Laska, pies lub ludzki przewodnik – tak zwykli poruszać się niewidomi. A co z robotami? Robotów nie ma, ale to się właśnie zmienia.
Prototypy robotów przewodników pojawiały się co jakiś czas, a potem było o nich cicho. Już jakieś kilkanaście lat temu podczas różnych prezentacji pokazywałem filmik z japońskim robotem, który w straszliwie wolnym tempie prowadzi niewidomego po schodach. Niedawno na świetnym dostępnościowym meetupie w Poznaniu Henryk Lubawy wspominał, że nad robotem pracowano także w Polsce. Wyszukiwarki, gdy umiejętnie pytamy o roboty przewodniki, wyrzucają całkiem sporo wyników. Te stare roboty upadały (w przenośni, ale z dosłownym efektem), bo kończyło się finansowanie projektu, cel naukowy został osiągnięty, a technologie nie były na tyle rozwinięte (lub w ogóle jeszcze nie istniały), by prawdziwy robot mógł powstać. Problemem też, w moim odczuciu, było to, że naukowcy chcieli uzyskać zbyt wiele, tj. robota, który da sobie radę w każdych warunkach, a to nie jest ani konieczne, ani do końca możliwe. Na ten temat piszę więcej w artykule „From guide dogs to guide robots” opublikowanym na stronach AccessibilityOz, do którego zapraszam. Teza, którą przedstawiam w artykule, jest taka, że zamiast próbować zrobić urządzenie uniwersalne, lepiej skupić się na rozwiązaniu konkretnych problemów takich jak np. poruszanie się po stałej trasie. Teraz wreszcie mamy odpowiednie technologie. Tylko zdobyć pieniądze i tworzyć prowadzące maszyny. I to się właśnie dzieje. Trzy projekty, które opisuję, uważam, z różnych powodów, za najciekawsze. Zatem zapraszam na spacer z robotem przewodnikiem.
Zurych
Robota powstającego na ETH (odpowiednik naszej politechniki) w Zurychu oglądałem w połowie lutego 2024. We Fryburgu, z którego jechaliśmy, skończył się właśnie karnawał, ale w protestanckim Zurychu ostatki właśnie się zaczynały, więc mimo zimy atmosfera była pogodna. Zuryski robot o wdzięcznym imieniu „Roberto” był częścią pracy doktorskiej Davide’a Plozzy. Chodziło o pokazanie, że komercyjnie dostępnego, czyli stosunkowo niedrogiego robota (uczelnia kupiła maszynę za 10000 dolarów) można przerobić na przewodnika niewidomego. Davide Plozza (obecnie doktor) i jego zespół wzięli na warsztat czworonożnego robota Unitree A1. Robot ten często jest nazywany „robopsem”, bo faktycznie przypomina psa, tyle że bez głowy. Na robocie zainstalowano tzw. plecak, w którym jest komputer z całym oprogramowaniem. Roberto dostał też kamerę głębi (depth camera), lidar 2D i drewniane szorki. Gdy odwiedziłem ETH robot był na wczesnym etapie rozwoju, ale już prowadził, tyle że w ograniczonej przestrzeni. Najpierw spotkałem się z zespołem pracującym nad robotem. Wprowadzono mnie w szczegóły projektu i uprzedzono, bym zbyt wiele się nie spodziewał. Dowiedziałem się, że jestem pierwszym niewidomym, który przejdzie się z ich robotem, więc moja ciekawość jeszcze wzrosła. Potem zeszliśmy do piwnicy. Roberto leżał w pozycji „waruj”, czyli z mechanicznymi łapami wyciągniętymi do przodu. Mogłem go sobie dokładnie obejrzeć. Kojarzył mi się z pękatym labradorem, ale to oczywiście bardzo ogólne skojarzenie. Na grzbiecie miał drewniane szorki. Klasyczny szorkowy kształt, ale dużo dłuższe. Inaczej niż w przypadku psa, gdzie niewidomy idzie po prawej stronie psa, trzymając szorki w lewej ręce, Roberto prowadzi nas za sobą. Dlatego szorki muszą być długie na tyle, by dało się wygodnie i bezpiecznie iść za robotem.
