Nasze pierwsze wspólne święta Bożego Narodzenia postanowiliśmy spędzić we Włoszech. Okazja właściwie nadarzała się sama, gdyż już dawno zostaliśmy zaproszeni przez ciocię, która od ponad dwudziestu lat mieszka w pobliżu Rzymu. Najwygodniej było dostać się tam rzecz jasna samolotem, więc miesiąc wcześniej zarezerwowaliśmy bilety lotnicze. Rezerwacja odbyła się z pomocą zaprzyjaźnionej osoby widzącej, gdyż internetowe serwisy lotnicze są dosyć niedopracowane jeśli chodzi o szeroko rozumianą dostępność. Przy rezerwacji biletów warto zaznaczyć usługę asysty lotniskowej, która pomoże przy odprawie, dostaniu się do samolotu, jak i przy opuszczeniu pokładu po przybyciu do miejsca docelowego. Możemy pominąć tę usługę, jeśli jesteśmy tak doskonale zrehabilitowani, że znamy teren każdego krajowego i zagranicznego lotniska. My jednak zdecydowaliśmy się skorzystać z fachowej pomocy dla wygody własnej i spokoju naszych bliskich.

Rozpoczęcie podróży

Spakowani, podekscytowani, ciekawi, co ta podróż nam przyniesie, z wyjątkiem małych obaw, że na odprawie może coś pójść nie tak, wyruszyliśmy z Wołowic pod Krakowem na lotnisko w Balicach. Już na miejscu, jak zwykle w tego typu sytuacjach, chwila konsternacji, gdzie jest punkt informacyjny, trzeba przecież zgłosić, że taki to a taki już jest, już czeka na asystę. A czy asysta o nas nie zapomni, to też mały stres, znamy historię, że ludzie polecieli i do samolotu się nie dostali, bo asysta zapomniała o nich.  Nam wszystko się udaje. Znaleźć punkt informacyjny pomaga nam tata mojej dziewczyny, potem idzie jak z płatka. Czekamy na asystę tylko półgodziny. Przychodzi bardzo miła pani i prowadzi nas do odprawy. Ta odprawa to nie byle co, trzeba pamiętać o paru zasadach, które na terenie naszego kraju są dość ściśle przestrzegane. Bagaż dajmy na to nie może być cięższy niż dziesięć kilo. Nie może przekraczać określonych parametrów długości, wysokości, grubości. Takie rzeczy zawsze warto sprawdzić przed wylotem, gdyż te zasady mogą różnić się nieznacznie w zależności od linii lotniczych. My lecimy Rayan Air’em. To czego nie wolno w ogóle, to wnosić w bagażu podręcznym płynów, kremów itp. o pojemności większej niż sto mililitrów, nie wolno mieć na sobie torebki, więc musieliśmy choć tymczasowo uwzględnić tyle miejsca w jednym z plecaków, aby tam je upchnąć, przynajmniej na czas odprawy. Trzeba zgłosić informację o sprzęcie elektronicznym i, w przypadku laptopów, tabletów pokazać, że sprzęt faktycznie jest sprzętem. Na odprawie trochę się boję, mój bagaż podręczny to plecak wypełniony naszą elektroniką i kosmetykami. Najpierw ściągamy plecaki, potem na taśmę idą telefony, kurtki, z walizki jako bagażu dodatkowego wyciągamy tablet i pokazujemy. Teraz kolej na nas. Pani po kolei wprowadza nas między barierki bramki. Te dwa trzy kroki trzeba zrobić samemu, bez laski, bo ta też już pojechała na taśmie. Na przeciwko mnie stoi pan i cały czas do mnie mówi – trzy kroki, dwa kroki i jest pan już – dzięki temu czuję się pewnie i nie przeszkadza mi brak laski. Trochę piszczę, więc omiatają mnie jeszcze dla pewności czujnikiem. Dotykają na koniec moich dłoni czymś miękkim i przyjemnym. Dowiedziałem się później, że to taki zabieg, służący uspokojeniu, tak to podobno działa. Teraz czekamy na bagaże. Po chwili dostajemy kurtki, telefony i całą resztę, cały czas sprawnie i aktywnie pomaga nam pani asystentka. Już po odprawie jesteśmy w poczekalni i oczekujemy na samolot do Ciampino. Siedzimy na średnio wygodnych krzesłach, nasze bagaże są obok nas w zasięgu ręki. Nie czujemy się jednak opuszczeni i zagubieni. Pani z asysty, choć nie wiadomo, czy ona też będzie pomagała dostać się nam do samolotu, jak tylko przechodzi obok pyta nas, czy czegoś nie potrzebujemy. Korzystam raz z pomocy, aby dostać się do sklepu i kupić wodę i napoje alkoholowe. Jest to najdroższa woda w moim życiu i najdroższe szoty, ale są dobre, a woda jak woda – w Biedronce kosztowałaby złotówkę, tu kosztuje piętnaście złotych. Razem z nami do Rzymu leci też starsza pani na wózku, zagaduje do nas od czasu do czasu. Jej obecność, jak się okaże, wymiernie wpłynie na naszą dalszą podróż. Przez megafon co chwila idą zapowiedzi w różnych językach. Dowiadujemy się, że nasz lot będzie opóźniony i to znacznie, bo aż półtorej godziny, z powodu sinych wiatrów gdzieś tam w górze. Zaczyna nam się dłużyć i nudzić, robimy się głodni, więc pożeramy kanapki od babci, wiadomo