Człowiek renesansu to ktoś o szerokiej wiedzy i bardzo wszechstronnych zainteresowaniach. Taki właśnie był niewidomy profesor Witold Kondracki, zmarły 24 czerwca 2015 roku. Niepełnosprawność nigdy nie determinowała jego życiowych wyborów, ani nie ograniczyła realizacji marzeń. Dlatego warto bliżej przyjrzeć się, kim był profesor.

Młodość

Urodził się 29 września 1950 roku na warszawskim Żoliborzu. Jego ojciec (również Witold) pochodził z Wileńszczyzny i profesor żartował, że swoje imię zapewne zawdzięcza litewskim korzeniom i postaci księcia Witolda, który u boku Władysława Jagiełły walczył z Krzyżakami pod Grunwaldem. Pan Kondracki mawiał o sobie, że w dzieciństwie był taki jak każdy chłopak – nie stronił od bójek, lubił chodzić po drzewach. Jeżeli coś go interesowało, oddawał się temu całą duszą. Jedną z jego pasji była chemia, a szczególnie różnego rodzaju doświadczenia i eksperymenty pirotechniczne. To właśnie w wyniku jednego z nich, jako czternastolatek, utracił wzrok. Nie przerwał jednak edukacji, bo już cztery lata później ukończył liceum ogólnokształcące im. księcia Józefa Poniatowskiego. W tamtych czasach nauka w masowej szkole stanowiła nie lada wyzwanie. Jeżeli nawet można było zdobyć brajlowskie podręczniki, to już notowanie nastręczało trudności. Nie znano jeszcze udźwiękowionych komputerów, a nawet maszyny brajlowskie nie były tak rozpowszechnione, jak na przykład w latach dziewięćdziesiątych. Pozostawała więc chyba tylko tabliczka, życzliwość kolegów oraz nauczycieli i oczywiście własna pamięć. Jeśli chodzi o nauki ścisłe, dodatkowa trudność to na pewno niemożność korzystania z tablicy czy w wykonywania wykresów i innych rysunków. Profesorowi Kondrackiemu należy się tym większy szacunek, że nie tylko pomyślnie zdał maturę, lecz także rozpoczął studia na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. W 1973 roku bronił tam pracy magisterskiej, a jednocześnie studiował na wydziale matematyki. W tym samym roku objął stanowisko w Instytucie Matematycznym Polskiej Akademii Nauk, gdzie pracował do końca swojego życia. Myślę, że problemy z dostępnością uprawianej dziedziny nauki musiał napotykać także i w swojej pracy. Aż trudno sobie wyobrazić, jak wielką pasją musiały być dla profesora nauki ścisłe, że wytrwał przy nich mimo konieczności wkładania w swoją pracę ogromnego wysiłku. Ale taki właśnie był pan Witold Kondracki – jeżeli coś go pasjonowało, jeżeli o czymś marzył, to ze wszystkich sił starał się to realizować.

Podróże…

Kolejna miłość jego życia to podróże – a szczególnie Indie. Fascynacja tym krajem narodziła się jeszcze w dzieciństwie, a zaraził nią przyszłego profesora dyrektor Białowieskiego Parku Narodowego Jan Jerzy Karpiński – bliski przyjaciel dziadków małego Witka, który jako dwunastolatek z fascynacją oglądał zdjęcia i atlasy, marząc, że kiedyś odwiedzi ten piękny kraj. Jak wiemy, dwa lata później stracił wzrok, jednak nigdy nie stracił Indii z oczu swojej wyobraźni. Ze względu na warunki polityczne w podróż do Indii mógł udać się już jako dorosły mężczyzna, pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Namówił na nią swego kolegę Pawła Sadowskiego – również matematyka i fizyka. Jak to w PRL-u, na wydanie dokumentów trzeba było poczekać, ale nie to stanowiło największy problem – najgorzej było ze zdobyciem informacji o celu podróży. Nie było wtedy w Polsce książkowych przewodników, a Internet też jeszcze nie istniał. Jak wspominał pan Witold, informacje zdobywało się od ludzi, którzy już w Indiach byli – to oni podpowiadali, gdzie tanio zjeść i przenocować, ile kosztuje przejazd rikszą, jak korzystać z komunikacji itd. Zdobycie pieniędzy na wyjazd również nie należało do spraw łatwych. Dzielni podróżnicy zabrali ze sobą – oprócz ekwipunku – także przedmioty, które można było sprzedać, jak na przykład zegarki. Gdy i te fundusze się kończyły, sprzedawali części swojego bagażu, tak że do Polski powrócili z workami zamiast plecaków. To była niezwykle wyczerpująca podróż, ponieważ odbywała się głównie lądem – tysiące kilometrów autobusami i pociągami przez Rosję, Azerbejdżan, Iran, Pakistan, aż po dwóch tygodniach dotarli do Indii. W ciągu dwóch miesięcy przejechali cały kraj, od Kaszmiru po Goa. Powrót był już nieco łatwiejszy – lądem musieli dotrzeć do Baku, skąd mieli samolot do Warszawy. W rok później pan Witold udał się do Indii już w większej grupie. Tym razem polecieli samolotem, dlatego mogli zwiedzić też Nepal i Cejlon. W 1980 roku udali się z kolei na Malediwy i do Indochin. I tak pracownik naukowy – fizyk i matematyk, którego życie należałoby raczej kojarzyć ze ślęczeniem nad książkami czy komputerem i dokonywaniem skomplikowanych obliczeń – stał się podróżnikiem, do tego podróżnikiem niewidomym. Brzmi to niemal jak fragment filmu przygodowego, a jednak jest prawdą i tylko prawdą. W ciągu prawie czterdziestu lat swojej „podróżniczej kariery” pan Kondracki był w krajach Azji Południowej ponad trzydzieści razy. Jak sam wspominał, ani Stany Zjednoczone, ani Australia nie były dla niego interesujące, gdyż – jego zdaniem – miały zbyt wiele cech wspólnych z Europą. Co innego Indie – zupełnie odmienna kultura i aż osiem wielkich systemów filozoficznych! Do swoich wypraw udało się panu Witoldowi namówić wiele osób, w tym żonę – dokazał tej trudnej sztuki po piętnastu latach. Później żona towarzyszyła mu przynajmniej w kilku wyprawach. Ponieważ sam był niepełnosprawny, wiedział, że osoby z różnego rodzaju niepełnosprawnościami mogą marzyć o podróżach i chcą te swoje marzenia realizować. Dlatego w 2011 roku zabrał do Azji Południowej osoby niewidome i poruszające się na wózkach.

