Kilka moich ostatnich tekstów było poświęconych szeroko rozumianej rozrywce. ponieważ nie samą zabawą człowiek żyje, dziś chciałbym sprowadzić was, Drodzy Czytelnicy, na ziemię i to bardzo dosłownie. Postaram się bowiem opisać moją wieloletnią przygodę z robotami sprzątającymi. Ponieważ od dawna jestem zadowolonym użytkownikiem urządzeń od firmy iRobot, postaram się na przykładzie mojego dotychczasowego doświadczenia opisać, jaką drogę w przeciągu kilku lat przeszedł ten producent, a także same roboty odkurzające.
W roku 2021 trafił do mnie mój pierwszy automatyczny pomocnik, Roomba i7+. Pamiętam, że byłem niesamowicie podekscytowany, ale i ciekawy, jak w sumie takie niewielkie urządzenie, mierzące około 33 cm średnicy, będzie w stanie poradzić sobie ze sprzątaniem moich podłóg. Dodatkowo, co w przypadku takich sprzętów jest niezwykle ważne, zależało mi, abym jako osoba niewidoma korzystająca z czytnika ekranu był w stanie obsłużyć to urządzenie w jak największym stopniu.
Moja pierwsza Roomba i7+ przyszła do mnie wraz ze stacją samo opróżniającą odkurzacz do specjalnego worka, przez co urządzenie to było właściwie bezobsługowe. Wymagało jedynie przeczyszczenia od czasu do czasu gumowych szczotek, kółek, czujników i samego robota. Co jakiś czas należało również założyć nowy worek, jednak przy moim mieszkaniu i zabrudzeniach które generowałem, robiłem to raz na rok i to jedynie dlatego, że trochę zaczynało niefajnie pachnieć. Całością zarządzała aplikacja iRobot, w której użytkownik VoiceOver na systemie iOS mógł zrobić prawie wszystko: ustawiać scenariusze sprzątania, tworzyć automatyzacje i harmonogramy, sprawdzać stan eksploatacji czy historię sprzątania i przebiegi. Problem właściwie występował jedynie na poziomie oznaczania poszczególnych pomieszczeń na mapie. Jednak po jednorazowym wykonaniu tej czynności przez osobę widzącą, robot działał na tej mapie przez prawie 4 lata i służył mi naprawdę świetnie.
Odkurzacze automatyczne, jak chyba wszystko w dzisiejszych czasach, udoskonalane są tak szybko, że nie trzeba było długo czekać, by zaczęły pojawiać się nowe rozwiązania. Zamiast poruszać się po mieszkaniu wyłącznie w oparciu o informacje uzyskiwane z kamery odkurzacze od różnych producentów zaczęły wykorzystywać kamerę w połączeniu z laserowym namierzaniem przeszkód realizowanym za pomocą LIDAR-u. Roboty poza odkurzaniem zaczęły także coraz lepiej mopować podłogi. Pojawiły się jeszcze lepsze stacje dokujące, które już nie tylko wysysały zanieczyszczenia po odkurzaniu, ale i namaczały pady mopujące, odsączały brudną wodę, potrafiły wyprać takie pady, a nawet je wysuszyć. Długo obserwowałem postęp w tej kategorii produktowej. Więc gdy w końcu nawet iRobot ogłosił, że i Roomba przejdzie ogromną zmianę i mnóstwo z tych technologii trafi do ich nowej serii robotów, podjąłem decyzję, że po kilku latach czas na zmiany.
Po przeanalizowaniu dostępnych na rynku nowości, mój wybór padł na najnowsze dziecko w portfolio amerykańskiego producenta – model iRobot Roomba Plus 505 Combo, wyposażony w stację dokującą AutoWash. Ponieważ z poprzedniego modelu byłem bardzo zadowolony, a ich aplikacja dawała się naprawdę dobrze obsługiwać, pozwalało mi to mieć nadzieję, że i to nowe urządzenie takie będzie. Producent obiecywał rozwiązanie niemal wszystkich bolączek poprzednich generacji. Wreszcie, po latach opierania się wyłącznie na kamerach, iRobot zdecydował się na implementację nawigacji laserowej LIDAR, co dla osób, które często nie zapalają światła w pomieszczeniach, jest bardzo korzystną zmianą. Do tego doszła obietnica prawdziwej niezależności w kwestii mopowania. Koniec z ręcznym praniem brudnych szmatek. Ta maszyna miała robić to sama. Jedyne, co zapaliło żółtą lampkę w mojej głowie, to informacja, że nowe roboty będą obsługiwane za pomocą nowej aplikacji Roomba Home. Ponieważ zdanie o poprzedniej wersji, jak już wspomniałem, miałem naprawdę dobre, postanowiłem im zaufać. Czy te obietnice pokryły się z rzeczywistością? Zapraszam do czytania.