najlepszym sposobem przechowania żywności w podróży jest żołądek. W końcu przychodzi ta wyczekiwana chwila. Pojawia się nasza miła pani asystentka i informuje nas, że do samolotu dostarczy nas również ona. Łapiemy się jej i klasycznym pociągiem, a na zakrętach czasem wężykiem, żwawym krokiem wędrujemy w stronę wyjścia z hali lotniska. Na zewnątrz jest nie przyjemnie, pada i wieje. Chwilę czekamy, podjeżdża samochód, myślę sobie – pewnie autobus. – Zostajemy wprowadzeni na metalową platformę i mamy się trzymać poręczy – znowu konsternacja, co to jest? Myślę, zapytać, czy czekać co się stanie. Wygrywa czekać. Platforma rusza w górę, a po chwili nieruchomieje. Otwierają się drzwi i podążając za panią z asysty wchodzimy do przestronnej kabiny. Pytam, czy nasza walizka jest z nami? – Pani uspakaja, że z oka jej nie spuszcza i dzielnie ją ciągnie obok siebie. Siadamy, a pojazd rusza. Teraz dowiaduję się, że to Ambulift i oszczędzone nam będzie wchodzenie po schodach do samolotu. Cała kabina podniesie się na odpowiednią wysokość i wygodnym krokiem wraz z naszą współpasażerką na wózku wejdziemy na pokład samolotu. Ten komfort zawdzięczamy właśnie jej obecności, ale dla chętnych takich wrażeń wystarczy odpowiednia informacja przy zgłaszaniu potrzeby asysty lotniskowej, że ma nie być schodów. Tym czasem dojechaliśmy do samolotu, sprawnie przechodzimy na pokład, tutaj trafiamy na miłą załogę. Kinga – moja partnerka – tłumaczy, że chcieli byśmy siedzieć obok siebie, idą nam na rękę, gdyż w tanich liniach nie jest to takie oczywiste, za możliwość siedzenia obok siebie przy zakupie biletu trzeba dodatkowo zapłacić. Samolot rusza, kołuje na pas startowy, szum silników gwałtownie narasta i czuję to miłe uczucie wbijania w oparcie fotela. Chwila drgań i, jak w błyskawicznej windzie, przez krótki czas wbija też w dół. Oderwaliśmy się od ziemi i nabieramy wysokości przelotowej. Jest to zwykle dla odrzutowców około dziesięciu kilometrów nad poziomem morza. Nasz lot potrwa dwie godziny, ale w ten czas wlicza się również start i lądowanie. W powietrzu będziemy coś koło godziny z małym okładem. Trochę mnie przytyka, więc staram się ziewać i przełykać ślinę. Podróż urozmaicamy sobie leniwą rozmową i wypitym winem kupionym na pokładzie samolotu. Dla chętnych stewardesy też mogą udostępnić produkty gastronomiczne i kosmetyki, ku mojemu zaskoczeniu po zwykłych cenach rynkowych. Korzystam też z samolotowej toalety, która jest iście miniaturowa i pełno w niej guzików, które nastręczają odrobinę trudności, gdyż ich przeznaczenia nie znam, a angielski znam słabo i z soczystej i potoczystej przemowy miłej stewardesy nie zrozumiałem ani słowa, prócz tego, że – „tu jesteś” – czyli, jestem w toalecie. Poszło jednak bardzo sprawnie, szczegóły sobie daruję, ale jestem z siebie dumny, bo nie wyssało mnie na zewnątrz i udało mi się uruchomić wszystkie niezbędne mechanizmy. Stewardesa odprowadza mnie na miejsce, a do lądowania już mamy tylko kwadrans. Warto też wspomnieć, że odkąd latamy odrzutowcami, powietrze nie jest takie gładkie jak w przypadku samolotów śmigłowych. Prędkość sprawia, że bardziej odczuwa się drobne turbulencje i przypomina to jednak czasem nie jazdę po gładkim stole, ale raczej po dość sfatygowanej nawierzchni. Nie należy jednak panikować; to normalne. Tymczasem Podchodzimy do lądowania, pasy znowu zapięte, obniżanie lotu przypomina mi łagodną kolejkę górską w lunaparku. Uszy znowu trochę cierpią, wrażliwy jestem na zmiany ciśnienia. Dotykamy łagodnie powierzchni pasa, brawa dla pilota. Samolot gwałtownie zwalnia i poszumując z cicha silnikami, jedzie niczym zwykły autobus w kierunku płyty lotniska. Zatrzymujemy się i czekamy na włoską asystę. To już Rzym, Ciampino, lot zakończony sukcesem. Przychodzą po nas włosi i cały proces przebiega w odwrotnym kierunku. Przesiadamy się na Ambulift, kabina opada na dół, pojazd podwozi nas do drzwi hali, przejście na podnośnik, zjazd do poziomu chodnika. Idziemy z włoską asystą, coś zagadują, uśmiechają się, radośni ludzie. Jednak nie pokonwersujemy sobie z nimi, bo włosi jak to włosi, obcych języków nie znają, a dla nas włoski to całkowita terra incognita. Po chwili doprowadzają nas do oczekujących na nas cioci i dziadka. Witamy się i dalszy ciąg podróży odbywamy już samochodem, pędząc do uroczej Anguillary, leżącej nad brzegiem malowniczego jeziora w odległości godziny jazdy samochodem włoskimi drogami od Rzymu.

