Wstęp

Zostałem niedawno poproszony o napisanie artykułu, w którym mam się odnieść do zagadnienia postawionego w formie pytania, czy osoba niewidoma może być psychologiem, a jeśli tak, to jak to wygląda i jak przekłada się to na efektywność pracy. Ponieważ ta kwestia od dawna mnie ciekawiła, zgodziłem się na spenetrowanie tego zagadnienia. Temat jest mi bliski, gdyż sam jestem psychologiem i jakieś skromne doświadczenie w tej dziedzinie posiadam. Byłoby to jednak bardzo nudne, gdybym odnosił się tylko do swoich doświadczeń, dlatego porozmawiałem z kilkoma osobami z branży, które nie widzą i pracują w zawodzie psychologa, a dwie z nich zgodziły się na to, aby zamieścić ich wypowiedzi w tym artykule. W pewnym sensie odpowiedź na postawione w tytule pytanie już została udzielona, bo skoro istnieją osoby niewidome, które pracują jako psycholodzy, to oczywiste jest, że nie widząc można pracować w tym zawodzie. Jednak nie jest to aż tak proste i oczywiste. Osobiście, gdy szukałem pracy na wolnym rynku, spotkałem się z przekonaniem, że niewidomy nie poradzi sobie w tym zawodzie. Dlaczego tak się dzieje i na jakiej podstawie potencjalni pracodawcy mogą myśleć w ten sposób?
Aby poszukać odpowiedzi na to pytanie i rozstrzygnąć, co jest powodem takiego myślenia, czy jest ono słuszne, czy nie i co tak na prawdę może stanowić dla osób niewidomych trudność w wykonywaniu zawodu psychologa, musimy sobie przypomnieć kilka podstawowych prawd o psychologii.

O psychologii bardzo mało słów

Dla tych, którzy nie wiedzą, termin psychologia to w dosłownym tłumaczeniu z języka greckiego „nauka o duszy”, jednak jej rodowód nie jest tak starożytny, jakby życzyli sobie psycholodzy. Termin ów został po raz pierwszy użyty w szesnastym wieku przez poetę i humanistę (nazywanego też ojcem chorwackiej literatury), Marko Marulić ze Splitu w zagubionej łacińskiej rozprawie „Psychologia de ratione animae humanae” wydanej między 1510 a 1519 rokiem.(1) Dziś nauka o duszy zajmuje się bardzo wieloma dziedzinami ludzkiego życia, a czerpie dla swoich potrzeb pełnymi garściami z dziedzin pokrewnych – tj. socjologii, antropologii, filozofii i biologii. Ile nurtów możemy wyłonić w psychologii w dzisiejszych czasach nie sposób spamiętać ani tu wymienić, gdyż musiałbym napisać rozprawę o psychologii. Musi zatem, czytelniku, wystarczyć ci ten okruch wiedzy, że twoja dusza jest rozległa i bogata, a pośród jej głębin możemy odnaleźć między innymi takie wyspy jak: postrzeganie, myślenie, wyobrażanie sobie, zapamiętywanie i przypominanie, a to wszystko leży na morzu zwanym psychologią poznawczą. Inna wyspa związana z nabywaniem mowy, połączonej z innymi procesami psychicznymi, to psycholingwistyka. Jeszcze inna wyspa to psychologia osobowości, tutaj są badane nasze motywację, emocje, stałe elementy naszej psychiki. Nasze automatyczne i nauczone reakcje na określone bodźce to psychologia behawioralna; niespecjalnie stawia ona nasze reakcje wyżej od zwierząt, takie biologiczne mechanizmy zachowania. Można by tak wymieniać i wymieniać, bo jeszcze jest gdzieś neuropsychologia, psychopatologia – to o chorobach i zaburzeniach, psychologia zdrowia – o tym, co jest dla nas zdrowe, psychologia sądowa, jako zupełnie już sztuczny twór, wymyślony przez cywilizację i prawników, ale czasami przydatny. W końcu docieramy do psychologii społecznej, która jest o naszych więziach z innymi ludźmi, o reakcjach naszej duszy w procesach grupowych, o negocjacjach i mediacjach, a co najważniejsze, o komunikacji między nami.(2)
Czym byłoby życie bez komunikacji, jak mogłaby nastąpić wymiana idei, myśli, czynów, historii wszelakich, gdyby nie komunikacja. Nawet rośliny podobno ze sobą „rozmawiają”.(3) Zwierzęta stadne bez komunikacji nie tworzyłyby stada. A człowiek? Wisienka na torcie stworzenia, ani by był, ani wojen nie prowadził, ani literatury nie tworzył, ani by świata nie przekształcał, gdyby nie miał zdolności do komunikacji między sobą. Ta komunikacja okazuje się być bardzo ważną umiejętnością, i pomijając w psychologii wszystko to, co zajmuje się badaniem naszej duszy i opisywaniem jej funkcji, zmierzamy wprost do psychoterapii, czyli pomagania innym, a tu bez komunikacji daleko nie zajedziemy. Co to jest zatem ta komunikacja?