parametry techniczne i budowa zestawu
Zanim omówimy działanie urządzenia w praktyce oraz niuanse współpracy z nową aplikacją mobilną, zajmijmy się tym, co każdy technoentuzjasta lubi najbardziej, czyli „cyferkami”, parametrami technicznymi i tym, jak ten sprzęt właściwie jest zbudowany. Wiem, że dla wielu z Was specyfikacja na papierze to jedno, a rzeczywistość to drugie, ale w przypadku modelu iRobot Roomba Plus 505 Combo te dane robią wrażenie i co ważniejsze przekładają się na to, co później czujemy pod stopami.
Producent w tej generacji nie poszedł na kompromisy, chociaż do topowych modeli od innych producentów trochę zabrakło. Mamy tu do czynienia z maszyną, która ma być w założeniu samodzielna, silna i inteligentna. Oto co kryje się wewnątrz tego czarnego (lub białego, zależnie od wersji) dysku oraz jego potężnej bazy:
- System nawigacji: LiDAR ClearView™ wspierany przez kamerę PrecisionVision™ AI (rozpoznawanie przeszkód, w tym “niespodzianek” zwierzęcych).
- Moc ssąca: 7000 Pa (to spory skok względem starszych serii „i” czy „j”, które oscylowały na znacznie niższych poziomach).
- System mopowania: Dwa obrotowe pady DualClean™ z technologią PerfectEdge® (wysuwanie się do krawędzi) oraz funkcją SmartScrub (szorowanie przód-tył).
- Akumulator: LFP 5000 mAh (zapewniający długi czas pracy, choć przy maksymalnej mocy ssania i szorowania ten czas oczywiście spada).
- Wymiary robota: Średnica 35,7 cm, wysokość 10,6 cm (warto o tym pamiętać, mierząc prześwity pod meblami!).
- Łączność: Wi-Fi 2.4 GHz oraz 5 GHz.
- Stacja AutoWash™: Automatyczne opróżnianie kurzu (do worka, do 75 dni), uzupełnianie wody w robocie, pranie padów mopujących i suszenie ich ciepłym powietrzem.
- Wymiary stacji dokującej: Głębokość 45 cm, szerokość 34,4 cm, wysokość 47 cm.
Robot składa się z dwóch elementów: stacji dokującej, która jest tutaj prawdziwym centrum dowodzenia, oraz samego urządzenia sprzątającego. Pozwólcie, że oprowadzę Was po nich opuszkami palców.
Zacznijmy od elementu, który po wyjęciu z pudła budzi największy respekt swoimi gabarytami. Stacja AutoWash to nie jest już ta mała, dyskretna ładowarka, o którą potykaliśmy się w starszych modelach. To solidna, ciężka konstrukcja, która przypomina nowoczesny kosz na śmieci. Jej obudowa wykonana jest z matowego tworzywa. Uważam to za duży plus, bo nie zbiera ono odcisków palców i łatwiej utrzymać je w czystości. W dotyku jest przyjemna, lekko szorstka i nie sprawia wrażenia “taniego plastiku”. Na froncie znajdziemy klapę magnetycznie mocowaną do stacji. Są na niej estetyczne ryflowania. Są to pionowe pasy, które nadają bryle charakteru i pozwalają łatwo zorientować się w przestrzeni.
Gdy badamy stację od góry, natrafiamy na dwa duże zbiorniki wyposażone w solidne uchwyty. Są one na jednej płaszczyźnie z górą pojemników. Wyprofilowano je przez spadek pod lekkim kątem bocznej części daszku. Wygląda to trochę jak podchwyt. Dla nas, osób niewidomych, to rozwiązanie jest zaprojektowane słabo. Prawy zbiornik służy do wody czystej. Nie różni się ani kształtem rączki, ani w dotyku. Wlewamy ją tam prosto z kranu. W jego wnętrzu jest charakterystyczny wężyk zakończony siateczkowym filtrem. Element ten magnetycznie trzyma się dna zbiornika. Lewy to zbiornik na wodę brudną, którą stacja odsysa po myciu padów. Co ważne, zbiorniki są szczelne i łatwo wyczuć, kiedy wkładamy je na miejsce. Musimy trafić na specjalne gniazda, jednak całość jest dobrze wyprofilowana i nie sprawia to większego problemu. Zbiorniki przy klapkach zamykających mają dobre uszczelki. Dzięki temu trzymając je za dedykowane uchwyty, nie musimy obawiać się rozlania wody.
