Ten tekst miał powstać rok temu, ale jak to często bywa, pisanie i plany się przeciągają. Inaczej niż inne moje artykuły, ten będzie trochę bardziej emocjonalny, a mniej techniczny, bo byłem blisko opowiadanej historii.
W 2024 roku minęło dwadzieścia lat od wejścia na rynek Nawigatora. Nawigator był pierwszym w Polsce urządzeniem do nawigacji GPS dla niewidomych. Oczywiście nie mogę wykluczyć, że wcześniej były jakieś prototypy, ale ja o nich nic nie wiem. Nawigator był też moim zdaniem jednym z dwóch najlepszych GPSów na świecie i wtedy śmiało mógł konkurować ze swoim zachodnim odpowiednikiem.
Wspomnienie nr 1
To musiał być 2003 rok. Był mróz. Bodajże -18 stopni. Z moim psem Lordem pojechałem na dworzec we Wrzeszczu, by spotkać się z dr. Inż. Ryszardem Kowalikiem, który chciał mi pokazać ciekawy prototyp – tak już wtedy uwielbiałem prototypy. Urządzenie było małą, archaiczną skrzyneczką. Przy dużej determinacji i wytrzymałości materiału dało się ją wcisnąć do przedniej kieszeni spodni, ale wyjąć już było ciężko. W każdym razie urządzenie zdało mój podstawowy test na mobilność wtedy zwaną „przenośnością”, który polegał na sprawdzeniu, czy sprzęt mieści się w kieszeni. Doktor Kowalik udzielił mi krótkiej instrukcji, a ja gdy wreszcie wyszarpnąłem urządzenie z kieszeni, ruszyłem wzdłuż budynku dworca, w lewej ręce trzymając szorki Lorda, a w prawej Nawigatora, co do którego wcale nie jestem pewien, że miał już wtedy nazwę. Nacisnąłem dość toporny przycisk (wczesne prototypy zwykle są toporne) i zapisałem główne wejście do dworca. Gdy dotarłem do końca budynku, gdzie były drugie drzwi, zrobiłem kolejny zapis. Kazałem Lordowi iść z powrotem. Nawigator poinformował mnie o głównym wejściu z całkiem niezłą dokładnością, czyli pewnie jakieś dwadzieścia metrów. Nic nie rozumiejącemu Lordowi kazałem teraz iść w drugą stronę, tj. do miejsca, w którym już wcześniej byłem. W połowie drogi bateria w Nawigatorze padła z zimna. Przyjąłem to z ulgą, bo już zaczynałem się bać, że urządzenie wypadnie mi z przemarzniętej dłoni, o ile wcześniej nie odpadnie mi dłoń. Szczękając z zimna zębami, pełen entuzjazmu powiedziałem jedno zdanie „Chcę to urządzenie”. Tak, kupiłem toporny prototyp po kilkuminutowym teście, do tego za duże pieniądze, bo Nawigator był drogi nawet jako prototyp.
Wcześniej
Na swoje urządzenie czekałem ponad pół roku, bo Nawigator przechodził zmiany. Czekając, męczyłem się jak dawniej, a dawniej było źle i o tym teraz.
Sytuacja niewidomych przed GPS była opłakana. Wcale nie przesadzam. Jeśli w tramwaju lub autobusie nie było informacji głosowej o przystankach (a w Gdańsku nie było – wywalczyliśmy to sobie dopiero w 2011 roku) jedyną metodą orientacji było liczenie przystanków, a i tak przy wysiadaniu najlepiej było kogoś spytać. Na stałej trasie można było nauczyć się ruchu pojazdu i tak na przykład ja wiedziałem, że po dwunastym przystanku tramwajem rzuca i ta wiedza pozwalała mi upewnić się, gdzie jestem. Łatwo sobie wyobrazić jakiej koncentracji wymagało takie przemieszczanie się. W pociągach było jeszcze gorzej, a do tego większy stres, bo stacje są dalej od siebie, więc pomyłka była bardziej bolesna. Jedynym ułatwieniem w pociągu były nazwy stacji nadających sygnał komórkowy, które wyświetlały się na ekranie symbianowej komórki (wtedy jeszcze nie mówiło się „smartfon”). Metoda nie była w stu procentach pewna i wymagała refleksu w czytaniu ekranu. Samotny spacer po lesie lub brzegiem morza mógł się skończyć bardzo źle. Pies mógł pomóc w znalezieniu ścieżek i dróg i omijaniu przeszkód, ale pies nie wie, gdzie chcemy iść, a samo „do domu” nic psu nie powie, jeśli nie zna terenu. Z laską jeszcze trudniej.