O komunikacji słów kilka

Komunikacja to ni mniej, ni więcej, a wymiana informacji, która odbywa się za pośrednictwem: słów, tonu głosu, pisma, symboli (np. kolory, symbole graficzne itp.), mowy ciała, w skład której wchodzą mimika, gesty, ziewanie i wszelkie „eee…” jak i inne przerywniki. Komunikacja służy nie tylko do wymiany samej informacji, ale RÓWNIEŻ myśli i woli, budowania relacji między ludźmi. Jest to proces złożony oraz dynamiczny i wyróżnia się w nim dwie płaszczyzny. Werbalną, związaną z mową, i drugą, niewerbalną, związaną z wszystkim tym, co przekazujemy bez użycia słów czy pisma. Jak twierdzą badacze, obie płaszczyzny są ze sobą powiązane, gdyż komunikacja niewerbalna (bardziej niż werbalna) odpowiada za przekaz emocji. Komunikacja werbalna jest prosta do zrozumienia. Jako ciekawostkę dodam tylko, że prócz mowy i pisma ostatnio włącza się też do niej komunikację elektroniczną jako coraz bardziej popularną formę wymiany informacji.
Niewerbalna strona komunikacji odbywa się bez udziału słów; w znacznym stopniu wpływa na to, jak odbiorca ostatecznie odczyta komunikat słowny. Komunikaty niewerbalne występują zawsze i mniej lub bardziej podlegają naszej świadomej woli. Ponieważ niewerbalna część komunikacji jest mniej intuicyjna, warto rozszerzyć wiedzę o tym zagadnieniu dodając, że wyróżniono tutaj takie aspekty jak: mimikę twarzy tj. (miny, czerwienienie się, mruganie oczu, unikanie kontaktu wzrokowego), kinezjetykę, czyli (gestykulację, postawę i pozycję ciała), proksemikę, tj. (odległość jaką zajmujemy w stosunku do innych ludzi w trakcie komunikacji), oraz parajęzyk, co oznacza (tępo mówienia, natężenie głosu, prędkość mówienia, przejęzyczenia itp.).(4)
Zatem komunikacja to ważny, delikatny i złożony proces, a przez swoją złożoność podatny na szereg zakłóceń i jak już można się domyślać, gdzieś w tej komunikacji może być przysłowiowy pies pogrzebany, a nawet, jak to niektórzy mówią, diabełtkwić MOŻE w szczegółach, zupełnie ignorując całość procesu zaglądania po ciemku w duszę. Czy zatem w tej sytuacji, osobie, której chcemy pomóc, w zupełnych ciemnościach da się efektywnie zajrzeć w duszę i coś z tego jeszcze wywnioskować?