Poniżej, w centralnej części stacji pod magnetyczną klapą frontową, znajduje się komora podzielona na dwie przestrzenie. Z lewej strony jest mała komora na dodatkowy worek. Natomiast z prawej strony instalujemy worek na kurz. Worek ten różni się od worków do mojego poprzedniego robota. Wymiana jest banalna. Wyciągamy go za uchwyt, a worek sam się uszczelnia. Wyrzucamy go do kosza i wsuwamy nowy. Zero kontaktu z kurzem. Na samym dole stacji znajduje się dołączana rampa najazdowa. Jest ona dość szeroka i posiada specjalne prowadnice. Pomagają one robotowi idealnie wcelować w złącza ładowania oraz porty do wymiany wody i odsysania brudu. Warto dbać o to, by ta rampa była czysta. Czasem zbiera się tam trochę wilgoci po praniu mopów.

Przejdźmy teraz do głównego bohatera. Biorąc Roombę 505 Combo do rąk, od razu czujemy jej wagę. To ponad 4 kilogramy solidnej technologii. Kształt pozostaje klasycznie okrągły, co w świecie robotyki jest sprawdzonym standardem pozwalającym na obrót w miejscu. Największą rewolucję wyczujemy jednak na górnym panelu. Jeśli tak jak ja byliście przyzwyczajeni do płaskich robotów z serii 900, i7 czy j7 z niewielkimi okrągłymi kamerkami, tutaj czeka Was niespodzianka. Na samym środku, bliżej przodu, wyrasta niewielka wieżyczka. To właśnie osłona lasera LIDAR. Jest to dysk wystający na około centymetr ponad obrys obudowy. Jest on kluczowy, bo to dzięki niemu robot “widzi” ściany i meble nawet w całkowitej ciemności. Jeśli zamawialiście meble pod niższe roboty, warto zweryfikować ich wysokości. Gdy Wasza kanapa ma prześwit 9,5 cm, ten robot tam nie wjedzie albo co gorsza zaklinuje się wieżyczką.
Obok wieżyczki znajdziemy panel sterowania. I tu ogromna pochwała dla iRobota za zachowanie fizyczności. W porównaniu do wersji i7 mamy wyczuwalne pod palcami prostokątne przyciski. Pierwszy, umieszczony bliżej kopułki, to „Clean”. Służy on do wybudzenia robota i startu sprzątania. Zaraz obok niego, identycznej wielkości i kształtu, znajduje się drugi przycisk. Służy on do odesłania robota do stacji. Klikają one w sposób satysfakcjonujący, dając nam jasną informację zwrotną. Nie musimy się domyślać, czy „dotknęliśmy” ekranu. Po prostu wciskamy guzik. Na górze urządzenia zastosowano jeszcze jedną zmianę. Producent umieścił tu kolejną chropowatą nakładkę mocowaną na magnesy. Po jej podniesieniu otrzymujemy dostęp do pojemnika na kurz i filtrów.
Front urządzenia to tradycyjnie ruchomy zderzak, który amortyzuje ewentualne kolizje. W dotyku jest matowy. W jego centralnej części umieszczono okienko kamery PrecisionVision, która rozpoznaje przeszkody leżące na podłodze, takie jak kable czy skarpetki. Warto pamiętać, by co jakiś czas przetrzeć ten fragment wilgotną szmatką. Najwięcej dzieje się jednak pod spodem. Odwracając robota „na plecy”, wyczujemy dwa duże, amortyzowane koła napędowe z grubym bieżnikiem. To one pozwalają mu pokonywać progi do 2 cm. Pomiędzy nimi znajduje się moduł szczotki głównej. W tym modelu iRobot zastosował pojedynczą, szeroką szczotkę gumową w przeciwieństwie do dwóch przeciwbieżnych znanych z najwyższych serii. Jest ona umieszczona w ruchomej głowicy. Wyjęcie jej do czyszczenia jest proste. Wypinamy ramkę przez naciśnięcie dwóch przycisków i wyciągamy wałek. Dzięki temu, że jest gumowy, a nie z włosia, wplątane włosy czy sierść usuwa się z niego w kilka sekund. Można po prostu ściągnąć je ręką.