Nawigator
Po długim czekaniu dostałem swojego Nawigatora. Dostarczył mi go jego twórca, pan Stanisław Kwaśniewski, strasznie sympatyczny człowiek, o którym jeszcze napiszę. Nawigator wyglądał zupełnie inaczej niż prototyp, na którym omal nie odmroziłem sobie ręki. Zamiast jednego pudełka były dwa. Sterowanie i bateria były w płaskim pudełku z przyciskami. To pudełko bez problemu można było nosić w kieszeni koszuli. Drugie pudełko zawierało odbiornik GPS. Było fajnie wyprofilowane i nosiło się je na ramieniu. Pudełko mocowało się gumową taśmą. Oczywiście trochę kojarzyło się to z mierzeniem ciśnienia, ale mocowanie nie było niekomfortowe. Oba pudełka łączone były kablem. W praktyce były dwa kable, bo jeszcze dochodziła słuchawka, choć ta akurat nie była konieczna. Ja nosiłem Nawigatora w kieszeni koszuli, a kable puszczałem pod koszulą: jeden do ramienia, a drugi słuchawkowy. Teraz brzmi to wszystko bardzo siermiężnie, ale wtedy było to optymalne rozwiązanie, jeśli chciało się mieć urządzenie pracujące przez wiele godzin. Nawigator nie miał map, zresztą nie było ich wtedy w Polsce. Bazował na punktach zapisywanych przez użytkownika. Poleceniem na klawiaturze włączało się zapisywanie punktu i nagrywanie jego nazwy. Te punkty potem stawały się fajnymi pamiątkami, bo zapisywanej nazwie towarzyszyły dźwięki otoczenia, np. akordeon na dworcu we Lwowie, jakieś głosy na przystanku w Gdańsku czy szum drzew w lesie. Do zapisanych punktów można było iść na azymut lub układać z nich trasy. Dokładność Nawigatora w dobrych warunkach wynosiła około 40 metrów. Czasem było to mniej, a czasem więcej. Szybko nauczyłem się obsługi i w pierwszy weekend pojechałem z psem do Jelitkowa (dzielnica Gdańska) nad morze. Pojechałem i wróciłem sam. Ale to była frajda. Mogę ją porównać tylko z przyjemnością, z jaką skanowałem pierwszą papierową książkę, gdy dostałem OCR. Następnego dnia po Jelitkowie poszedłem z Lordem do pobliskiego lasu.

Nawigator spełniał wtedy wszystkie moje oczekiwania, to znaczy dawał całkiem niezłą orientację w przestrzeni, choć oczywiście nieporównywalną z tym, co mamy teraz. Dalej zdarzało mi się błądzić, ale to było inne błądzenie niż wcześniej, bo miałem pewność, że jeśli będę cierpliwy, trafię do miejsca, które mam zapisane w urządzeniu.Na tej właśnie pewności, że dotrze się do miejsca lub w pobliże miejsca, do którego się idzie, polegała rewolucyjność nawigacji GPS. Gdy zimą zasypało wszystkie ścieżki i chodniki na terenie kampusu Uniwersytetu Gdańskiego, tylko dzięki Nawigatorowi orientowałem się, czy mój pies idzie we właściwym kierunku. Teraz, gdy mamy GPS i apki nawigacyjne na zawołanie, pewnie trudno zrozumieć ten przełom i to poczucie wolności.
Nawigator na początku nie miał konkurencji. Jedynym urządzeniem, które mogło być z nim porównywane, był kanadyjski Maestro, który później zmienił nazwę na Trekker Breeze. Tyle że Nawigator był bardziej praktyczny. Dało się go obsłużyć przez ubranie, czyli mógł być noszony w kieszeni koszuli lub kurtki. Maestro majtał się u pasa i używanie go w deszczu lub zimą chyba w ogóle było niemożliwe. W przeciwieństwie do Nawigatora Maestro używał map. Wtedy to podejście wydawało się gorsze, bo mapy były słabe, a dla wielu rejonów w ogóle ich nie było. Nawigator z bardzo wygodnym prowadzeniem na azymut i łatwym zapisywaniem własnych punktów, dawał większe możliwości. Nawigator był tak dobry, że były plany sprzedaży go za granicę. Dostał anglojęzyczny interfejs i przetłumaczyłem nawet instrukcję. Ostatecznie z tych planów nic nie wyszło. A szkoda, bo wtedy Nawigator mógł się świetnie sprzedać. Jeśli chodzi o mój udział w pracach nad Nawigatorem, to jako wczesny użytkownik, wyłapywałem błędy i doradzałem różne rozwiązania. Napisałem też instrukcję pod tytułem „Pierwsze kroki”, o której wiem, że była bardzo pomocna dla początkujących użytkowników.
Nawigator miał jedną cechę, która była jego i wadą i zaletą. Polecenia wybierało się sekwencyjnie. Poza najważniejszymi poleceniami, takimi jak zapisanie punktu, lokalizacja, itd., aby coś zrobić trzeba było nacisnąć klawisz funkcyjny, których były cztery, a potem cyfrę, do której przypisane było polecenie. Nie było menu nawigacyjnego. Zaletą była szybkość z jaką można było uzyskać dowolne działanie. Żadnego wsłuchiwania się w opcje. Po prostu wystarczyło pamiętać, do jakiej funkcji należy dane polecenie, wybrać funkcję i numer polecenia. Wadą było to, że trzeba było pamiętać, szczególnie jeśli potrzebowało się rzadziej używanego polecenia. Jeśli ktoś chciałby się dowiedzieć więcej o działaniu Nawigatora, polecam mój krótki artykuł pt. „Nawigator” , który ukazał się w „Tyfloświecie 2/2008.