Z życia wzięte, czyli o paru zabawnych absurdach

Chciałoby się napisać, że to zaglądanie w duszę przebiega całkiem sprawnie i widzenie tu nic nie ma do rzeczy, wbrew życzeniom niektórych ludzi o nazbyt dużym przywiązaniu do stereotypów. Zanim jednak przejdę do poważnej analizy zagadnienia, chciałbym wzorem psychologów z dziedziny neurolingwistycznego programowania, którzy w ramach burzy mózgów zalecają najpierw wypluć z siebie absurdy, napisać o paru absurdach do kwadratu, aby kwestie ważkie, choć nie istotne mieć z głowy.
Kwestia pierwsza to infantylizacja, druga to stereotypizacja. Trzecia to z kolei niedocenianie faktycznych umiejętności osób niewidomych. Traktowanie nas jakbyśmy byli małymi dziećmi, co to zginą zaraz, zabłądzą na korytarzu przychodni, obleją się wrzątkiem w trakcie robienia sobie kawy, albo nie trafią do łazienki i biedna pani recepcjonistka będzie musiała zniżać się do poziomu naszej mamy i prowadzać nas do kabiny ubikacyjnej. Ufam, że niewiele osób niewidomych spotkało się z tak obraźliwą postawą w stosunku do siebie, jak i że niewiele osób niewidomych te reakcje utwierdziło, bo i tacy niestety się zdarzają. Ja jednak miałem w tej materii pecha i parę zabawnych sytuacji mi się zdarzyło. Już przy szukaniu pierwszej pracy okazało się, że to nic, że mam wykształcenie wyższe, tytuł magistra psychologii jednego z uniwersytetów. W głowie potencjalnego pracodawcy nie korespondowało to z moimi umiejętnościami. Jego niepełnosprawność polegała na tym, że w klinice, w której miałem pracować, były schody, a nikt nie ma czasu, aby pacjentów przyprowadzać do mnie. Według słów mojego potencjalnego szefa: „Pan nie może chodzić sam po schodach, bo ja biorę za pana odpowiedzialność”. Ciekawe, kto bierze odpowiedzialność, dajmy na to, za nietrzeźwych kierowców, ich żony? W drugiej pracy problemem był czajnik z wrzątkiem i nie dało rady wytłumaczyć, tym razem pani, że skoro byłem w stanie jeździć na zajęcia, zdawać egzaminy, odbyć praktyki, że w domu funkcjonuję zupełnie samodzielnie i samo w sobie jest uwłaczające, że takie rzeczy trzeba komuś tłumaczyć, że naprawdę zrobienie sobie kawy to nie problem… Deklarowałem nawet, iż nie muszę już pić tej kawy. Niepełnosprawność pani polegała na tym, że nie potrafiła sobie tego wyobrazić, a w głowie miała strach, że się poparzę i ona za to będzie odpowiadać. W trzeciej pracy, która miała być z osobami słabowidzącymi lub niewidomymi, wszystko przebiegło gładko, za jednym wyjątkiem. Pewna pani dyrektor wyraziła chęć i szczery zamiar zatrudnienia mnie na stanowisku psychologa, jednak za darmo, jako wolontariusza, wiadomo, niewidomy lepiej zrozumie niewidomych, a że za darmo to oczywiste. Powinienem zdaniem tej pani czuć wdzięczność już za sam fakt umożliwienia mi zdobywania doświadczenia. Przyznam szczerze, że nie skorzystałem, moja niewdzięczność za tak okazaną „łaskę” była ogromna. I piszę o tym dlatego, aby uświadomić tym, którzy mogliby dać się wmanewrować w taki układ, że praca psychologa jest zajęciem odpowiedzialnym, pochłaniającym sporo energii, czasu i należy się za to sowite wynagrodzenie, nie wspominając już o tym, że nie znam przypadku, aby elektrownia, gazownia, wodociągi anulowały komuś płatności tylko dlatego, że pracuje za darmo jako psycholog.
Czwarta praca była tym, na czym chciałbym się teraz skupić i pokazać, że widzenie czy niewidzenie nie musi, choć może w specyficznych przypadkach, przeszkadzać w pracy psychologa i nie mam tu na myśli tylko niewidzenia, bo z widzeniem jest dokładnie tak samo, może to być zaleta, ale może to być też przeszkoda.