Włoski klimat

Dla wyobraźni i wiedzy ciekawych świata lub przyszłych podróżników, nie sposób pominąć informacji o włoskim klimacie, a w szczególności Anguillary, w której zatrzymaliśmy się na te kilka dni. Na klimat całego kraju składa się kompozycja głębokiego europejskiego południa, obfitości wód morskich, do których mają dostęp Włochy, a jest to ocean Adriatycki, morze Tyrreńskie i morze Jońskie. Dodajmy do tego deszcz słońca, gdzieś tam w tle góry, żywopłoty z krzewów laurowych, winnice, pomarańcze rosnące jak jabłka, pola krzewów oliwnych… Dodatkowo sama Anguillara też leży nad pokaźnych rozmiarów zbiornikiem wody słodkiej, który szumi i burzy się jak małe morze, a w każdym razie nie gorzej niż nasz Bałtyk. Uzyskamy w ten sposób nie powtarzalną kompozycję ciepłych leniwych dni, wypełnionych słońcem, dobrym jedzeniem, słabym winem, które pije się do obiadu, beztroski, ale też wszechobecnej wilgoci. Zwłaszcza nocami w porze zimowej, gdy temperatury spadają do plus dziesięciu, pięciu stopni nocą, a nie ma dobroczynnego słońca, które by podgrzewało powietrze, robi się momentami nie przyjemnie. Latem zaś podobno płynie woda z człowieka dzień i noc. Wilgoć zresztą potrafi sprytnie skraplać się na wszystkim co się da, na szybach, drzwiach, poręczach, płytkach. Oczywiście włosi są do tego przyzwyczajeni, a i systemy klimatyzacyjne, które są w standardzie, pomagają rozwiązywać ten problem. My pod tym względem mieliśmy pecha, bo akurat musiał cioci nawalić piecyk grzewczy, zatem mieliśmy w dzień rozkosz słoneczną, a w nocy grubą ciepłą kołdrę, z pod której lepiej nie wyściubiać nosa. Muszę jednak w ogólnym rozrachunku z klimatem włoskim przyznać, że jak się mieszka w takim kraju to nic dziwnego, że gęba się śmieje od rana do wieczora, a uprzejmość do bliźniego nie jako sama się prosi, aby ją uzewnętrznić. Na nasz osobisty anguillarski klimat składał się jeszcze jeden element, którym była postać niebagatelna, bo lubiąca chodzić własnymi drogami, co nie przeszkadzało jej mruczeć i łasić się jak pies. Mowa tu o kotce Stelli, która na kilka nocy udostępniła nam nieco ze swojego dostojnego mruczenia i ciepła. Tak więc Anguillara zapadła mi w serce jako coś bardzo przyjemnego, gdzie jest równie dobrze jak we własnym domu.