… i nie tylko

Wiadomo, że dalekie podróże do egzotycznych krajów wymagają ogromnego wysiłku i skomplikowanych przygotowań. Czy więc poza pracą naukową i wyprawami znajdowało się w życiu pana Witolda miejsce na coś jeszcze? Oczywiście, że tak. Miał rodzinę, trójkę dzieci. Jak mówi Sylwester Peryt – jeden z jego dobrych znajomych – „Witek kochał wolność. Był człowiekiem, który każdemu pozwalał mieć własne poglądy, nawet gdy sam miał inne. Nikomu niczego nie narzucał. On fascynował się indyjskimi systemami filozoficznymi, jego żona zaś jest gorliwą katoliczką, co nie przeszkadzało im tworzyć szczęśliwej rodziny. Gdy widział, że jakaś sprawa ma sens, walczył o nią do upadłego. Odpuszczał dopiero, kiedy uznawał, że jest inaczej. Nie obce były mu również sprawy społeczne – działał na rzecz osób niewidomych, współpracując z Fundacją Szansa dla Niewidomych. Choć może to zaskakiwać u matematyka, profesor Kondracki bardzo ciekawie, barwnie i wyczerpująco opowiadał o swoich podróżach. Miał również zainteresowania literackie – publikował opowiadania fantastyczno-naukowe w miesięczniku „Help” wydawanym na początku lat dziewięćdziesiątych przez firmę Altix. Nie udało mi się dotrzeć do żadnej z tych opowieści – a szkoda.
Gdy czytałam różne internetowe artykuły opowiadające o podróżach i osiągnięciach pana Witolda, zdołałam prawie zapomnieć, że był on osobą niewidomą. A jednak tego faktu nie można zignorować. Zapytałam Sylwestra Peryta, jak jego przyjaciel odnosił się do własnej niepełnosprawności: „Witek nigdy nie miał problemów rehabilitacyjnych. Jeśli chciał gdzieś dotrzeć, to docierał – sam albo z kimś. Miał kiedyś psa przewodnika – owczarka o imieniu Kama, który mu bardzo pomagał”. Osobiście miałam okazję usłyszeć, z jakim sentymentem profesor wspominał swoją Kamę. Później (po 2000 roku) miał drugiego przewodnika – golden retrievera, ale współpraca z tym czworonogiem nie ułożyła się aż tak dobrze. Pamiętam jak państwo Kondraccy odwiedzili biuro Fundacji Vis Maior, żeby porozmawiać o ewentualnym ubieganiu się o psa przewodnika. Oczywiście nie zabrakło wtedy opowieści o podróżach i gorącego zachęcania nas, byśmy wzięli udział w jednej z nich. Chociaż nie udało się nikogo namówić, i tak ciekawie było posłuchać o egzotycznym kraju. Uważam, że podobnie działo się z całym życiem i działalnością profesora – nikogo nie starał się na siłę przekonywać do tego, co robił i jak myślał. On po prostu pokazywał własnym przykładem, że niepełnosprawność niekoniecznie musi zdominować zainteresowania, marzenia i pasje człowieka, a każdy, kto się z nim zetknął, mógł z tą wiedzą zrobić, co chciał.

Partnerzy

 Fundacja Instytut Rozwoju Regionalnego                     Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

Back to top