Gdy uniosłem szorki, Roberto wyczuł to i podniósł się. Ruszyliśmy do przodu. Ruszyliśmy z hukiem, albo raczej hałasem, bo Roberto jest głośny. Przebieranie łapami generuje hałas, który na razie nie przeszedłby u przewodnika, ale wiem, że zespół z Zurychu ma pomysł na rozwiązanie tego problemu. Ważniejsze jest jednak, jak prowadził Roberto, a prowadził nieźle. Chodziliśmy po korytarzu, który skręcał w kilku miejscach. Robot nie zbliżał się do ścian i nie wpadał na ludzi. Nie szedł też idealnie prosto. Szedł leciutkim, ale wyczuwalnym zygzakiem. Zakręty były bezproblemowe. Robot brał ładny łuk i generalnie czułem się komfortowo. „Generalnie”, bo musiałem przyzwyczaić się do tego, że idę za przewodnikiem, a nie obok. Psa nie mam od wielu lat, ale nawyk pozostał. Drewniane szorki sprawdziły się nieźle. Dobrze czułem, gdy robot skręcał. Zatrzymywanie się też nie było problemem. Chodziliśmy po korytarzu, szybko i wolno, skręcaliśmy, omijaliśmy ludzi, stawaliśmy, ruszaliśmy ponownie. O ścianę otarłem się raz, gdy pokazywano mi eksperymentalne rozwiązanie polegające na tym, że robot miał za pomocą szorek informować mnie, że jest za mało miejsca. Eksperyment nie wyszedł, ale taka natura eksperymentów. Po testach wróciliśmy do gabinetu, gdzie zespół pytał o moje wrażenia i zapisywał uwagi. Pytań było bardzo dużo i czułem, że naukowcy są faktycznie zainteresowani.
Od dr. Plozzy wiem, że od czasu moich testów zrobiono duży postęp. Roberto wyszedł z piwnicy i jest w stanie prowadzić między piętrami, odnajdując windy i gabinety. Ma też interfejs głosowy do łatwej komunikacji.
Czy Roberto jest fajnym rozwiązaniem? Tak, choć ma pewne ograniczenia. Ten model nie poradzi sobie ze schodami, a waży 15 kg. Problemem też jest hałas. Jednak gdyby robot był cichszy (a tak ma być), mógłby być używany do prowadzenia w budynkach. Zespół Davide’a Plozzy osiągnął cel naukowy, tj. pokazał, że komercyjnego robota można przerobić na przewodnika niewidomego. Opracowano listę potrzebnych rozwiązań technicznych i zebrano doświadczenia. Na szczęście to jednak nie koniec. Roberto nie zostanie zamknięty w pracowni. Docelowo robot ma być na wyposażeniu biura obsługi niepełnosprawnych na ETH, czyli ma służyć potrzebującym. Osobiście mam nadzieję, że robotem z Zurychu zainteresują się też inne organizacje, w tym uczelnie, a czworonożne roboty przewodnicy przestaną być sensacją i ciekawostką. Sam chętnie spotkałbym Roberto w hotelu jako dodatek do klucza. Każdy, kto podróżuje sam, wie, że czasem dotarcie na śniadanie lub wyjście z hotelu może być problemem i taki Roberto, znający hotel jak własny kojec, mógłby być fantastyczną pomocą.
Glasgow
Mniej więcej w czasie, gdy ja chodziłem z Roberto po piwnicach ETH, zespół z Uniwersytetu Glasgow zrobił głośny show w Hunterian Museum, gdzie roboty przewodnicy prowadziły niewidomych po wystawie i opisywały obiekty. Wydarzenie było bardzo medialne i newsów było mnóstwo, ale analizując udostępniane materiały można dojść do wniosku, że w całym evencie raczej nie o prowadzenie chodziło.
Niestety nie udało mi się skontaktować z nikim z zespołu z Glasgow, więc opieram się na tym, co przeczytałem i co mi opisano, bo jest trochę materiału filmowego. Idea była taka sama jak w Zurychu, czyli bierzemy gotowego robota i przerabiamy go na przewodnika. Roboty użyte w Glasgow to także Unitree. Jednak samo wydarzenie wygląda dość dziwnie, jeśli wie się na co patrzeć. Zacznijmy od tego, że na nagraniach co najmniej część uczestników wygląda na słabowidzących, a nie niewidomych. Człowiek, który najwięcej mówi o robocie (robot nazywa się „Robbie”) ewidentnie ogląda coś na smartfonie. Ważniejsza jest jednak kolejna sprawa. Zwiedzający wystawę trzymają smycze. Tak, roboty nie mają szorek lub jakiegoś sztywnego uchwytu, ale po prostu smycze. Każdy, kto chodził z psem przewodnikiem, wie, że smycz w praktyce nie przekazuje żadnych informacji o ruchu psa i że tak po prostu chodzić się nie da. Widać to zresztą w niepewnych ruchach prowadzonych uczestników wydarzenia.
