomi świetnie sprzątają, szorują pokład, gotują, czy noszą talerze po bujającym się pokładzie. Nie jest to, rzecz jasna, łatwe. Ktoś może powiedzieć, że jest niewidomy i nie da rady, ale widzi równocześnie, że wokół niego są inni niewidomi, którzy sobie radzą i robi mu się wstyd.
JP: Nie bałeś się wrócić, po wypadku, na Zawiszę?
RR: Nie. Musiałbym bać się życia. Cały wypadek w ogóle nie był związany z Zawiszą, ani żadnymi żeglarskimi czynnościami. To było po prostu niefortunne postawienie nogi, które mogło się również zdarzyć na schodach w piwnicy. Nie mam na co zwalić, ani na Zawiszę, ani na siebie. Oczywiście, po powrocie na jacht, musiałem zafundować sobie terapię. Pierwszymi schodkami, przed którymi stanąłem, były te, z których spadłem. Przez chwilę zastanawiałem się, co mogłem zrobić wtedy źle, ale ta wiedza i tak na nic mi się już nie przyda, nic nie zmieni.
[fot. Zdjęcie przedstawia jacht pełnomorski, podpis: Zobaczyć morze mogą wszyscy]
JP: Czy udział w kolejnym rejsie był łatwiejszy od pierwszego? Czy starcie z wrogiem było prostsze?
RR: Morze nie jest dla mnie wrogiem, a rozmówcą. Każdy, kto walczy z morzem, musi polec. Pierwsza lekcja, jaką dostałem, to była nauka pokory. Pierwszy rejs, w jakim brałem udział, to był taki wakacyjny wypad. Wysepki, słońce, fale… Wszystko było jak z obrazka… do pewnego momentu. W Genui nastał wyż, a w Marsylii niż, a nasz jacht utknął pomiędzy nimi. Sztorm miał siłę jedenastu stopni w skali Beauforta. I nagle wakacjusze znaleźli się w sytuacji, która niejednemu wytrawnemu żeglarzowi sprawiłaby wiele trudności. Ludzie biegali do kapitana i pytali, czy nic się nie da zrobić, czy nie można było tego przewidzieć. Skarżyli się, że nie działają im komórki. I to była dla mnie lekcja. Osoby, które latały samolotami do Stanów Zjednoczonych, były ważnymi biznesmenami, stawały się w obliczu żywiołu bezbronne jak dziecko, a jedyne, co mógł zrobić kapitan, to zrzucić żagle, zamknąć wszystkie włazy, ustawić sternika tak, by trzymał jacht pod falę i czekać, aż morze się uspokoi. Nawet najgorszy sztorm kiedyś mija, z morzem można się dogadać, ale nie można z nim walczyć.
[fot. Zdjęcie przedstawia ster na jachcie, podpis: Każdy czasem marzy, by stanąć za sterem]
JP: W pierwszy rejs popłynęła z wami ekipa TVN, teraz na pokład zawitała TVP i norwescy załoganci. Czy masz już pomysł na przyszłoroczny rejs?
RR: Szczerze mówiąc jestem obecnie na etapie zmęczenia materiału, a z drugiej strony mam pełną świadomość, że już powinienem się zabrać za organizowanie kolejnej edycji. Ja zwyczajnie lubię pływać, a jak się człowiek bierze za organizację, to musi stawać przed w niewyobrażalnymi wyzwaniami. A ja ani nie jestem ze stali, ani nie lubię zderzać się z takimi sprawami. Lubię żeglować, delektować się obcowaniem z morze, a ciągle jestem na tym jachcie organizatorem. Na szczęście są przy mnie ludzie odporniejsi ode mnie, którzy to wszystko wytrzymują.
JP: Wróćmy do muzyki. Twoja płyta „Chłodnia” odniosła sukces. Piosenka tytułowa weszła na dwudzieste miejsce listy przebojów radiowej Trójki. Niedawno ukazała się kolejna płyta „W przerwie”. Okoliczności, jakie towarzyszyły wydaniu drugiej płyty, nie były sprzyjające. Jak Ci się to udało?