Z boku urządzenia znajdziemy jedną wirującą szczotkę boczną. Jej zadaniem jest wymiatanie brudu z narożników pod główną głowicę. Nie jest ona montowana na śrubkę jak w moim poprzednim modelu, a na wcisk. To bardzo dobra zmiana, bo wreszcie nie trzeba używać do tego śrubokręta. Na koniec została tylna część podwozia, czyli sekcja mopująca. W modelu 505 Combo nie doczepiamy żadnej statycznej tacki. Mamy tu na stałe zamontowane dwa magnetyczne gniazda, w które wkładamy plastikowe, okrągłe pady. Mają one na powierzchni rzepy, do których przypinamy włochate mopy. Są miękkie i puszyste. Co ciekawe mechanizm pozwala im na ruch. Pady te nie tylko się kręcą, ale potrafią się też wysunąć na zewnątrz obrysu robota, by domyć listwy przypodłogowe. To właśnie ten element wraz ze stacją odpowiada za to, że nie musimy już martwić się o brudne szmatki. Całość sprawia wrażenie urządzenia niezwykle zwartego i przemyślanego. Każdy element, który jest ruchomy lub wymienny, czyli pojemnik, szczotki i filtry, został zaprojektowany tak, że osoba niewidoma bez problemu poradzi sobie z jego obsługą po kilku minutach zapoznania. Plastiki są wysokiej jakości, nic nie trzeszczy, a spasowanie elementów jest wzorowe. Czuć, że mamy do czynienia ze sprzętem z 2025 roku.
Pierwsze kroki w świecie Roomby
Pamiętacie tę moją obawę z początku tekstu? Wspominałem o żółtej lampce ostrzegawczej, która zapaliła mi się na wieść o zupełnie nowej aplikacji. Nowy robot to często nowe oprogramowanie. A nowe oprogramowanie to dla nas, użytkowników czytników ekranu, wielka niewiadoma. W przypadku modelu Roomba Plus 505 Combo producent wymaga pobrania aplikacji o nazwie Roomba Home. Zastąpiła ona starą, dobrze mi znaną aplikację iRobot. Z pewną dozą niepewności pobrałem ją ze sklepu App Store i przystąpiłem do konfiguracji.
Proces łączenia robota z siecią Wi-Fi na szczęście nie wymagał ode mnie doktoratu z informatyki. Choć już dzisiaj nie pamiętam każdego kliknięcia, to poradziłem sobie z tym całkowicie samodzielnie. Zgodnie z procedurą, którą przypomniałem sobie czytając opis w instrukcji, po pobraniu aplikacji musiałem umieścić robota na stacji dokującej i poczekać na sygnał dźwiękowy. Aplikacja prowadzi użytkownika przez kolejne kroki. Musimy udzielić kilku zgód na wykrywanie urządzeń w sieci, podać hasło do domowego Wi-Fi i aktywować robota. Tutaj niestety VoiceOver nie zawsze idealnie odczytywał etykiety wszystkich przycisków. Czasami słyszałem jedynie “przycisk” lub dziwne techniczne nazwy. Mimo to układ interfejsu był na tyle logiczny i przewidywalny, że bez problemu domyśliłem się, co należy nacisnąć, aby przejść dalej. To duży plus, że przy pierwszej konfiguracji nie potrzebujemy pary oczu do pomocy.
Gdy robot połączył się z siecią, nadszedł czas na stworzenie mapy mojego 34-metrowego mieszkania. Tutaj muszę sprostować pewien mit o nawigacji laserowej. Testowałem już roboty innych marek wyposażone w LIDAR i były one niemal bezszelestne podczas mapowania. Roomba 505 taka nie jest. Podczas przejazdu zapoznawczego wyraźnie słychać pracę mechanizmów jezdnych. Nie jest to jednak hałas odkurzania, a raczej specyficzny szum pracującej maszyny. Różnica względem mojego starego modelu i7 jest jednak kolosalna w kwestii czasu i precyzji. Robot nie “rozgląda się” co prawda szybko w miejscu, ale objeżdża pomieszczenia. Cały proces stworzenia mapy mojego mieszkania zajął mu zaledwie około 10 minut. Co więcej, robot poruszał się płynnie. Model i7, mimo że był dobrym sprzętem, miał tendencję do dość mocnego “przytulania się” do mebli zderzakiem. Nowa 505 dzięki laserowi widzi przeszkody, zanim do nich dojedzie. Po kilku miesiącach użytkowania sprawdziłem dłonią zderzak. Był gładki i praktycznie pozbawiony rys, natomiast w poprzednim modelu zużycie było widoczne po kilku tygodniach używania. To najlepiej świadczy o precyzji nawigacji.