Pierwsza praca

Było to zupełnie zwyczajnie, ktoś polecił mnie komuś i zadzwoniono do mnie z pytaniem:
– Szuka pan pracy jako psycholog?
– Tak – odparłem zwięźle i zostałem zatrudniony w towarzystwie funkcjonującego w ramach ośrodka terapii uzależnień, a konkretnie w lokalnym klubie Anonimowych Alkoholików. Klub ten, prócz spotkań dla alkoholików, również zatrudniał mnie do indywidualnych konsultacji z ludźmi, którzy tego potrzebowali. Moją rolą po pierwsze było starać się uświadomić klientowi, że może jednak mieć problem z alkoholem. Po drugie zachęcić do przychodzenia na spotkania anonimowych alkoholików. Po trzecie udzielić szeroko rozumianego wsparcia i – jeśli byłaby taka potrzeba – pokierować do innych specjalistów. Nie zawsze było tak, że przychodzili do mnie tylko alkoholicy, bywali też ludzie z innymi problemami.
Najtrudniejsze było dla mnie pierwsze spotkanie. Jak wypadnę, jak zostanę odebrany, czy mój brak wzroku nie będzie mi przeszkadzał w pracy, czy nie będzie przeszkadzał klientowi? Takie pytania miałem w głowie, gdy pierwszego dnia przyszedłem do klubu AA i dostałem do ręki klucze od własnego gabinetu. Zanim otworzyłem drzwi i urządziłem moje miejsce pracy tak, jak wydawało mi się, że będzie najkorzystniej dla mnie i dla klientów, od pań obsługujących mini kawiarnię i recepcję otrzymałem słowną instrukcję, gdzie co jest, jak z tego korzystać, a gdybym nie zapamiętał wszystkiego od razu, to one tu są, wystarczy wyjść do hallu i zawołać albo podejść do recepcji. Pokrzepiony tym ludzkim traktowaniem, zająłem się pracą. Nie było źle. Nie będę tu opisywał szczegółowo przebiegu rozmów z klientami, bo nie o to tu chodzi. Przejdę do meritum. Robiłem w pracy jeden wyjątek, chociaż dzisiaj bym go nie robił, chyba, że życzyłby sobie tego mój pracodawca. Tym wyjątkiem było informowanie klientów zaraz po ich wejściu do gabinetu, że jestem osobą niewidomą, będę prowadził z klientem rozmowę i czy mój brak wzroku mu nie przeszkadza. Muszę przyznać, że nigdy nie usłyszałem słowa tak, będzie mi to przeszkadzać. Chociaż raz pijany pan stwierdził:
– Zobaczymy, hahaha.
Piszę o tym, gdyż tak mnie nauczono na studiach, że klient ma prawo wiedzieć o mojej niepełnosprawności, gdyż może się czuć w zderzeniu z nią niekomfortowo, a jak mówi porzekadło „klient nasz pan”. Dziś bym tego nie robił, ponieważ nie czuję się ani lepszy, ani gorszy od innych ludzi. Hydraulik nie informuje mnie przed wejściem do mojego mieszkania, że ma chorobę dwubiegunową, ale się leczy. Jeżeli klientowi nie odpowiada, że pracuje z nim osoba niewidoma, może zmienić psychologa.