Przypuszczam, że w Glasgow skupiono się na pokazaniu, że robot przewodnik może być akceptowany społecznie i spotykać się z przyjazną reakcją. Nie potrafię inaczej wytłumaczyć sobie użycia smyczy zamiast nawet najprostszej uprzęży.
USA
O Glide jest coraz głośniej, więc, czytelniczko, czytelniku, mogliście się już spotkać z tą nazwą. Robot tworzony jest przez firmę Glidance, na której czele stoi Amos Miller. Amos Miller przez wiele lat pracował dla Microsoftu, gdzie przewodził zespołowi m.in. pracującemu nad Soundscape, czyli systemem, który dźwiękiem podawał niewidomym informacje o przestrzeni. Soundscape miał bardzo dobre opinie wśród użytkowników i był rzeczywiście używany. Zatem Amos Miller to bardzo poważna osoba. Znaczenie ma też to, że Miller sam jest praktycznie niewidomy, więc robot, nad którym pracuje, ma być również dla niego.
Idea Glide’a jest zupełnie inna niż w przypadku wcześniej opisywanych robotów. Glide powstaje od zera, tj. oczywiście tam gdzie to możliwe, wykorzystywane są gotowe komponenty (np. kamery), ale sam robot jest składany, a obudowa prototypów to druk 3D. Takie podejście daje projektantom pełną kontrolę nad tym, co tworzą. Łatwe jest też wprowadzanie zmian.
Glide ma dwa koła, bęben (trudno mi znaleźć lepsze określenie) i uchwyt. Na samym końcu uchwytu jest poprzeczka, czyli trzymamy uchwyt pełną dłonią. Glide nie ma własnego napędu. My go popychamy, a on kieruje, skręcając poprzez blokowanie lewego lub prawego koła. Robot ma być w stanie prowadzić po zapisanych trasach i po trasach, których nie zna. W drugim przypadku będzie to trzymanie kierunku i omijanie przeszkód oraz ewentualna nawigacja w oparciu o GPS. Glide nie chodzi po schodach (ma kółka), ale waży około 3 kg, więc przeniesienie go nie powinno być dla nikogo problemem. Twórcy oczywiście planują głosowy interfejs komunikacyjny oraz feedback za pomocą wibracji. Zapowiedzi są bardzo fajne i, o dziwo, nie budzą mojego sceptycyzmu. Zawsze mniej więcej tak właśnie wyobrażałem sobie robota przewodnika, tyle że w moich wyobrażeniach koło było jedno.
Glidance to zespół fachowców. Zespół, który myśli o produkcie całościowo, zaczynając od kwestii robotycznych, a kończąc na projekcie opakowania. Wygląda to dobrze. Przedsprzedaż poszła nieźle, ale, co może ważniejsze, firma dostała ponad półtora miliona dolarów od inwestorów. Mają zatem i środki i grupę zdeklarowanych klientów. Pisząc o klientach warto wspomnieć o cenie. Glide ma kosztować 1499 dolarów oraz abonament 30 dolarów miesięcznie. Abonament ma nie być obowiązkowy, ale mając takie urządzenie fajnie dostawać aktualizacje i nowe funkcje.
Tyle teorii i informacji o firmie. Trochę więcej niż w przypadku poprzednich robotów, ale to właśnie Glide ma wejść na rynek. Ma to być jesień 2025. Sam stawiam na wiosnę 2026, ale nie będę rozczarowany, jeśli firmie uda się dotrzymać planowanego terminu.
Do niedawna Glide był pokazywany tylko na kontynencie amerykańskim. Dla mnie było to za daleko, więc musiałem obejść się smakiem, a moją ciekawość zaspokajały wirtualne pokazy. Wreszcie ogłoszono demo day w Londynie. Termin pokazu był paskudny z polskiej perspektywy. Kupno biletu na ostatnią chwilę na 4 listopada, nie było ani łatwe, ani tanie. Ale udało się i dotarłem na pokaz.