Po utworzeniu mapy robot całkiem sprawnie podzielił przestrzeń na poszczególne pokoje. Niestety, nazwy nadał im nie do końca precyzyjnie. Przez to w domu miałem na przykład dwie łazienki. Jako ciekawostkę dodam, że w łazience znalazła się także lodówka. Właśnie tak Roomba zidentyfikowała pralkę z suszarką stojące na sobie. Podczas edycji map napotkałem pierwszą poważną barierę. O ile zmianę nazwy pomieszczenia da się obejść (na przykład wysyłając robota do konkretnego, błędnie nazwanego miejsca i na tej podstawie edytując etykietę), o tyle edycja granic to dla nas ściana nie do przeskoczenia. Wszelkie przesuwanie linii podziału, łączenie kuchni z salonem czy stawianie wirtualnych ścian odbywa się w trybie czysto graficznym. VoiceOver nie daje nam możliwości precyzyjnego sterowania tymi elementami. W tym miejscu musiałem skapitulować i poprosić o pomoc osobę widzącą.
Kolejną kwestią, która budzi moje mieszane uczucia, są komunikaty głosowe. Robot mówi do nas po polsku, co jest świetne. Informuje o błędach czy zakończeniu pracy. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy robot stoi w stacji AutoWash i odbywa się głośny proces czyszczenia padów. Maszyna coś do nas mówi, ale hałas wody i pomp skutecznie to zagłusza. Logika podpowiadałaby, że w tym samym momencie na telefonie powinno pojawić się powiadomienie z treścią komunikatu. Niestety tak się nie dzieje. Aplikacja milczy, a my zostajemy z pytaniem: “co on powiedział?”.
Największym rozczarowaniem okazała się jednak funkcjonalność samej aplikacji z punktu widzenia inteligentnego domu. Poprzednia wersja oprogramowania iRobot była pod tym względem naprawdę niezła. Mogłem ustawić, żeby robot startował automatycznie po moim wyjściu z domu dzięki geolokalizacji. Mogłem spinać go z zewnętrznymi serwisami takimi jak IFTTT, tworząc skomplikowane scenariusze. W nowej aplikacji Roomba Home poczułem się, jakbym cofnął się w czasie. Opcje automatyzacji zostały drastycznie okrojone. Właściwie jedyne, co możemy ustawić, to proste harmonogramy czasowe. Jednak i je ustawiamy na czuja, gdyż VoiceOver nie otrzymuje prawidłowo nadanych ról na poszczególne elementy interaktywne czy ogłasza niejasne nazwy. Brakuje zaawansowanych wyzwalaczy, do których byłem przyzwyczajony. Nie udało mi się też sensownie skonfigurować asystentów głosowych Google czy Amazon, by działały sprawnie. Może to kwestia tego, że posiadam np. głośniki Sonos, a tam sterowanie głosowe i wsparcie dla poszczególnych systemów też nie jest idealne. Na osłodę pozostał mi system iOS. Udało mi się utworzyć proste skróty Siri, które pozwalają mi głosowo wstrzymać pracę robota lub odesłać go do bazy. To działa, ale niedosyt pozostaje ogromny. Mam nadzieję, że producent w przyszłych aktualizacjach przywróci nam te funkcje, bo sprzęt tej klasy powinien być “smart” nie tylko z nazwy.