Przejdźmy do poważnych przeszkód

Mit o komunikacji niewerbalnej

Chciałbym teraz rozprawić się z jeszcze jednym mitem, który może być powtarzany w trakcie edukacji, gdyż zakorzenił się dość mocno w literaturze przedmiotu i umysłach ludzi, nawet tych, którzy z psychologią nie mają nic wspólnego, i może być na poważnie brany jako przeszkoda w pracy osoby niewidomej na stanowisku psychologa. Mowa tu o tej części komunikacji, która nazywa się „niewerbalna”. Ponieważ komunikacja jest podstawowym narzędziem dla psychologa w zdobywaniu wiedzy o pacjencie, to jak osoba niewidoma ma sobie poradzić z tym „niewerbalnym” aspektem? Jest to poważny zarzut i sam go brałem kiedyś pod uwagę. Okazało się jednak, że nie ma potrzeby tak się tym przejmować, gdyż to rozmowa jest tą częścią komunikacji, przez którą psycholog najczęściej zdobywa wiedzę o pacjencie. A rozmowa to aspekt werbalny, o wszystko można dopytać, trzeba tylko umieć aktywnie słuchać, parafrazować, odzwierciedlać, dopytywać i używać całej gamy jak najbardziej werbalnych narzędzi. Są jednak tacy, którzy twierdzą, że ucieka jednak sporo informacji, gdy się nie widzi. Czyżby? Przyjrzyjmy się „niewerbalnemu” aspektowi, ile się może z niego dowiedzieć osoba niewidoma. Po pierwsze proksemika, jak najbardziej do usłyszenia, wystarczy tylko stworzyć dogodne warunki, aby klient mógł sam zdecydować, jak daleko chce od nas usiąść. Po drugie parajęzyk – niewerbalny, ale słyszalny, jest to przecież ton, natężenie głosu, rozmaite wstawki i inne aspekty, które mówią bardzo dużo o przeżywanych emocjach. Dla mnie zawsze to było wystarczająco dużo informacji, aby rozpoznać stan emocjonalny czy nastrój pacjenta, jego wzburzenie, przygnębienie itp. Po trzecie kinezjetyka, tu może nie wszystko słychać, jednak, gdy jest to spotkanie na żywo, a nie przez internetowe media, też można sporo wysłyszeć – czy osoba się wierci, czy porusza ciałem w trakcie rozmowy, kręci głową, odwraca się od nas, gdy mówi o rzeczach trudnych. Może nie jest to sto procent informacji, ale nie sądzę, aby widzący psycholog też zwracał uwagę na sto procent bodźców, sporo z nich to przecież szum informacyjny. Można z mimiką mieć kłopot, jednak moim zdaniem dźwięk tutaj zapewnia też wystarczającą ilość informacji. Słychać, czy ktoś się uśmiecha, czy jest zakłopotany. Nawet, jeśli ta część przekazu miałaby być całkowicie poza dostępnością niewidomej osoby, to nigdy w pracy nie odczułem niedoboru informacji, które mogłyby zaważyć na diagnozie lub pomaganiu osobie. Podsumowując kwestię komunikacji werbalnej i niewerbalnej, pragnę przytoczyć znane i dość bezmyślnie powielane stwierdzenie, że w komunikacji międzyludzkiej 7 procent to słowa, 38 procent to brzmienie głosu, a aż 55 procent to zachowania niewerbalne. Może i to jest prawda. Jednak dziwi mnie w takim razie fakt, że ludzie są w stanie w ogóle porozumiewać się przez telefon, radio, czytać książki, rozmawiać ze sobą, nie widząc siebie. Przecież aż 58 procent informacji powinno być niezrozumiałych, gdyż wypada z percepcji. A tak się nie dzieje. Gdyby tak było, to podczas czytania tego artykułu powinno dotrzeć do naszego mózgu tylko 7 procent treści. Przecież słowo pisane to komunikacja werbalna. Ktoś dość mocno przecenił znaczenie komunikacji niewerbalnej.(5)

Inne przeszkody

Myślę, że kwestie niedoboru informacji udało mi się rozwiać na korzyść tych osób, które chciałyby pracować jako psycholodzy i zaglądać po ciemku w duszę innych ludzi. Ale czy są jakieś inne pułapki? Z mojego doświadczenia wynika, że kilka możemy spotkać. Jednak jest to moja opinia i inna osoba mogłaby znaleźć w swoim zakresie jakieś rozwiązanie. Uważam, że trudną sprawą, gdy się jest niewidomym psychologiem, jest ogarnianie całej dokumentacji, która często nie jest elektroniczna, a jeśli nawet jest, to formularze lub oprogramowanie wcale nie musi być współpracujące z czytnikami ekranu. Nie jest to problem nie do przejścia, jednak wymaga dodatkowej pracy i czasu. Nierzadko trzeba skorzystać z pomocy osoby widzącej. Inną trudną sprawą jest cała dziedzina psychologii, która wykorzystuje do diagnozy rozmaite testy psychologiczne. Tutaj też mamy problem z wypełnieniem takiego testu, gdyż najczęściej jest on w formie papierowej, którą po wypełnieniu przez pacjenta i tak ktoś musi nam przedyktować, abyśmy mogli w komputerze obliczyć wyniki, sprawdzić skale itp. Nawet, jeśli taki test mamy przygotowany wcześniej w wersji elektronicznej, to moim zdaniem, nie jest to już to samo co kartka i ołówek. W tej sytuacji mogę się zgodzić, że jakaś część diagnostycznej informacji o pacjencie może nam umykać, gdyż nie zobaczymy, w jaki sposób pisze, ile skreśleń zrobi itp. Są, oczywiście, też elektroniczne wersje testów – programy, w których wyniki, skale i inne rzeczy same się liczą, nam pozostaje jedynie interpretować. Jednak tutaj mamy podobną sytuację jak w przypadku dokumentacji, te programy zwykle są niedostępne dla czytników ekranu. Jeszcze trudniej będziemy mieli, gdy zechcemy przeprowadzić testy projekcyjne. Niektóre z nich są co prawda werbalne, np. test niedokończonych zdań(6), jednak znakomita większość testów projekcyjnych jest graficzna, np. rysunek drzewa(7), który to dostarcza mnóstwa informacji o pacjencie, jednak aby być w stanie go zinterpretować, trzeba go widzieć. Dla mnie taką rzeczą nie do przejścia była praca z osobami nastoletnimi i dziećmi. Dla zrozumienia całości sytuacji w przypadku tych osób, moim zdaniem, potrzebny jest wzrok, ale może są niewidomi psycholodzy, którzy radzą sobie i na tym polu, mając własne patenty.