W spotkaniu uczestniczyło około czterdziestu osób. Co ciekawe, na te czterdzieści osób, dwie nosiły okulary Ray-Ban Meta, a jeden uczestnik używał laski z francuskim detektorem Tom Pouce, o którym wieki temu pisałem w „Tyfloświecie”. Ze mną jako użytkownikiem okularów Envision i detektora przeszkód, użytkownicy nowoczesnych pomocy w orientacji (nie licząc GPS) stanowili około 10% uczestników spotkania. To nieźle i mam nadzieję, że pokazuje to nową tendencję. Dodam tylko, że wśród uczestników byli także ludzie, którzy chyba nigdy sami nie chodzili, a więc grupa była naprawdę bardzo różnorodna.
Podczas spotkania Amos Miller i inni członkowie zespołu odpowiadali na liczne pytania, ale najważniejszy był pokaz. Każdy mógł pochodzić z Glide’em. Przestrzeń była trudna, bo były to pomieszczenia biurowe ze stołem stojącym pośrodku. Łatwo było na coś wpaść. Kolejka była długa, ale na szczęście po interwencji uczestnika, który przyjechał z Hiszpanii (nie tylko ja przyleciałem na pokaz spoza Anglii), ustąpiono mi miejsca, dzięki czemu zdążyłem na powrotny samolot. Idąc z Glide’em też nie musiałem się śpieszyć i teraz mogę ten spacer opisać.
Szło się fajnie, ale znów z hukiem. No dobra, Glide nie jest tak głośny jak Roberto, ale stuka. Hałas jest wywoływany przez hamulce, które blokują koła podczas skręcania, a Glide dużo skręca, bo podobnie jak wcześniej Roberto, też idzie leciutkim zygzakiem. Ludzie z Glidance mówią, że pracują nad poprawą jednego i drugiego. Idąc z Glide’em czułem się pewnie. Oczywiście znowu musiałem przyzwyczaić się do tego, że idę za robotem, a nie obok robota. Co ciekawe, choć robota się popycha (jak pisałem, nie ma własnego napędu), absolutnie się tego nie czuje. Gdybym nie wiedział, myślałbym, że Glide jedzie sam. Wiem, że nie jestem jedyny, bo takie same odczucia miał Shaun Preece z „Double Tap”, który opisywał Glide’a w jednym z odcinków podcastu. Dla mnie Glide był wręcz za lekki. Chodząc po pomieszczeniach, w których odbywał się pokaz, raz otarłem się o ścianę. Nie wiem, co było powodem. Nie zdziwiłbym się, gdyby mapując przestrzeń, ktoś nie wziął pod uwagę, że trzymam robota lewą ręką (jak każdy psiarz), ale to tylko taka teoria ad hoc.
Moje wrażenia po londyńskim pokazie są bardzo dobre. Liczyłem wprawdzie, że prezentacja odbędzie się na zewnątrz, a nie w zamkniętej przestrzeni, ale spacer z Glide’em przeszedł moje oczekiwania. Widać też, że nastawienie ludzi się zmienia. W artykule o SightCity 2024 pisałem, jak to Steven Scott i Shaun Preece ze wspomnianego już „Double Tap” krytykowali i nabijali się z twórców nowoczesnych pomocy w orientacji przestrzennej, że niby chcą zastąpić laskę.
Już nawet sam tytuł odcinka „Double Tap” „Enough with the robot guide dogs” (dość o robotach psach przewodnikach) był znaczący. Osiem miesięcy później,
w odcinku pt. „Be My Eyes Officially Comes To Meta Ray-Bans & Glidance Updates”, ci sami ludzie zachwycali się Glide’em.
Czy czekanie na robota się skończy
Tak. Jestem przekonany, że do końca 2026 roku roboty wyjdą na ulicę, by pracować i będzie to praca coraz bardziej przyzwoita. Jesteśmy świadkami powstawania nowych, rewolucyjnych pomocy w orientacji przestrzennej i wkrótce, mówiąc o dostępności architektonicznej, trzeba będzie brać pod uwagę potrzeby ludzi poruszających się z robotami. Osobiście nie mogę doczekać się własnego robota. Mam już dla niego imię. Jest nim oczywiście… „Godot”.