Aplikacja Roomba Home, czyli równia pochyła dostępności
W poprzednich rozdziałach chwaliłem sprzęt za jego wykonanie i parametry. Niestety w tym miejscu muszę zmienić ton. Aplikacja Roomba Home jest dużo gorzej dostępna niż jej poprzednia wersja. Co gorsza przez kilka miesięcy używania jej dostępność zamiast się poprawiać, drastycznie się pogarszała. Już na samym początku nawigacji po interfejsie napotykamy na problemy. Część przycisków ma złe nazwy lub nie ma ich w ogóle. Dla VoiceOver są one po prostu „przyciskiem”. Czasami czytnik próbuje się domyślić ich funkcji, ale wychodzą z tego zabawne opisy. Najlepszym przykładem jest główny przycisk służący do uruchomienia sprzątania. Nie ma on nazwy „Sprzątaj” czy „Start”. Czytnik ekranu ogłasza go dumnie jako „Odtwarzaj”.
Jeszcze ciekawiej robi się podczas próby skonfigurowania parametrów sprzątania. Wiele elementów nie ma prawidłowo zadeklarowanych ról. Gdy chcemy wybrać, czy robot ma tylko odkurzać, czy też mopować, lub jaką ma mieć moc ssania, czytnik oznajmia te opcje w języku angielskim jako „obraz”. Niby po tapnięciu w taki element następuje jego wybór. Jednak aby to potwierdzić, musimy pod spodem odnaleźć odpowiedni fragment tekstu opisujący to ustawienie. Dokładnie tak samo wygląda sytuacja przy wyborze prezentacji pomieszczeń. Mamy niby grupy „Wszystkie”, „pokoje”, „przedmioty”, ale VoiceOver nie informuje nas, która zakładka jest aktualnie aktywna.
Gdy już uda nam się dodać pomieszczenia do kolejki sprzątania, teoretycznie możemy zmieniać ich kolejność. W praktyce jednak nie działają funkcje przeciągania dostępne z poziomu pokrętła. Musimy to robić przez przytrzymanie elementu palcem. Niestety przy przesuwaniu nie dostajemy żadnego komunikatu zwrotnego. W systemie iOS przy sortowaniu ikon słyszymy, że element trafia przed lub po innym obiekcie. Tutaj panuje cisza. Działamy po omacku. Po uruchomieniu sprzątania (przyciskiem „Odtwarzaj”, a jakże!) odnalezienie pozostałego czasu pracy czy nazwy aktualnie sprzątanego pomieszczenia bywa karkołomne. Fokus VoiceOver potrafi nieźle zgubić się na ekranie. Jedynym sposobem na uzyskanie tych informacji wielokrotnie było żmudne eksplorowanie ekranu palcem i próba trafienia w konkretne elementy. Po skończonym procesie sprzątania aplikacja prezentuje nam raport. Niestety jest on całkowicie w formie graficznej. Niczego się z niego nie dowiemy. W poprzedniej wersji aplikacji mapa również była grafiką, ale towarzyszyły jej informacje tekstowe. Mogliśmy sprawdzić czas sprzątania, metraż czy miejsca, w których robot musiał pracować dłużej. Tutaj ta wiedza jest dla nas niedostępna.
To, co opisałem powyżej, to stan, który utrzymywał się przez pierwsze dwa miesiące. Dało się z tym żyć, choć wymagało to cierpliwości. Jednak w okolicach lipca 2025 roku pojawiła się aktualizacja. Zepsuła ona jedną z kluczowych funkcji. Praktycznie odcięło to użytkownika VoiceOver od możliwości wygodnego korzystania ze sprzętu. Mianowicie przed aktualizacją sprawa była prosta. Gdy na ekranie planowania sprzątania stuknęliśmy w nazwę pomieszczenia, było ono dodawane do kolejki. Po aktualizacji takie stuknięcie za każdym razem otwiera okno edycji mapy. Jak się okazało, deweloperzy popełnili kardynalny błąd. Pod jeden obszar aktywny dla czytnika ekranu podpięli nazwę pomieszczenia oraz dwa przyciski: „dodaj” i „edytuj”. Niestety domyślną akcją stało się „edytuj”. Aby to obejść, musiałem korzystać z funkcji Rozpoznawania Ekranu w iOS. Jednak w polskiej wersji językowej musimy sobie „liczyć”, w którym miejscu może być właściwy przycisk. Nie jest on prawidłowo odczytywany w połączeniu z nazwą pomieszczenia. Liczymy więc na to, że uda się trafić. Co ciekawe, gdy już uda nam się dodać pomieszczenie do listy, pojawia się tam jego nazwa. Po jej wybraniu możemy edytować parametry sprzątania. Zaraz obok nazwy znajduje się przycisk pozwalający usunąć ten obszar z kolejki. Co prawda nie ma on polskiej nazwy, a jedynie jakąś techniczną etykietę, ale dobrze, że chociaż działa.