Kuchnia

Włoska kuchnia jest przez wielu uważana za jedną z najsmaczniejszych kuchni świata. Jej sekret tkwi nie tylko w wyśmienitym smaku, ale również w możliwości stosunkowo łatwego przygotowania potraw. Kultura jedzenia jest jednak zupełnie inna od znanej nam w Polsce.
Jeśli chodzi o śniadania, Włosi preferują niewielkie posiłki na słodko. Dzień nie może też zacząć się bez porannej mocnej kawy. Śniadania często jadane są w bardzo klimatycznych barach, otwieranych już o szóstej bądź siódmej rano, by spieszący do pracy ludzie mogli wpaść po drodze na kawę i szybką przekąskę. W okolicy, gdzie mieszkaliśmy, znajduje się kilka takich barów, w tym jeden położony bezpośrednio nad jeziorem Anguillara. Parokrotnie mieliśmy okazję jadać tam śniadanie. Zamawialiśmy najpopularniejsze w tamtych stronach cornetto, czyli ciastko podobne do francuskiego croissanta. W barach codziennie wypieka się świeże cornetta, a następnie wypełnia je kremem budyniowym, czekoladą, marmoladą, nadzieniem pistacjowym lub wieloma innymi, w zależności od fantazji cukiernika i gustu klientów. Cornetta najlepiej smakują na ciepło, więc jeśli odpowiednio wcześnie opuścimy łóżko i domowe pielesze, możemy delektować podniebienie odrobiną chrupiącej, gorącej, słodkiej rozkoszy przy małym stoliku, wsłuchując się jednocześnie w wartki potok melodyjnie gwarzących po włosku ludzi. Odmianą tradycyjnego cornetto jest maritozzo. Ta słodka przekąska pochodzi z Neapolu, gdzie jadłam ją po raz pierwszy jako mała dziewczynka. Jest to długa bułka z półfrancuskiego ciasta, wypełniona bitą śmietaną i posypana na wierzchu cukrem pudrem. Ku mojej radości miałam okazję ponownie poczuć ten wyborny smak dzieciństwa podczas tegorocznej wyprawy do Rzymu.
Z pewnością wielu z nas słyszało, że Włosi nie potrafią obejść się bez makaronu. To w stu procentach prawda. W słonecznej Italii makaron jada się na obiad tak często jak w naszym kraju ziemniaki, czyli niemal każdego dnia. Pomysłów na makaronowe dania istnieje mnóstwo, podobnie jak odmian samego makaronu, który możemy spotkać pod różnymi nazwami, w różnych kształtach i grubościach; począwszy od drobniutkiego makaronu używanego zwykle do zup, aż po grube, szerokie makaronowe rurki zwane cannelloni, które wypełnia się surowym mięsem mielonym, zalewa pomidorowym sosem i podaje zapieczone pod warstwą sera. Oprócz tradycyjnego spaghetti, próbowaliśmy również lasagne; są to duże, płaskie płaty makaronu, przekładane sosem pomidorowym na bazie mielonego mięsa, zapieczone z dodatkiem sera mozzarella, serka topionego oraz zielonego groszku. Niezbędnym składnikiem tej potrawy jest besciamella, czyli odmiana sosu po polsku zwanego beszamel, zrobionego z mąki, masła i mleka. Nadaje on całemu daniu odpowiednią miękkość i wilgotność. Lasagne jest daniem dosyć kalorycznym, lecz zdecydowanie wartym grzechu. Jednym z nie makaronowych obiadów, jaki mieliśmy okazję spróbować, jest polenta, czyli mąka kukurydziana zagotowana we wrzątku i polana sosem pomidorowym. Danie to było niegdyś posiłkiem spożywanym przez ubogie rodziny. Ciocia podała nam je w tradycyjny sposób, czyli na dużej drewnianej desce, wokół której zebrała się cała rodzina. Jedliśmy więc wszyscy z jednej deski. Zwyczaj nakazuje, żeby na środku takiej deski z polentą położyć kawałek kiełbasy; zje go ten, kto najszybciej do niego dotrze. W naszym przypadku zostało poczynione małe odstępstwo – kawałków kiełbasy było tyle, żeby starczyło dla każdego. Ciekawostką dotyczącą makaronu jest fakt, że Włosi nie uznają jedzenia go z białym serem, cukrem czy owocami, jak robi się to u nas. Najczęściej łączą go z pomidorami, pesto, a czasem z grzybami.
W przeciwieństwie do śniadań, włoskie kolacje są zazwyczaj bardzo obfite. Dodatkowo jada się je późnym wieczorem, a jeśli zaproszone jest towarzystwo znajomych czy rodziny, biesiada często potrafi trwać do godzin nocnych. Ciepły posiłek to obowiązkowy element kolacji. Jeśli przyjmuje się gości, na stole pojawiają się rozmaite dania. Na kolację często podawane jest mięso, pieczone lub gotowane ziemniaki, ryby, ryż z fasolą, owoce morza, a jako dodatek sałata z oliwą z oliwek i octem. Włosi przyrządzają również zupy; bardzo popularna jest minestra, typowa włoska zupa jarzynowa podawana z drobnym makaronem, którą gotuje się mniej więcej dwie godziny tak, by warzywa rozgotowały się na miękką papkę. W rankingu moich ulubionych włoskich zup pierwsze miejsce zajmuje zdecydowanie zupa rybna przyrządzana z owoców morza, głównie małży, krabów i ośmiornic. Podobnie jak Polacy, Włosi jadają również rosół. Jedyna różnica polega na tym, że włoski rosół po podaniu posypuje się parmezanem, czyli startym krowim serem. Zupy jadane są wieczorem, nigdy w porze obiadu.
Zarówno obiad jak i kolację najczęściej popija się wytrawnym bądź półwytrawnym winem. Jeśli ktoś lubi, można pomieszać je z wodą.
Potrawy wigilijne są zdecydowanie odmienne od naszych. Nie spotkamy tam barszczu z uszkami, zupy grzybowej ani karpia. Zamiast tego, na naszej wigilii przyrządziliśmy wspólnie z ciocią smażoną rybę morską przypominającą smakiem morszczuka, panierowane kalmary, makaron z małżami oraz tak zwaną lasagne na biało; zamiast mięsa i pomidorów jej podstawą jest sos grzybowy na bazie śmietany. Jako przystawki podaliśmy marynowane bakłażany, pieczarki podsmażone z czosnkiem, a także oliwki z kawałkami pomarańczy. Na deser zrobiliśmy tiramisu. Do tego oczywiście wino, wedle gustu – białe lub czerwone.
Wieczorem drugiego dnia świąt jedliśmy tradycyjną w tym dniu świąteczną włoską potrawę: pieczoną baraninę w marynacie z rozmarynu, z dodatkiem pieczonych ziemniaków.

Wigilia

Włoskie zwyczaje świąteczne również znacznie odbiegają od naszych. Ubieranie choinki nie jest tak wszechobecne jak u nas, chociaż niektóre rodziny kultywują ten zwyczaj. Raczej nie śpiewa się wspólnie kolęd, a łamanie się opłatkiem też nie należy do obowiązkowych elementów wieczerzy wigilijnej. Świąteczna atmosfera jest zdecydowanie luźna i swobodna. Dla Włochów święta polegają głównie na wzajemnym odwiedzaniu bliskich i przyjaciół, by spędzać razem czas na gwarnych rozmowach i obfitych ucztach. W przeciwieństwie do naszego obyczaju, święta nie są spędzane wyłącznie w gronie rodziny; zapraszanie znajomych na wigilię czy Boże Narodzenie to w tym towarzyskim kraju nic dziwnego. Oprócz nas ciocia zaprosiła na wigilię swoją koleżankę z mężem i dziećmi. Wieczór rozpoczęliśmy od wspólnego toastu szampanem. Stukaliśmy się ze wszystkimi kieliszkami, wołając wspólnie “auguri”, to jest odpowiednik naszego “wesołych świąt”. Przy stole panował gwar mówiących głównie po włosku głosów, żarty i śmiechy.
Po obfitym ucztowaniu przyszła pora na prezenty, naturalnie każdy coś otrzymał. Święty Mikołaj znany jest na całym świecie, jednak we Włoszech dzieci dodatkowo obchodzą święto Befany. Befana to legendarna czarownica, która szóstego stycznia, w dniu święta Objawienia Pańskiego (Trzech Króli), przynosi najmłodszym zabawki i słodycze ukryte w zabawnie wyglądającej skarpecie.