Podsumujmy i porozmawiajmy

Zostało napisane już o tym, co wydaje się być przeszkodą, a nią nie jest, o tym, co naprawdę może być przeszkodą, o tym, że czasami ludzie tworzą bariery tam, gdzie ich nie ma, o tym, że być psychologiem i zaglądać w duszę po ciemku, aby pomóc innym, jak najbardziej można. Czas na to, aby przyjrzeć się temu, co mają do powiedzenia Pani Aneta, która jest psychologiem oraz Pani Jolanta, która jest psychologiem i prezesem Fundacji Vis Maior, działającej na rzecz osób niewidomych. Obie panie nie widzą, obie panie – podobnie jak ja – są pewne tego, że osoba niewidoma może pracować w zawodzie psychologa, biorąc udział w diagnozie, szkoleniach, prowadząc terapie, czy poradnictwie. Pani Jolanta pracowała z osobami doświadczającymi przemocy, zarówno prowadząc spotkania grupowe, jak i indywidualne, pomagała również osobom uzależnionym, udzielała się też przez Internet, prowadząc z osobami potrzebującymi psychologa korespondencje drogą mailową.
– W tej sytuacji widzenie w ogóle nie jest potrzebne – mówi Pani Jolanta. – Jeden raz zdarzyło mi się, że pewien pan napisał do mnie, że przeszkadzało mu to, że nie mógł nawiązać ze mną kontaktu wzrokowego. Opinii było dużo, a to była tylko jedna negatywna, ludzie zazwyczaj chwalili, że zajęcia, które prowadziłam, były zrozumiałe i praktyczne. Osoby, które doświadczyły przemocy, mówiły, że widać, że jestem osobą, która też w życiu wiele doświadczyła i jakoś to ogarnęła, więc jestem dla nich wiarygodna. Osoby uzależnione często mi mówiły, że przez to, że nie widzę, mogą być przy mnie bardziej anonimowe, że mogą mi powiedzieć więcej, bo nie rozpoznam ich na ulicy. Niewidzenie to nie tylko minusy, są też plusy i to ogromne. Jeśli chodzi o przyjmowanie na różne zajęcia, to bywa różnie. Zwykle osoby przyjmują cię na różne szkolenia psychoterapeutyczne, raz jednak zdarzyło mi się, że nie mnie nie chcieli. To znaczy próbowali tak zrobić, abym sama podjęła decyzję, twierdząc, że nie będę widziała wszystkiego, co ktoś robi. W każdym kontakcie nie widzę, jaką ludzie mają mimikę i nie przeszkadza mi to w tym, aby mieć z nimi dobre relacje. Moim zdaniem – kategorycznie mówi Pani Jolanta – do diagnozy nie jest potrzebny wzrok. Nie może to jednak być też kontakt telefoniczny, bo różne rzeczy załapiesz w kontakcie bezpośrednim, typu odległość, sposób siedzenia tej osoby… Oczywiście to, jaką ma mimikę, trochę wyłapiesz z tonu głosu. Rzecz jasna należy omówić z pacjentem swoje niewidzenie, jak się już wpadnie na tę minę, bo to może być ważne dla pacjenta. Jeśli dobrze się omówi to niewidzenie, to może to być dla pacjenta pomocne w dalszej współpracy.
– Rozumiem, że Pani pyta, czy niewidzenie będzie przeszkadzać pacjentowi?
– Nie, nie pytam. Po prostu, w którymś momencie to omawiałam. Czasami ludzie mówili o tym, że nie widzę, a czasami nie. W każdym razie, jak stawało się to tematem, wtedy to omawiałam.
– A co było dla Pani wyzwaniem w pracy, tak na początku?
– Wyzwaniem dla mnie to było to, że przyjechałam do dużego obcego miasta, że go nie znałam, że szukałam pracy, że ludzie, którzy ze mną rozmawiali, często mieli uprzedzenia, że jako ważne elementy pracy psychologa wymyślali coś, co jest totalnie nieistotne. Np. jedna pani mówiła, że najważniejsze jest to, abym się podpisała w kratce i nikt mi w tym nie może pomóc. Miałam kilka takich dziwnych sytuacji. Wydaje mi się, że często dla potencjalnego pracodawcy jest dużo większym problemem, jest to, że jestem niewidoma niż dla pacjentów. Dla nas ważne jest to, że trzeba więcej szukać, poświęcić na wszystko więcej czasu i mieć mocne oparcie w sobie i poczucie własnej wartości,. Trzeba też na rozmowie kwalifikacyjnej szybciej zacząć, bo rozmówcy są skupieni na naszej osobie i trzeba im powiedzieć, że się nie widzi i co z tego wynika dla nich i dla nas w kontekście pracy.
– A czy Pani zdaniem brak wzroku może stanowić problem w pracy z dziećmi, młodzieżą, czy może lepiej pracuje się z osobami dorosłymi?
– Pracowałam również z dziećmi, pracowałam w szkołach, prowadziłam zajęcia. Pozytywy są takie, że dzieci, te przedszkolne, są bardzo różnymi rzeczami zainteresowane i one nie mają uprzedzeń. Nawet, jak o coś pytają, to z tyłu głowy nie ma już odpowiedzi. Negatyw jest taki, że nad dużą grupą nie ma kontroli – zwłaszcza, jak dzieci są daleko. O wiele łatwiej jest, gdy się pracuje z jednym dzieckiem. Wtedy można być blisko i mieć wszystko pod kontrolą.