Dla mnie użyteczność aplikacji jest ściśle powiązana z dostępnością. Dlatego muszę wspomnieć o braku funkcji, którą uwielbiałem w robocie i7. Tam mogłem poustawiać sobie „Ulubione” cykle zawierające konkretne zestawy pomieszczeń. Wywoływałem je z głównego ekranu jednym stuknięciem. Tutaj nie dość, że za każdym razem muszę wybrać z ekranu głównego mój dom, to potem muszę tworzyć cykl od nowa. A jak wyżej pisałem, w aktualnych wersjach jest to drogą przez mękę. Aplikacja zapamiętuje co prawda kilka ostatnich używanych cykli sprzątania. Jednak nas, jako użytkowników czytników ekranu, informuje jedynie, że dany cykl zawiera na przykład „4 pomieszczenia”. Nie mówi jakie. Dochodzi do kuriozalnych sytuacji. Możemy mieć na liście kilka cykli z trzema pomieszczeniami i każdy musimy sprawdzać po kolei, żeby dokonać właściwego wyboru. Aplikacja nie ma możliwości tworzenia nazwanych, ulubionych scenariuszy.
Takich „kwiatków” z dostępnością jest w tej aplikacji więcej. Wymieniłem tylko te, które najbardziej wpływają na brak komfortu i uniemożliwiają podstawową obsługę. Moja złość na tak pogarszającą się dostępność urosła w końcu do takich rozmiarów, że podjąłem radykalną decyzję. Pod koniec października 2025 roku, po około siedmiu miesiącach walki z Roombą 505, odesłałem ją do producenta. Powołałem się na rękojmię. Muszę tu oddać sprawiedliwość firmie iRobot Polska, a dokładniej polskiemu dystrybutorowi, firmie DLF. Zachowali się oni bardzo profesjonalnie. Właściwie bez dyskusji przyjęli zwrot sprzętu. Tłumaczyli uczciwie, że nie wiedzą, kiedy i czy w ogóle dostępność aplikacji wejdzie na wyższy poziom. W sumie szkoda. Liczyłem, że może moje zgłoszenia jakoś przyspieszą prace naprawcze. Oni jednak woleli oddać pieniądze, niż mamić klienta obietnicami bez pokrycia.
Codzienność z robotem
Skoro omówiliśmy już technikalia i nieszczęsną aplikację, przejdźmy do najważniejszej kwestii, czyli tego, jak robot radzi sobie ze sprzątaniem w codziennym użytkowaniu. Na wstępie muszę nakreślić tło moich testów.
Mieszkam sam w 34-metrowym mieszkaniu, w którym nie ma zwierząt ani dywanów, a jedynie panele i płytki, więc przestrzeń ta nie jest bardzo wymagająca dla automatów sprzątających. Jeśli chodzi o samo odkurzanie, urządzenie sprawdzało się naprawdę dość dobrze, choć muszę być szczery, że czasami po jego przejeździe w trybie samego odkurzania miałem wrażenie, iż na podłodze zostało trochę pyłu. Mimo że robot posiada szczotkę boczną z wąsami, odnosiłem wrażenie, że przy samych krawędziach również nie jest idealnie czysto. Jakość odkurzania w stosunku do Roomby i7 oceniłbym na bardzo podobnym poziomie, choć warto tu wspomnieć o istotnej różnicy w budowie. Starszy model miał dwa przeciwstawne gumowe wałki, co świetnie wpływało na wciąganie brudu, natomiast model 505 ma tylko jeden wałek, co może tłumaczyć te drobne niedociągnięcia.
-Prawdziwy powiew świeżości przynosi jednak funkcja mopowania, realizowana przez dwa pady, z których jeden wysuwa się do krawędzi. Muszę przyznać, że gdy robot w jednym cyklu odkurzał i mył podłogi, były one potem naprawdę świeże i dobrze zmoczone, chociaż nie zalane. Niestety fizyki nie oszukamy i ciągle w takich konstrukcjach występuje problem z dokładnym domyciem podłogi w samych kątach pomieszczeń, gdzie okrągłe pady po prostu nie sięgają.