Wyprawa nad Morze Tyrreńskie

Drugiego dnia świąt pada propozycja. Pojedziemy wykąpać się w termach. A gdzie te termy dopytujemy zaciekawieni. Okazuje się, że nie tak daleko, może sto kilometrów stąd. Myślę sobie, jeśli dla Włocha sto kilometrów to nie daleko, to musi tu być naprawdę fajnie. Jemy obiad, wsiadamy do samochodu i ruszamy. Dziadek pędzi jak szalony przed siebie, mknąc włoskimi autostradami, a że lubimy szybką dynamiczną jazdę, to cieszymy się w duchu z takiego obrotu sprawy. Ciocia siedzi obok dziadka i czasem hamuje jego młodzieńczy entuzjazm za kierownicą, może to i dobrze, bo dziadkowa noga coś ciężka na gazie, a refleks już nie ten. Włosi w ogóle w odróżnieniu od Polaków, a przynajmniej w Rzymie i okolicach, jeżdżą fatalnie, ale znamy to tylko z opowiadań, nie jesteśmy bowiem w stanie naocznie się sami o tym przekonać. Nas cieszy szum wiatru za oknem, basowe mruczenie silnika i gwizd opon na asfalcie.
Po mniej więcej godzinie docieramy na miejsce. I tu drobny zong, jak się okazuje termy w święta są nie czynne, czego nikt z nas nie przewidział ani nie wpadł na pomysł, aby zapytać o to dobrego „wujka Google”, który przecież na pewno by nam to powiedział. Po chwili konsternacji decydujemy, że skoro jesteśmy blisko morza Tyrreńskiego, to co nam szkodzi podjechać jeszcze kawałek i go doświadczyć. Jedziemy, po chwili jesteśmy na miejscu, wysiadamy i idziemy na plażę. O kąpieli nie ma mowy, bo to nie ta pora roku, i choć radość słoneczna w całej obfitości wylewa się na nasze głowy, to temperatura i wiatr jednak wskazują na to, że być może na kąpiele przyjdzie czas kiedy indziej. Schylam się i przesypuję piasek między palcami. To co mogę od razu stwierdzić, to że jest grubszy niż się spodziewałem. Ciocia mówi, że jest też czarny, ze względu na zawartość jakiegoś minerału, chyba żelaza. Morze szumi głośno. Ale nie jak Bałtyk, szum narasta, powoli, majestatycznie, zbiera w sobie, i gdy fala jest już blisko brzegu, nie ma tego bałtyckiego wysokiego szumu, jest pomruk, basowy, niski, jakby głębszy. W ruch idzie dyktafon, muszę to sobie nagrać, bo jak potem opowiedzieć komuś słowami dźwięk. To co słyszę kojarzy mi się z tym, jakby pociąg się zbliżał powoli, dudniąc, nie sycząc, ale nie zatrzymuje się, tylko płynnie przechodzi w bas fali, która wygasła na piachu plaży w szum pian i cofającej się wody, ale to też niższe niż pamiętam z Bałtyku. Krok za krokiem zbliżamy się do wody, chcemy jej dotknąć. Laskę mam wysuniętą daleko przed siebie, dziobię nią piasek, myśląc, że pierwsza mi powie, że już woda, już krawędź plaży, wystarczy się schylić i poczekać na falę. Za mną dzielnie podąża Kinga, a obok idzie ciocia i ciągle powtarza: „zatrzymajcie się, zatrzymajcie, fala sama przyjdzie do was”. Jak przyjdzie, myślę, co ja pierwszy dzień na tym świecie żyję. Nauczony doświadczeniem wiem, że wodę trzeba znaleźć, nawet tę wzburzoną, skoro teraz fala nie dochodzi, pohukuje w pewnym oddaleniu, to delikatnie trzeba się do niej przybliżać, nie ma innej metody. Wiem lepiej. Kończy się tym, że gdy czekamy przykucnięci z rękami na suchym piasku, nie wierząc cioci, że to już wystarczy na pewno, a nawet jest za daleko, fala ta nie dobra buch! I już po kolana w piachu i wodzie, uciekamy do tyłu, a to nic nie daje, to nie Bałtyk oswojony. A więc kąpiel była. Mokre buty, spodnie, nic nie szkodzi, wody dotknęliśmy, z morzem się przywitaliśmy. Słone, to pierwsze wrażenie, bardzo słone i ciepłe. W doskonałych humorach, choć trochę mokrzy i głodni, wracamy do Anguilary na kolację.