Nawigator wszedł na rynek w 2004 roku. Najpierw wersja dwuelementowa, którą opisałem wyżej, potem zgrabne pudełko, które nie potrzebowało zewnętrznej anteny, czyli żadnych kabli z wyjątkiem słuchawki. O dziwo, do GPSu najpierw ludzi trzeba było przekonywać. Po latach doświadczenia z urządzeniami wspierającymi orientację wiem, że problemem nie są konkretne technologie, ale opór ludzi przed samodzielnym chodzeniem. Ci, którzy sami się poruszali, szybko docenili GPS. Szybko też pojawiła się konkurencja dla Nawigatora. W 2006 roku, akurat gdy Nawigator stał się rozpoznawanym urządzeniem, pojawił się Loadstone GPS – aplikacja na telefony z systemem Symbian. Telefony z Symbianem były pierwszymi masowo sprzedawanymi telefonami, na które był screenreader. Telefon był drogi (dzisiejsza górna półka), screenreader nie był tani, ale dostępnościowo była to rewolucja, więc ci najaktywniejsi takie telefony mieli. Aby używać bezpłatnego Loadstone’a trzeba było tylko dokupić bezprzewodowy odbiornik GPS, bo w telefonach GPSu nie było. W moim odczuciu Loadstone był bardzo niewygodny w obsłudze, gdy go porównać z Nawigatorem, ale stał się popularny i trudno się dziwić. Zasada działania była taka sama jak w Nawigatorze, czyli nie mapy, a własne punkty.
Nawigator był rozwijany do 2009 roku. Dochodziły nowe funkcje, np. podawanie najbliższego adresu (bazę adresów można było dokupić), syntezator mowy Gregor, który napisał i udostępnił Grzegorz Złotowicz, możliwość ręcznego wpisywania współrzędnych i komunikacja z komputerem. Ostatnią wersją klasycznego Nawigatora był Nawigator 4S.
Wspomnienie nr 2
30 grudnia 2009. Jestem w Bydgoszczy. Z przyjaciółmi robimy zakupy przed sylwestrową imprezą. Trzeba się dobrze zaopatrzyć, bo nowy rok witać będziemy na działkach. Śnieg, mróz i domek letniskowy, w którym mamy nocować. Wybieramy jedzenie, gdy czuję, że moja komórka wibruje w kieszeni. Przed odebraniem sprawdzam, kto dzwoni: Michał Kwaśniewski. Odbieram i słyszę „Tato nie żyje”.
Stanisław Kwaśniewski
Nie spotkałem osoby, która nie wspominałaby pana Kwaśniewskiego z sympatią. Robił fantastyczne urządzenie, ale nigdy nie próbował sprzedać go komuś na siłę, tj. obiektywnie mówił o własnym i o innych rozwiązaniach. Jego rady i komentarze na liście dyskusyjnej „Typhlos” były cenione. Nie trzeba było być użytkownikiem Nawigatora, by coś doradził lub wytłumaczył. Nie spotkałem drugiej takiej osoby. Każdy producent, nawet jeśli nie ma marketingowego podejścia, stara się pokazać swoje rozwiązanie z najlepszej strony i wskazać słabości konkurencji. Pan Kwaśniewski taki nie był. Miał też świetne poczucie humoru: ironiczne, czasem złośliwe, ale w ten żartobliwy, lekki sposób. Lubił dobre wino i bardzo żałuję, że wina razem nigdy się nie napiliśmy.
Na pogrzebie pana Kwaśniewskiego było wielu niewidomych. Było też bardzo zimno – zupełnie jak podczas mojego pierwszego marszu z Nawigatorem.
Później
Nawigator funkcjonował na rynku jeszcze przez kilka ładnych lat. Najpierw jako NaviEye 1, a potem jako NaviEye 2, z tym że NaviEye 2 było już kompletnie nowym urządzeniem. Zaczynała się już era smartfonów i sprzedawać sprzętowe GPSy było coraz trudniej.
Na koniec
Używałem różnych aplikacji i sam pomagałem rozwijać Seeing Assistant, ale nie znalazłem rozwiązania, które byłoby tak wygodne w używaniu jak Nawigator. Oczywiście teraz mamy fajne mapy, dobre prowadzenie i zapisywanie punktów (świetnym przykładem jest Seeing Assistant Go: gratulacje dla zespołu z Transition Technologies), ale interfejsy dotykowe wiążą się z koniecznością brania smartfona do ręki. Polecenia głosowe też mają ograniczenia. Nawigator był super.