Ogromnym atutem zestawu jest stacja AutoWash, której obsługa jest praktycznie bezkontaktowa. Gdy Roomba podczas pracy stwierdza, że musi się doładować lub oczyścić pady, wraca do bazy na płukanie, po czym kontynuuje pracę w miejscu, gdzie skończyła. Po całkowitym zakończeniu cyklu stacja wysysa zanieczyszczenia suche do worka, pierze mopy, a następnie suszy je ciepłym powietrzem przez 3 do 5 godzin, co zapobiega powstawaniu nieprzyjemnych zapachów. Szum suszenia jest delikatnie słyszalny, ale nie uciążliwy, a nam pozostaje jedynie od czasu do czasu opróżnić pojemnik z brudną wodą i dolać czystej.
Wspominałem już o mapowaniu, ale muszę podkreślić, że w codziennym użytkowaniu nawigacja z wykorzystaniem lasera robi wrażenie. Roomba 505 za każdym razem trafiała bez pudła do wybranych pomieszczeń niezależnie od tego, czy był dzień, czy panowała całkowita ciemność. Jej poprzedniczka potrafiła się zgubić i czasami przez kilkanaście minut szukała odpowiedniego pokoju, obijając się przy tym o ściany. Dzięki LIDAR-owi robot nie ma też najmniejszego problemu, żeby trafić do stacji, która u mnie stała w garderobie. Co prawda przed samą stacją było sporo miejsca, jednak jedna krawędź stała bardzo blisko mebli. Mimo trudniejszego ustawienia Roomba 505 nigdy się nie zgubiła, podczas gdy i7 miewała z powrotem do bazy spore problemy, nawet gdy stała w miejscu z dużą ilością przestrzeni wymaganą przez producenta. Jeśli chodzi o wydajność, bateria po pełnym cyklu odkurzania i mopowania mojego mieszkania spadała do około 63 procent, co jest świetnym wynikiem i pozwala sądzić, że robot poradzi sobie ze znacznie większym metrażem. Niestety nie obyło się bez problemów technicznych, ponieważ robotowi zdarzało się tracić połączenie z siecią Wi-Fi, co w poprzednim modelu nigdy nie miało miejsca. Tutaj kilkukrotnie musiałem wypinać stację z prądu i ponownie ją wpinać, bo tylko to przywracało komunikację z aplikacją.
Podsumowanie
Historia mojej przygody z iRobot Roomba Plus 505 Combo jest słodko-gorzka i stanowi doskonały przykład tego, jak świetny sprzęt może zostać pogrzebany przez niedopracowane oprogramowanie. Z perspektywy czysto mechanicznej i użytkowej, ten robot to ogromny krok naprzód w stosunku do moich poprzednich doświadczeń. Zastosowanie LIDARu dało mi, jako osobie niewidomej, pewność, że urządzenie poradzi sobie w każdych warunkach oświetleniowych i nie będzie błądzić po omacku, obijając meble. Stacja AutoWash to z kolei spełnienie marzeń o bezobsługowości, bo wreszcie podłogi są nie tylko odkurzone, ale i umyte, a ja nie muszę martwić się praniem brudnych szmatek. Sprzęt jest solidny, dobrze wykonany i ma przemyślane, fizyczne przyciski, co w dobie wszechobecnych ekranów dotykowych jest na wagę złota.
Niestety, druga strona medalu jest znacznie ciemniejsza. Aplikacja Roomba Home w obecnym kształcie to dla użytkownika VoiceOver tor przeszkód, który z każdą aktualizacją staje się trudniejszy do pokonania. Brak etykiet, nielogiczne grupowanie elementów sterujących, czy wreszcie kardynalne błędy uniemożliwiające proste dodanie pokoju do kolejki sprzątania, sprawiają, że codzienna obsługa staje się frustrująca. To przykre, że firma, która przez lata mogła pochwalić się dobrą dostępnością, wykonała tak drastyczny krok wstecz.
Czy polecam ten sprzęt? Jeśli jesteś osobą widzącą – zdecydowanie tak, bo to kawał świetnej technologii. Jeśli jednak, tak jak ja, polegasz na voiceOver, radzę wstrzymać się z zakupem i poczekać na wieści o naprawie aplikacji. Ja wracam do poszukiwań ideału, testując rozwiązania konkurencji, z nadzieją, że iRobot wkrótce odrobi lekcję z dostępności. Czy zdążą aż znajdę dobrze dostępne rozwiązanie? Czas pokaże.