Podróż do Rzymu

Innego dnia, kiedy nasz czas w słonecznej Italii pomału dobiegał końca wybraliśmy się do Rzymu. Być we Włoszech i Rzymu nie widzieć? Tak być nie może. Tym razem jednak dziadek wymówił się ważnymi sprawami, czyli grą w karty z przyjaciółmi. Podrzucił nas tylko na stację miejskiej kolei i zostawiwszy nas z ciocią, oddalił się w znanym sobie tylko kierunku. Ile kosztują bilety nie wiem, bo nie ja za nie płaciłem. W związku z tym, że nie istnieje jeszcze ogólnoeuropejski dokument zaświadczający o niepełnosprawności, przebywający za granicą niepełnosprawni turyści zwykle nie są w stanie skorzystać z przysługujących w danym kraju ulg takich jak np. zniżki na przejazdy komunikacją miejską. My również musieliśmy zakupić bilety po zwykłej cenie. Pociąg przyjechał punktualnie i po zajęciu wygodnych miejsc ruszyliśmy w stronę stacji San Pietro (Święty Piotr). To nasza stacja docelowa, choć pociąg jechał jeszcze gdzieś dalej. Tutaj opowiadać nie ma zbytnio o czym, standardy całkiem europejskie, jak w kolejach Mazowieckich czy innych lepszych Regionalnych przewozach. To, co mnie urzekło, to dodatkowe informacje przy zapowiedziach stacji, dotyczące czasu odjazdów i kierunku pociągów, na które można się przesiąść. Po godzinie dotarliśmy do Świętego Piotra i tu zaczęło się nasze zwiedzanie Rzymu. Z samej podróży tam i z powrotem lokalnymi środkami komunikacji mam jedną obserwację dotyczącą Włochów i ich stylu bycia, która może na pierwszy rzut oka być niekorzystna. My w Polsce przyzwyczailiśmy się, że ludzie, choć często nam to przeszkadza, nie jako odgadują, a przynajmniej próbują odgadnąć, że ten czy tamten może chce usiąść, a może wysiąść. Tu akurat pełne zaskoczenie. Przy całej dobroduszności, otwartości, włosi nie są domyślni i niczego za nas nie odgadują. Chcesz siedzieć to zapytaj, czy jest wolne miejsce. Chcesz się zamienić z kimś, aby siedzieć z drugą osobą obok siebie, musisz powiedzieć to współpasażerowi, sama biała laska nie wiele wnosi, trzeba umieć się komunikować z ludźmi. Na początku mnie to irytowało, ale później przyznałem im rację, tak jest zdrowiej, a poza tym, co ja muszę się domyślać czemu ten gość z białym kijem sapie mi nad uchem i o co mu chodzi? Faktem też jest, że niewidomych bardzo rzadko spotyka się tam na ulicy, a nie wynika to z ich niechęci do podejmowania aktywności lecz raczej z tego, iż stać ich na opłacenie asystenta, który w zastępstwie białej laski służy pomocą przy poruszaniu się po mieście. Co kraj to obyczaj. Sam nie wiem jak jest lepiej. Może ideałem byłby jakiś złoty środek. Chcesz iść na spacer sam, to idź, a chcesz z asystentem, to mu płacisz i idziecie. Prawda jest taka, że włosi wybrali inną drogę wspierania niepełnosprawnych. Zamiast przeznaczać pieniądze na lokalne inwestycje, wolą wypłacać wyższą rentę, aby każdego było stać na to, czego potrzebuje. Świadczenie rentowe dla osób całkowicie niewidomych, nie przebywających w ośrodkach czy klinikach, wynosi 308,92 euro miesięcznie, pod warunkiem, że osoba taka nie przekracza określonego progu dochodowego (dane z roku 2019).
Pewne podstawowe udogodnienia dla osób niewidomych, takie jak prowadnice w metrze czy na lotnisku, są naturalnie zapewnione. Jeśli jednak chodzi o podróżowanie miejskimi autobusami, niewidomi chcący samodzielnie poruszać się po włoskiej stolicy mogą doznać pewnego rodzaju wstrząsu napotkawszy zgoła nieoczekiwane problemy. Stojąc na przystanku nie natrafimy raczej na rozkłady jazdy autobusów, gdyż Włosi, zgodnie ze swoją niefrasobliwą mentalnością wychodzą z założenia, że kiedy autobus przyjedzie, wtedy będzie, więc nie ma sensu zawracać sobie głowy zbędnym planowaniem i grafikami. Siedząc już w autobusie warto mieć na uwadze fakt, że mijane przystanki nie są zapowiadane komunikatami głosowymi. Dodatkowo należy pamiętać, iż autobusy nie mają obowiązku zatrzymywania się na każdym przystanku, nawet gdy stoi na nim osoba z białą laską. Jeśli zatem chcemy wsiąść do autobusu bądź z niego wysiąść, należy wyraźnie zasygnalizować tę chęć machając ręką tak, żeby kierowca nas zauważył, co bez pomocy osoby widzącej jest niezmiernie trudne, a może wręcz niewykonalne.