– A czy Pani zdaniem lepiej jest, jak psycholog widzi, czy nie widzi?
– Myślę, że to nie ma znaczenia, są inne rzeczy, które o tym decydują, np. samoświadomość człowieka, doświadczenie, umiejętność obserwacji. To od człowieka to zależy, jaki ma w siebie wgląd, co czuje, bo to też jest podpowiedzią.
– A z kim woli Pani bardziej pracować: z widzącymi, czy niewidomymi?
– To nie o to chodzi, bo ja uczyłam się razem z osobami widzącymi,. Nie czuję się specjalnie zakotwiczona w środowisku ludzi widzących, czy niewidomych. Bardziej muszę omawiać to, że jestem prezesem fundacji, jak przychodzi do mnie osoba niewidoma niż to, że nie widzę z osobą widzącą. Dla niewidomych często jestem prezeską, z którą można coś załatwić i to trzeba dużo silniej omawiać, bo to jest problem dla ludzi, że nie jestem dla nich taką neutralną osobą. Dla ludzi widzących to nie ma znaczenia.
Pani Jolancie na razie dziękujemy, a głos oddajemy Pani Anecie.
Jak już zostało napisane, Pani Aneta również nie widzi problemu, aby po ciemku można było zaglądać do ludzkiej duszy. Uważa jednak, że łatwiej jest prowadzić spotkania indywidualne niż grupowe.
– Dlaczego tak się dzieje, Pani Aneto?
– Dlatego, że trudniej jest jednak zapanować nad grupą, gdy się nie widzi. Nie prowadzę terapii grupowej nie dlatego, że jest to niemożliwe, ale dlatego, że jest to w znacznym stopniu utrudnione. W kontakcie jeden na jeden łatwiej jest wyłapać różne niuanse.
– A czy miała pani jakieś trudności z przełamywaniem siebie w pracy psychologa z powodu niewidzenia?
– Ja nie miałam, ale pracowałam kiedyś z pewną osobą, która z racji tego, że zajmowała się filmami animowanymi, powiedziała mi, że jej jest trudno ze mną pracować, bo trudno jej przełożyć na język dokładnie to, co czuje. Skierowałam ją w takiej sytuacji do osoby widzącej, chociaż uważam, że byłoby dla tej osoby w drugim etapie terapii bardziej rozwojowe, gdyby pracowała ze mną, bo musiałaby się nauczyć bardziej werbalizować to, co czuje.
– A jak sobie radzi pani z niewerbalną częścią komunikacji?
– Staram się skupiać na tym, co da się usłyszeć. Np. ktoś robi duże przerwy, zanim zacznie mówić. To jest trochę niewerbalne. Raczej niewiele mogę odczytać z komunikacji niewerbalnej, ale uważam, że można się bez niej obyć. Nie jest to potrzebne, aby komuś pomóc. Przychodzą do mnie czasami osoby, które były wcześniej u widzącego psychologa z dostępem do komunikacji niewerbalnej, a jednak coś mu nie szło. Był kiedyś u mnie pacjent, który wcześniej chodził do widzącego psychologa i powiedział mi, że z tamtym to tragedia, w ogóle nie idzie się dogadać, a tutaj był zadowolony. Oczywiście w drugą stronę też to działa. Najważniejszy jest kontakt.
– A czy informuje pani pacjentów na początku, że jest niewidoma?
– Nie, raz tylko pracowałam u pracodawcy, który kazał mi to mówić, wychodząc z założenia, że pacjent nie może czuć się zaskoczony. Ja nie mówię, bo pacjenci są po pierwsze skoncentrowani na sobie, nie na mnie, a po drugie myślą, że nie dowidzę albo w ogóle nie zwracają na to uwagi. Czasami ktoś zapyta – raczej z ciekawości. Ja nie mówię, niech przyjdzie najpierw i zobaczy, niech sprawdzi, czy mu to odpowiada.
– A czy brak wzroku jest wadą, czy zaletą?
– To zależy od osoby. Niektórym przeszkadza brak możliwości odczytywania komunikatów niewerbalnych, innym nie. Czy zaletą wprost mi nikt nie powiedział, ale wiem z rozmów między ludźmi, że mówią: „Jak nie widzi, to nie ocenia po wyglądzie, nie rozpozna na ulicy”, co ma znaczenie szczególnie w małym mieście. Robiłam kiedyś ankiety, co ludziom pomaga w gabinecie. Niektórzy pisali, że akceptacja im pomaga i jest ważna, takie rzeczy.
– Od dwóch lat mamy w kraju podwyższony reżim sanitarny; wiele rozmów odbywa się drogą internetową lub telefoniczną. Jak to się ma do Pani pracy jako osoby niewidomej?
– Plusem na pewno jest to, że nie trzeba nigdzie jeździć, jest łatwiej w ten sposób. Na dłuższą metę jednak nie jest to takie dobre. W kontakcie, jak jest za dużo tych teleporad, to jednak męczy. Raz w tygodniu można przez telefon popracować. Obecna sytuacja na świecie pokazała, że kontakt wzrokowy został zdecydowanie w naszej pracy przeceniony. Najważniejszy jest człowiek i jego umiejętności.