RR: W życiu pojawiają się czasem światełka na drodze, można udać, że się ich nie widzi, a można je dostrzec i z nich skorzystać. Takim światełkiem był telefon od mojego przyjaciela. Natknął się na materiały źródłowe, które nagraliśmy cztery lata temu i zapytał, czy chciałbym je w jakiś sposób wykorzystać. Pomyślałem, że to chyba ostatni gwizdek, by coś z tym materiałem zrobić. Ustaliłem sobie termin, w którym płyta się ukaże. Gdy jest termin wydania płyty, musi być promocja. Nie ma promocji bez koncertu, więc siłą rzeczy trzeba było ustalić też termin koncertu. Cała reszta okazała się już tylko realizacją hasła „Nie daj się!”. Mogło się zdarzyć, że mój organizm, w połowie prac nad płytą, powiedziałby mi „Wiesz stary, chciałeś dobrze, ale wyszło jak zwykle”, ponieważ w maju, gdy rozpoczęły się przygotowania, mój głos, jako instrument, nie był wcale w świetnej formie, ale tak się nie stało. Zadzwoniłem do znajomego gitarzysty z propozycją nagrania płyty. Mimo tłumaczeń, że ma sporo pracy itp., doszło do spotkania. Po pewnym czasie przyznał mi się, że zastanawiał się, czy wszystko ze mną w porządku i czy, przypadkiem, nie wydaje mi się, że śpiewam lub czy nie wydaje mi się, że dobrze śpiewam. Gdy doszło do pierwszej próby, odetchnął z ulgą. Mimo, że mój organizm stawał okoniem, z próby na próbę szło nam coraz lepiej. Czułem, że to, co robimy, ma sens. To co się zdarzyło w maju, podczas koncertu, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nie myślałem, że przyjdzie tyle ludzi. W Gnieździe Piratów, gdzie z trudem mieści się trzysta osób, koncertu słuchało ich pięćset. Sprzedaż biletów została wstrzymana i wielu odeszło od drzwi z niczym. W powietrzu czuć było, że to takie wspólne święto, moje i ich. Teraz myślę, że było to nawet bardziej święto ludzi, którzy mieli swój wkład w mój powrót. To nie moja, a ich siła sprawiła, że byłem tam, w Gnieździe Piratów, a nie w szpitalu. Dla mnie to był ostateczny dowód, że wygrałem ze sobą.
JP: Gdzie można kupić płytę?
RR: Płytę można kupić wyłącznie u mnie, poprzez stronę internetową, kontakt mailowy lub bezpośrednio na koncertach.
JP: Plany na przyszłość? Kolejna płyta, kolejny rejs, czy może coś zupełnie nowego?
RR: Płytę „ Po przerwie” należy chyba określić jako przejściową. Oczywiście jest ona ważna, ponieważ piosenek, które się na niej znalazły nikt już nie śpiewa, ciągle funkcjonują jako standardy, ale się ich nie wydaje, bo trochę nie wypada, bo trudno zrobić coś odrębnego od pierwowzoru. Ale ja miałem wybór, albo przez te nagrania przybliżę ludziom siebie, albo ich już nigdy nie dotknę. Mam owszem plany na nową płytę, ale nie chciałbym o nich mówić.
JP: Chcesz zaskoczyć słuchaczy?
RR: Zaskoczyć, pewnie tak. może nawet najbardziej samego siebie.
JP: Gdzie można Cię zobaczyć, posłuchać?
RR: Polecam czujność i zaglądanie na moją stronę internetową, zwłaszcza do działu Rozkład jazdy. Obecnie grywam regularnie, raz w miesiącu, w Gnieździe Piratów i w Czarnej Perle.
[fot. Okładka płyty Romana Roczenia – Chłodnia, podpis: Roman Roczeń – Chłodnia]

Partnerzy

 Fundacja Instytut Rozwoju Regionalnego                     Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

Back to top