Rzym

Wieczne miasto tętni życiem; jest gwarne i tłoczne, a tak zwane kocie łby, zdobiące wiele rzymskich chodników, oraz wąskie uliczki i przesmyki nadają mu charakterystycznego klimatu.
Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Placu Świętego Piotra oraz Bazyliki Watykańskiej. Sam plac jest dosyć rozległy. W okresie bożonarodzeniowym można tu podziwiać drewnianą szopkę, a także wybieraną zawsze z wielką starannością choinkę, która co roku sprowadzana jest z innego kraju. Tegoroczny świerk przybył z północnych Włoch i ma 26 metrów wysokości. Jako ciekawostkę dodam, że w 2017 roku obecności na Watykanie doczekało się drzewko pochodzące z Polski.
Oprócz tego na placu ustawione są dwie fontanny. Niestety, zbliżenie się do nich nie było możliwe. Kilka miesięcy wcześniej, podczas meczu z Anglią, kibice zdemolowali jedną z zabytkowych fontann, w skutek czego obydwie watykańskie fontanny zostały odgrodzone od turystów.
Przy wejściu do bazyliki utworzyła się, jak zawsze, olbrzymia kolejka chętnych. Na szczęście istnieje również drugie wejście, zarezerwowane głównie dla osób niepełnosprawnych lub tych, którzy z jakiegoś powodu nie są w stanie stać w długiej kolejce. Weszliśmy właśnie tamtędy. Aby dostać się na teren bazyliki należy przejść przez kontrolę wykrywaczem metali. Musieliśmy oddać pracownikom nasze kurtki i torebki, które zostały prześwietlone, a następnie sami przejść przez bramki kontrolne.
Po przejściu kontroli znaleźliśmy się na szerokim dziedzińcu bazyliki. Sam kościół jest tak ogromny i wysoki, że kiedy się do niego wejdzie nie słychać nawet zwyczajowego w takich miejscach echa. Właściwie można by odnieść wrażenie, iż nadal stoimy na zewnątrz. Po kościele swobodnie kręcą się turyści, podziwiając i robiąc zdjęcia, co nie jest zabronione. Istnieje jednak specjalnie wydzielone miejsce przeznaczone wyłącznie do modlitwy. Jest ono pilnowane przez strażnika, który uprzedza wszystkich chcących tam wejść, że należy zachować ciszę i nie wolno fotografować.
Mieliśmy okazję dotknąć mozaiki z płytek na podłodze bazyliki, bogato rzeźbionych drewnianych drzwi z postaciami aniołów, a także strzelistych kolumn. Zatrzymaliśmy się również przy umieszczonych na widoku mumiach kilku papieży. Niestety dla nas były one schowane za gablotami. Przy jednej z tych mumii odkryliśmy rzeźby dwóch lwów z otwartymi paszczami. Po włożeniu ręki do paszczy, wchodziła do niej właściwie cała dłoń, wyraźnie dało się wyczuć język oraz bardzo realistyczne rzędy ostrych kłów. Innym ciekawym elementem była rzeźba nagiej kobiety anioła. Twarzy niestety nie mogliśmy dotknąć, gdyż znajdowała się zbyt wysoko, ale swobodnie można było obmacać nogę oraz wyraźnie zarysowany pośladek. Przystanęliśmy również przy znajdującej się w centrum bazyliki szopce z ruszającymi się figurami, zmieniającymi światłami i akompaniującą temu wszystkiemu muzyką. Istnieje też możliwość wspinaczki na kopułę watykańską, skąd można podziwiać jak na dłoni cały Rzym. Nie dokonaliśmy tego jednak z dwóch powodów: po pierwsze, kolejka do wejścia była zastraszająco długa, a po drugie i ważniejsze, piękne widoki raczej nie mogą nas zainteresować. Po wyjściu z bazyliki zrobiliśmy sobie jeszcze zdjęcie ze szwajcarskimi gwardzistami pełniącymi wartę. Tuż po opuszczeniu Placu Świętego Piotra natknęliśmy się na stoiska pełne różnego rodzaju niedrogich pamiątek, z których każdy mógł wybrać coś dla siebie.
Spod Watykanu ruszyliśmy metrem w dalszą drogę. Kolejnym etapem naszej wędrówki był plac hiszpański. Znajdują się na nim słynne schody hiszpańskie, po których zwykli spacerować modele, gwiazdy kina oraz inne sławy. Organizowane są tu też pokazy mody. Na szczycie schodów stoi Kościół Świętej Trójcy.
Turyści uwielbiają wystawać bądź wysiadywać na tych stopniach robiąc zdjęcia, rozmawiając, a nawet jedząc. Niestety, po wspomnianym już wydarzeniu z udziałem kibiców, siadanie na schodach hiszpańskich również zostało zabronione. Z punktu widzenia człowieka niewidomego nie ma w tych schodach nic ciekawego. Są to po prostu szerokie, wygodne stopnie, po których naturalnie się przespacerowaliśmy. Następnie ruszyliśmy, już pieszo, do barokowej Fontanny Di Trevi.
Była ona budowana przez ponad czterdzieści lat. Woda wypływa z szorstkich, popękanych, wysokich skał, których mieliśmy okazję dotknąć. Fontanna ozdobiona jest licznymi rzeźbami o tematyce mitologicznej, lecz także związanej z morzem. Między innymi znaleźć tu można posąg Okeanosa, największego greckiego tytana i prawdopodobnie najstarsze oceaniczne bóstwo, a także trytonów oraz innych morskich stworzeń. Niestety, rzeźby znajdowały się poza zasięgiem naszych rąk. Dopełniliśmy za to zwyczaju mówiącego, iż należy wrzucić do fontanny monetę, aby mieć pewność, że ponownie wróci się do Rzymu. Monetę rzuca się za siebie, stojąc tyłem do wody.
Ze względu na rozmiary fontanny, szum wypływającej z niej wody jest naprawdę potężny. Słychać ją już z odległości wielu kroków, a kiedy podejdzie się blisko można odnieść wrażenie jakby niemal słuchało się morza. Zwykle miło jest przysiąść na chwilę na stopniach fontanny, kojąc uszy tym jakże przyjemnym dźwiękiem, jednak z wiadomych powodów tym razem było to wykluczone.
Wycieczkę zakończyliśmy w kawiarence nieopodal fontanny Di Trevi, gdzie wypiliśmy prawdziwe włoskie espresso; małą choć bardzo mocną kawę podawaną w niewielkich filiżaneczkach. Do domu dotarliśmy nieco zmęczeni, lecz pełni pozytywnych wrażeń.