Podsumowanie

Tak więc ci, którzy mogliby mieć obawy, czy praca psychologa po ciemku to dobry pomysł, chyba nie powinni mieć już wątpliwości.  Ufam też, że ci, którzy chcieliby zatrudnić osobę niewidomą na tym stanowisku, nie będą mnożyć abstrakcyjnych trudności, ale pozwolą się wykazać i sprawdzić zatrudnionej osobie w boju. Bowiem można, tylko wymaga to więcej siły, więcej czasu i rozwijania własnych kompetencji – tak zawodowych, jak i osobistych. Pamiętajmy jeszcze o jednym: główny argument, czyli brak informacji o tym, co niewerbalne, jest prawdziwy, ale mocno przeszacowany i w tym zawodzie wcale nie najważniejszy.

Źródła

1. https://pl.wikipedia.org/wiki/Psychologia
2. https://pl.wikipedia.org/wiki/Psychologia
3. https://www.polskieradio.pl/9/5364/Artykul/2407545,Czy-rosliny-ze-soba-rozmawiaja
4. https://mfiles.pl/pl/index.php/Komunikacja_werbalna_i_niewerbalna
5. https://www.psychologiawygladu.pl/2015/07/mity-komunikacji-niewerbalnej-regua-7.html
6. https://www.practest.com.pl/risb-test-niedokonczonych-zdan-rottera
7. https://pieknoumyslu.com/test-drzewa-karla-kocha/

Partnerzy

 Fundacja Instytut Rozwoju Regionalnego                     Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

Back to top