Powrót do Polski

Tak, to już koniec świąt w słonecznej Italii i na sylwestra wracamy do zimnej, mokrej, bez śnieżnej Polski. Obdarowani przez ciocię rozmaitymi podarunkami, do tego stopnia, że naszą walizkę jako bagaż dodatkowy musiała sama ciocia w znany tylko sobie sposób pakować, aby wszystko wepchnąć i żeby dało się ją zamknąć, oczekujemy na godzinę wyjazdu. Samolot mamy późno, w Polsce będziemy przed północą. Na lotnisko trzeba zdążyć co najmniej dwie godziny przed wylotem, a to ze względu na korzystanie z asysty lotniskowej. Tym czasem ostatni napój kawopodobny Gin Seng, ostatnie promienie włoskiego słońca, ostatnie głaski dla panny Stelli, ostatnie wskazówki co dla kogo i gdzie spakowane i ten błogi brak obawy co do odprawy na lotnisku, bo włosi akurat jako naród szczęśliwy nie są bardziej europejscy od unii europejskiej, i kilo w te czy tamte nie robi im różnicy. Nadchodzi w końcu godzina wyjazdu. Ponownie pędzimy samochodem na Ciampino, w drugą stronę droga już nie jest tak ekscytująca, czas mija dużo szybciej. Na lotnisku po krótkim oczekiwaniu przejmuje nas dwoje asystentów. Żegnamy się z dziadkiem i ciocią i prowadzeni jesteśmy do odprawy. Tu przeżywam kolejną przygodę, której bym się wstydził, ale jako turysta czuję się zwolniony z odpowiedzialności. Staję przed bramką, pani coś intensywnie do mnie mówi po włosku, klepie mnie po plecach. Myślę sobie, taki fajny jestem czy co. Czekam co będzie. A ona ręce mi rozkłada, suwak w kurtce rozpina, ściąga z grzbietu, telefon z ręki wyrywa. Ach! Zapomniałem! Odprawa, trzeba to wszystko zdjąć. Tutaj też piszczę, nawet bardziej niż w Polsce, bo zapomniałem wyjąć dokumentów z kieszeni. Coś znowu do mnie mówią, uśmiechają się. Ponieważ nic nie rozumiem, też się uśmiecham i powtarzam: „I don’t understand”, ale tego to chyba oni nie rozumieją. W końcu miły pan łapie mnie za stopy, rozciąga, żebym staną w rozkroku, omiatają mnie jakimś urządzeniem i słyszę: „grazie, bene”, „dziękuję, dobrze”. Po chwili dołącza do mnie Kinga i nasze bagaże. Do samolotu też zostajemy podwiezieni ambuliftem, więc nie musimy się martwić o schody czy inne przeszkody. Start odbywa się punktualnie. Mamy na pokładzie mały zgrzyt, bo znowu chcemy siedzieć obok siebie i załoga wyraża na to zgodę, ale przychodzi potem para polsko-francuska z dziećmi i okazuje się, że jedno z miejsc było ich. Ale wszystko kończy się pokojowo we wzajemnej atmosferze zrozumienia i każdy jest zadowolony. Samolot ma trochę dziurawe powietrze, śmieję się, że powinni wymienić asfalt w górze, bo trzęsie. Powrotny lot przesypiamy. Lądujemy z małym opóźnieniem, samolot krąży nad Krakowem i całkiem przyjemnie nas buja. Jak się okazało, oblodzony był pas i trzeba było go szybko doprowadzić do używalności. Po lądowaniu bez przygód z asystentami wsiadamy do Ambuliftu i zostajemy dowiezieni do hali przylotów, gdzie oczekuje już na nas tata mojej dziewczyny. Wracamy szybko do domu i zaczynamy się rozpakowywać. Nikt z nas nie wie, że różnica temperatur już owocuje i za chwile zaliczymy dwutygodniowy przymusowy pobyt w łóżku, co też może mieć swoje dobre strony, nawet gdy nie trzeba już chodzić do szkoły.
Włoskie święta, jak też przeżyte podczas wizyty przygody, z pewnością na długo pozostaną w naszej pamięci. Oboje możemy zgodnie polecić każdemu odwiedzenie tego wyjątkowo pięknego kraju, pełnego słońca, zapachów i smaków.

Źródła:
https://wlochy.edu.pl/swieto-befany/
http://l24.lt/pl/ciekawostki/item/326746-wiadomo-skad-bedzie-choinka-ktora-stanie-w-watykanie
https://pl.wikipedia.org/wiki/Fontanna_di_Trevi
https://www.infor.pl/prawo/renty/renta-zagraniczna/281798,Renta-inwalidzka-i-renta-rodzinna-we-Wloszech.html
https://italy.trade.gov.pl/pl/prawny-samouczek/prawo-pracy/jesli-chcesz-pracowac-we-wloszech/6909,system-swiadczen-spolecznych.html,
http://deeoswajawlochy.blogspot.com/2014/03/na-jaka-pomoc-moga-liczyc.html

Partnerzy

 Fundacja Instytut Rozwoju Regionalnego                     Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

Back to top